Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]
- Автор: Нортон Андрэ
- Год: 1991
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-8520-212-9
- Переводчик: Urszula Zielinska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Sargassowa planeta [Sargasso of Space - pl]». Краткое содержание книги:
Będąc najmłodszym członkiem załogi statku „Królowa Słońca”, Dan trafia na planetę z tajemniczą przeszłością by rozwiać mroki jej teraźniejszości.
Zamiast odpowiedzi Rigeliańczyk niedbale pokręcił głową. Kosti natychmiast ruszył do akcji: przy pomocy miotacza wypalił stopnie w murze, tak jak poprzednio zrobił to Mura. Dan niecierpliwił się bardzo, czekając na moment, w którym będą mogli bezpiecznie stąpać po tych prowizorycznych schodach.
W końcu jednak wydostali się na górę i przeszli na drugą stronę muru. W korytarzu Kosti związał ręce więźniowi i polecił mu iść przed sobą. Posuwali się oczywiście w żółwim tempie i nawet z pomocą kolegów Ali z trudem dotrzymywał kroku pozostałym. Otaczała ich ciemność — światło lamp nie dorównywało poprzedniej jasności.
Mura włączył swoją latarkę.
— Będziemy używać tylko jednej. Zaoszczędzimy baterie na czas, kiedy będą rzeczywiście niezbędne.
Dana zastanowiły te słowa. Baterie lamp przecież nie wyczerpują się tak szybko, mogą być używane całymi miesiącami. Lecz istotnie, snop prowadzącego ich światła był jakoś dziwnie bladoszary, a nie jaskrawożółty…
— Dlaczego nie zwiększysz mocy? — zapytał po chwili Ali.
W mroku rozległ się szyderczy śmiech Riegeliańczyka. Mura odpowiedział spokojnie:
— Już to zrobiłem…
Nikt się nie odezwał, ale Dan wiedział, że nie był jedynym, który z zaniepokojeniem przyglądał się słabnącemu promieniowi. Teraz kiedy zanikł prawie zupełnie i oświetlał zaledwie pół metra drogi, Dan nie zdziwił się. Tylko Kosti zdumiał się niezmiernie:
— Co się dzieje? Poczekajcie… — Snop światła zapalonej przez niego lampy rozdarł ciemność. Przez jakieś dwie minuty było bardzo jasno, po czym i ten promień zaczął znikać, jakby pochłaniało go powietrze.
— Ta instalacja ma wpływ na całą energię w labiryncie — objaśnił Rigeliańczyk. — Nie zdołaliśmy zrozumieć wszystkiego. Światło się wyczerpuje, a potem znika tlen.
Dan wciągnął powietrze. Wydawało mu się, że pozostało bez zmian. Być może ten ostatni szczegół to jedynie wytwór wyobraźni więźnia. Ale wszyscy przyspieszyli kroku.
W bladym i znikającym świetle latarki byli jednak w stanie utrzymać kierunek, który nieświadomie zdradził Rich i który powinien wyprowadzić ich z labiryntu. Wokół panowała niczym niezmącona cisza — jedynie tupot ich nóg wywoływał dziwne echo.
Po jakimś czasie latarka Kostiego wyczerpała się i tym razem Dan włączył swoją. Mijali kolejne pokoje, przechodzili z jednego korytarza w drugi, usiłując jak najlepiej wykorzystać resztki światła. Ciągle jednak nie widzieli, jak daleko jest do wyjścia.
W końcu zgasła również lampa Dana i wówczas Mura postanowił zrobić coś, co już raz im pomogło:
— Teraz musimy stworzyć łańcuch.
Prawą ręką Dan chwycił pas Mury, a lewą zacisnął wokół nadgarstka Aliego. Znowu ruszyli. Oprócz brzęku magnetycznych butów do uszu asystenta Szefa Ładowni doszło teraz mruczenie stewarda: prawdopodobnie wymyślił jakiś sobie tylko wiadomy sposób na przemieszczanie się w ciemności z jednego punktu w drugi.
Mrok napierał na nich — gęsty, niemal dotykalny. Wywoływał to samo wrażenie, które mieli już podczas swych pierwszych wędrówek po Otchłani: przedzierali się jakby przez śliską maź i w tych warunkach można było całkowicie stracić wiarę w powodzenie wyprawy.
Dan szedł w ślad za Murą bezmyślnie, wierzył tylko, że steward wie, co robi i prędzej czy później doprowadzi ich do drzwi labiryntu. Tymczasem młody Branżowiec sapał i dyszał, jakby przebiegł co najmniej pięć kilometrów, chociaż szli spokojnie równym krokiem, do którego przyzwyczajono ich w Syndykacie.
— A ile w ogóle kilometrów musimy przejść? — zapytał podniesionym głosem Kosti. Odpowiedział mu śmiech więźnia.
