Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]
- Автор: Нортон Андрэ
- Год: 1991
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-8520-212-9
- Переводчик: Urszula Zielinska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]». Краткое содержание книги:
Będąc najmłodszym członkiem załogi statku „Królowa Słońca”, Dan trafia na planetę z tajemniczą przeszłością by rozwiać mroki jej teraźniejszości.
Napięcie nadal ustawione było na minimalną wielkość, ale i tak płomień wbił się w skałę. Udało mu się dobrze ocenić odległość: w blasku ognia zobaczył ludzi, którzy strzałem zgasili światło Patrolu — teraz nie miał wątpliwości, że był to Patrol. Oświetlone twarze z szeroko otwartymi ustami wpatrywały się w jaśniejącą nad nimi smugę śmierci, jakby nagle wszyscy zostali zahipnotyzowani. Jakiś człowiek zrobił parę kroków w tył, w stronę Branżowców, ale nie udało mu się przemknąć bezpiecznie obok.
Kosti wyskoczył z ukrycia, ledwo widoczny w słabnącym lśnieniu sklepienia. Powinien był od razu zadać uciekającemu cios, ale ten wyśliznął się z rąk Branżowca w sposób niewiarygodny wykręcając swoje ciało. Gdyby nie długie ręce mechanika, które chwyciły pas zbiega, przestępca schroniłby się w zaułkach labiryntu.
Dan strzelił ponownie, dając koledze dość światła do prowadzenia walki. Oczom obserwatorów ukazała się teraz jednak scena odmienna. Postać równie potężna jak mechanik właśnie podniosła się z ziemi, szykując się do kolejnej próby ucieczki, a bezwładny Kosti leżał na podłodze.
Ali wykrzesał z siebie wszystkie nadwątlone siły i położył się w poprzek korytarza. Biegnący człowiek potknął się i, po raz kolejny, upadł. Dan znów strzelił. Tym razem skierował płomień w głąb przejścia zamykając drogę uciekającemu.
— Przestańcie! — zagrzmiało nad nimi. — Przestańcie strzelać, bo inaczej sprowadzimy nukleus i wymieciemy was wszystkich!
Odpowiedzią był skowyt dochodzący z mroków. Tuż przy wielkiej, żarzącej się jeszcze plamie na skale zauważyli skuloną sylwetkę. To nie mógł być człowiek!
Znowu zajaśniał płomień miotacza. Najbliżsi jego źródła byli trzej banici, którzy usiłowali ochronić rękami głowy. Ogień minął ich jednak i oświetlił leżącego Kostiego. Potężny Branżowiec nie poruszał się, z ust spływały krople krwi. W tym oślepiającym blasku widać było biegnącego w stronę kolegi Murę oraz skurczonego i kaszlącego Kamila.
Dan zwrócony był tymczasem w stronę labiryntu cały czas trzymając przygotowany do strzału miotacz. Wpatrywał się czujnie w tę dziwną sylwetkę w oddali. To coś, co poruszało się tuż przy wypalonym przez Dana otworze, miało pomarszczoną na twarzy skórę i ociekające śliną usta. To coś było niegdyś Salzarem, panem tego zapomnianego świata, władcą piekła stworzonego przez ziarno craxu: to coś nie było już człowiekiem.
Salzar odwrócił się, gdy dotarł do niego płomień, jęknął nieludzko i splunął krwią, po czym skoczył nad płonącą skałą w głąb labiryntu. Usłyszeli jeszcze jego przejmujące wywołane bólem, wycie.
— Thorson! Mura!
Dan zadrżał. Powinien pobiec za Salzarem, ale nie potrafił się zmusić do zrobienia jakiegokolwiek ruchu. Nie mógł ścigać tego potwora w ciemnościach. Odczuł ogromną ulgę usłyszawszy wołanie. Spojrzał w tył, w kierunku, z którego dochodziło, ale blask płomienia oślepił go. Mrużąc oczy zdołał jednak rozpoznać srebrno-czarne mundury Patrolu i brązowe tuniki Branżowców. Włożył miotacz do kabury i czekał.
Jakiś czas później siedział przy stole w osobliwym pomieszczeniu, którego wyposażenie w sposób jednoznaczny zdradziło charakter oddziaływania Otchłani: nagromadzono w nim niezliczone ilości przedmiotów zrabowanych z kilkudziesięciu co najmniej statków. Była to tandetnie luksusowa kwatera człowieka, którego znali: Salzara Richa.
Dan w zawrotnym tempie wchłonął prawdziwy posiłek — żadnych substytutów — słuchając jednocześnie, jak Mura streszcza wszystko, co stało się w ciągu ostatnich paru dni. Z trudem walczył ze zmęczeniem i sennością. W pozycji pionowej utrzymywała go zapewne chęć skosztowania wszystkich tych przysmaków, które postawiono na stole. Naturalne produkty to coś, o czym już prawie zdążył zapomnieć.
Czarne mundury przesuwały się przez pokój przynosząc raporty i odbierając rozkazy od Dowódcy Szwadronu, który wraz z Kapitanem Jellico przysłuchiwał się relacji Mury. Zupełnie jak koniec filmu sensacyjnego, pomyślał Dan. Wszystko dobrze się kończy: Patrol zdążył na czas i teraz oni kontrolowali sytuację.
— Najgorsza sprawa, na jaką dotychczas natrafiliśmy — rzekł Komandor.
— Macie wreszcie wyjaśnienie, dlaczego tak wiele statków w tajemniczy sposób znikało z przestrzeni międzyplanetarnej — zauważył Van Ryck.
Odpowiedziało mu westchnienie.
— Będziemy musieli przeczesać te wzgórza, a może nawet rozkopać je, żeby z czystym sumieniem stwierdzić, że zakończyliśmy misję. Oczywiście spis tych wszystkich przedmiotów też się przyda. Wyjaśni to pewnie zagadki w kronikach Kwatery Głównej. Tylko dzięki wam jest to możliwe. — Komandor wstał i zasalutował. — Kapitanie, żegnam się na razie. Jeśli będzie pan mógł, to proszę o spotkanie za jakieś — spojrzał na zegarek — trzy godziny. Zrobimy naradę. Jest kilka problemów, które mieliśmy omówić.
Wyszedł z pokoju. Dan pił jakiś płyn z kubka ozdobionego herbem Inspekcji. Gdy dostrzegł te dwie skrzyżowane komety, wzdrygnął się i odsunął naczynie. Zbyt wyraźne miał przed oczyma wcześniejsze odkrycie. Tak, na pewno jest tu całe mnóstwo osobliwych przedmiotów. Ucieszył się na myśl, że to nie on będzie musiał je posegregować i spisać.
— Ten labirynt — głos Van Ryck nie był spokojny — może zajrzelibyśmy do niego? Jellico parsknął śmiechem.
— Mówisz tak, jakbyś sądził, że Patrol kogokolwiek tam wpuści oprócz specjalistów z Federacji!
Wzmianka o labiryncie wywołała u Dana wspomnienie tego, co niedawno zaszło i po raz pierwszy odezwał się:
— Rich tam uciekł. Proszę pana, czy już go złapali?
— Jeszcze nie — odpowiedział Kapitan. Nie był chyba szczególnie zainteresowany zniknięciem przywódcy banitów. — Craxoman prawda? Przeskoczył przez płomień, kiedy do was dotarliśmy.
— Tak, Kapitanie. W końcu chyba stracił zmysły — dodał Mura.
— Mam nadzieję, że Patrol go nie zlekceważy. Nie chciałbym być na miejscu człowieka, który będzie go musiał dopaść w tym labiryncie. Trzeba zachować wszystkie środki ostrożności.
— Cóż — Jellico wstał — to już nie nasza sprawa. Patrol teraz wszystkim dowodzi, niech oni się martwią. Im wcześniej wystartujemy z tej okropnej planety, tym lepiej dla nas. Jesteśmy Branżowcami, a nie policją.
— Tak — odezwał się Van Ryck ciągle siedząc w fotelu ukradzionym zapewne niegdyś z jakiegoś liniowca. — Musimy myśleć o Branży przede wszystkim, wyłącznie o interesach. — W jego oczach nie było niecierpliwości, którą można było łatwo dostrzec w niemal przezroczystych niebieskich oczach Kapitana. Był zupełnie spokojny, jakby miał rozpocząć swoje zwykłe zajęcia. Danowi przyszło do głowy, że Van Ryck nie zakończył jeszcze interesów na Otchłani i nie obchodziło go zupełnie, co postanowił Patrol.
Mimo swoich deklaracji, Kapitan nie zarządził powrotu na Królową. Przechadzał się natomiast ostrożnie po pokoju przystając czasami przed jakimś eksponatem, który Salzar najwidoczniej upodobał sobie na tyle, by go tu umieścić. Van Ryck spojrzał na Dana i Murę.
— Proponuję — powiedział łagodnie — żebyście skorzystali z sypialni Doktora Richa. Myślę, że łóżko wam się spodoba — jest znacznie wygodniejsze niż koja.
Dan zastanawiał się, dlaczego nie wysłano ich na statek, gdzie już od paru godzin przebywali Kosti i Ali, ale ruszył posłusznie za stewardem w stronę apartamentu Richa. Van Ryck miał rację: łóżko było zupełnie ziemskich rozmiarów, a pokrywał je puszysty koc z automatycznym nagrzewaniem.
Młody Branżowiec zrzucił haubę, gruby, niewygodny pas oraz buty i zanurzył się w wełnianą miękkość. Kątem oka zauważył, że Mura idzie w jego ślady i zajmuje drugi koniec obszernego legowiska. Po paru sekundach spał już głęboko.