— A co to za różnica, bracie? I tak nie ma stąd wyjścia, bo rozwaliliście tę dźwignię.
Czy Rigeliańczyk naprawdę w to wierzył? Jeśli tak, to dlaczego nie był przerażony? A może należał do tej rasy, która nie zauważa szczególnej różnicy między życiem a śmiercią?
Nagle rozległ się zdumiony okrzyk Mury i w sekundę później Dan omal nie przewrócił się wpadając na stewarda. Ali i dwóch pozostałych zaplątało się we własne pasy. Według Dana istniało tylko jedno wyjaśnienie tego niespodziewanego przystanku — Mura musiał popełnić błąd w obliczeniach i skręcili w nieodpowiedni korytarz. Są zgubieni!
— To gdzie teraz jesteśmy? — zapytał Kosti.
— Zgubiliśmy drogę — zaśmiał się skrzekliwie Rigeliańczyk.
Dan dotknął dłonią ściany i stwierdził, że nie była to już gładka powierzchnia skonstruowana przez Przodków, ale chropowata skała. A więc dotarli do jaskini! Mura potwierdził odkrycie młodszego kolegi.
— To jest już skała — koniec labiryntu.
— Ale gdzie tu jest wyjście? — upierał się Kosti.
— Zamknięte! Zamknięte jednym pociągnięciem dźwigni! — odpowiedział mu więzień. — Wszystkie wyjścia są — były — sterowane przez instalację.
— Jeżeli tak — Ali podniósł głos po raz pierwszy od czasu, gdy zaczął tę wędrówkę — to co się działo, gdy wyłączaliście maszynę? Czy musieliście czekać w ciemnościach, aż ponownie się włączy?
Nie było odpowiedzi. Po paru sekundach Dan usłyszał szamotaninę i dziwne odgłosy, jakby ktoś się dławił, po czym rozległ się chrapliwy głos Kostiego:
— Kiedy ktoś zadaje ci pytania, ty żmijo, to masz odpowiadać, rozumiesz? Inaczej z tobą porozmawiam, jeśli będziesz milczał. Co się działo, kiedy przedtem wyłączaliście tę maszynę?
Jeszcze trochę odgłosów szamotaniny dobiegło do uszu Dana, a potem odpowiedź Rigeliańczyka:
— Siedzieliśmy tu, dopóki się znowu nie włączyła. To zdarzało się bardzo rzadko.
— Wtedy, gdy myszkowała tu Inspekcja, wyłączaliście instalację na parę dni — poprawił go Dan.
— Ale wtedy nie doszliśmy aż tak daleko — odrzekł więzień cokolwiek za szybko.
— Ktoś przecież musiał tu pozostać, żeby to wszystko znowu włączyć, gdy nadszedł czas — zauważył Ali. — Jeżeli drzwi były zamknięte, nikt nie mógł stąd ani wyjść, ani dostać się do środka.
— Nie jestem inżynierem, nie znam się na takich sprawach — Rigeliańczyk stracił dawną pewność siebie.
— Ależ oczywiście, jesteś tylko jednym z najbliższych współpracowników Richa. Jeśli jest stąd jakieś wyjście, to ty na pewno o nim wiesz — odezwał się Kosti.
— A może twój flet pomoże? — zapytał Dan Murę, który od dłuższego czasu milczał.
— Właśnie próbowałem — padła odpowiedź.
— Nie działa, co? No, dosyć tego, ty żmijo. Gadaj! — Usłyszeli szamotaninę, po czym Ali zaproponował:
— Jeżeli to jest skała, i jest to bez wątpienia to miejsce, o które nam chodzi, to dlaczego nie mielibyśmy użyć miotacza?
Oczywiście! Przeciąć ścianą! Ręka Dana spoczęła na kaburze. Miotacz przedarłby się przez litą skałę szybciej niż przez zbudowane przez Przodków mury. Pomysł spodobał się również Kostiemu, ponieważ hałas wywołany jego perswazją ustał.
— Trzeba jedynie wybrać odpowiedni punkt — kontynuował Ali. — Tylko gdzie jest przejście…
— W tym zapewne momencie pomoże nam ten typek, nieprawdaż? — warknął w stronę więźnia mechanik.
Odpowiedzią było coś w rodzaju jęku, który Kosti najwidoczniej uznał za wyrażenie zgody, ponieważ przesunął się do przodu popychając przed sobą Rigeliańczyka.
— Dokładnie tutaj, co? Lepiej, żebyś miał rację, chłoptasiu; lepiej byłoby dla ciebie, żebyś miał rację!
Dan omal nie upadł, gdy mechanik pchnął więźnia w jego stronę. Ustawił go przy ścianie i czekał wraz z innymi.
— Czy to ty, Frank? Cofnij się, bracie! Wszyscy do tyłu! — Kolejne ciało znalazło oparcie w Danie, po czym wszyscy trzej przesunęli się w tył.