Niebezpieczny Krok
- Автор: Бэлоу Мэри
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Niebezpieczny Krok». Краткое содержание книги:
Wulfric zatrzymał monokl w pół drogi do oka.
– Wszyscy moi goście będą traktowani z należytym szacunkiem – rzekł. – A odpowiadając na pytanie Judith, planuję urządzić bal. Mój sekretarz wysłał już zaproszenia i zajął się przygotowaniami. Pozostałe rozrywki zaimprowizujemy na bieżąco.
Opuścił monokl, ujął łyżeczkę i zajął się kremem waniliowym.
Do licha, co go opętało?
„Niech mi pani da szansę”, błagał. Po co? Szansę, by mógł jej udowodnić, że jest kimś, kim nie jest? Nigdy dotąd o nic nie błagał. Nie musiał.
„Nic się nie zmieni”, odparła. I miała rację. Jak mógłby zmienić swoją naturę? Czy w ogóle chciał? Miała rację. Nie było nic, co mogłoby ich połączyć i zapewnić im długie, szczęśliwe życie.
„Pan mnie zdławi – powiedziała. – Odbierze mi całą energię i radość. Zgasi we mnie ogień i werwę”.
Nie znał radości. Nie miał do czynienia z energią i werwą. A przynajmniej nie z tą rozświetlającą jej osobę wewnętrznym blaskiem, którego nie potrafił opisać słowami.
Czy mógł jej ofiarować coś, czego pragnęła? I czy w niej było coś, co predysponowało ją do roli księżnej? Nie jego kobiety, żony, ale właśnie księżnej?
Odłożył łyżeczkę i upewniwszy się, że wszyscy skończyli jeść, zerknął na ciotkę, lekko unosząc brwi. Zrozumiała w mgnieniu oka i wstała, by przejść z paniami do salonu.
Dzień był zimny i wietrzny, choć zbliżał się już kwiecień. Szare chmury wisiały nisko nad ziemią i od czasu do czasu mżyły deszczem na ponury krajobraz. Na szczęście niebo wstrzymało się z ulewą, dzięki czemu drogi pozostały przejezdne.
Christine niemal modliła się o potop, który zatrzymałby ich w jakiejś przydrożnej gospodzie na całe święta. Teraz jednak było już za późno. Zbliżali się do Lindsey Hall. W chwili gdy to pomyślała, powóz zwolnił i skręcił między wysokimi słupami bramy w prostą aleję wysadzaną wiązami.
– Dobry Boże! – krzyknęła Melanie, budząc się z drzemki. Wysunęła ręce z mufki, by poprawić kapturek. – Czy już dojechaliśmy? Bertie, obudź się. Dość już mam twojego chrapania. Jak to możliwe, żeby zasnąć w powozie? Okropnie mnie wytrzęsło. Jestem cała obolała. A ty nie, Christine?
Christine wyjrzała przez okno i zobaczyła wielką rezydencję łączącą style gotycki, elżbietański, georgiański i jeszcze parę innych. Budynek był imponujący.
Nigdy nie cierpiała na chorobę lokomocyjną, nagle jednak zrobiło się jej niedobrze. Całe szczęście, że ich podróż dobiega końca. Na tę myśl żołądek wręcz podszedł jej do gardła.
Powóz objechał okrągły klomb obsadzony tulipanami i żonkilami, z wielką kamienną fontanną pośrodku. Woda tryskała z niej na dziesięć metrów w górę. Na każdym gościu zbliżającym się do rezydencji widok musiał robić oszałamiające wrażenie.
Znaleźli się przy tarasie przed wielkimi podwójnymi drzwiami frontowymi, które zaczęły się otwierać.
Melanie od chwili przebudzenia cały czas paplała, ale Christine nie słyszała nawet jednego słowa. Żałowała, że nie może cofnąć czasu i zamiast przyjąć zaproszenie księcia, po prostu powiedzieć: nie. Siedziałaby sobie teraz spokojnie w domu i wraz z rodziną oczekiwała nadejścia Wielkanocy.
Zgodziła się jednak i oto zbliżała się do kresu podróży. Serce łomotało jej w piersi, gdy lokaj we wspaniałej liberii otworzył drzwi powozu i wystawił schodki.
Miała sobie za złe, że tak się denerwuje. Gardziła sobą za to. Powiedziała mu, że to wszystko nie ma sensu, że nic się nie zmieni, bo nie może się zmienić.
Nie ustąpił, więc przyjechała.
Ale dlaczego tak się denerwuje? Dlaczego spodziewa się najgorszego i kusi los? Dlaczego z góry zakłada, że nie będzie się dobrze bawić? Przecież zawsze może usiąść w kącie i śmiać się z ludzkich słabostek. Ta taktyka nie za bardzo przydała się w Schofield, ale to nie znaczy, że nie sprawdzi się tutaj.
Przed domem przywitała ich tylko służba. Główny lokaj, którego Christine pewnie uznałaby za księcia, gdyby nie poznała rzeczonego dżentelmena wcześniej, ukłonił się przepisowo i zaprosił do środka, gdzie oczekuje Jego Wysokość.
Melanie i Bertie weszli za nim.
Christine nie.
Gdy podjechał drugi powóz z dziećmi i ich nianią, od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. Pewnie sześcioletnia Pamela znów źle się czuła, tak jak przez prawie całą drogę. Karcący głos opiekunki, którego ton sugerował, że niania jest u kresu sił, rozległ się, jak tylko otwarto drzwi powozu. Ośmioletni Phillip śmiał się w wyjątkowo irytujący sposób. Trzyletnia Pauline na przemian płakała i skarżyła się na brata piskliwym głosikiem. Christine zrozumiała, że niania nie poradzi sobie z sytuacją i należy jej pomóc.
Podeszła do powozu.
– Phillipie, stało się coś bardzo śmiesznego! – zawołała z promiennym uśmiechem, gotowa kłamać jak z nut. – Widzisz tego wspaniałego lokaja? – Wskazała plecy służącego kierującego się do drzwi. – Spytał mnie, cóż to za elegancki dżentelmen przyjechał tym powozem. Najwyraźniej wziął cię za dorosłego. Co ty na to?
Phillip aż spuchł z dumy. Wysiadłszy na taras, przyjął pozę zblazowanego dandysa. Christine zajrzała do powozu i wzięła Pauline na ręce.
– Dojechaliśmy, malutka – powiedziała i uśmiechnęła się do umęczonej niani tulącej Pamelę. – Za chwilę znajdziesz się we wspaniałym pokoju zabaw. Czy to nie cudowne? Jestem pewna, że będą tam też inne dzieci, z którymi się szybko zaprzyjaźnisz.
Melanie, Bertie i lokaj znikli już wewnątrz domu. Na tarasie pojawiła się energiczna kobieta w średnim wieku, najwyraźniej po to, by wprowadzić dzieci i ich nianię do środka innym wejściem. Phillip skinął jej głową i poinformował, że jego starsza siostra pochorowała się w podróży, a młodsza jest zmęczona, więc niania będzie jej bardzo wdzięczna za pomoc.
– Prawdziwy z ciebie dżentelmen – stwierdziła kobieta i uśmiechnęła się z aprobatą. – Taki zatroskany o swoje siostry.
Christine pomyślała, że lada moment zobaczy nad głową Phillipa aureolę.
– Wezmę ją od pani, madame. – Kobieta wyciągnęła ręce po Pauline.
Ta jednak zacisnęła ręce na szyi Christine, przekrzywiając jej przy okazji kapturek, wtuliła twarz w jej ramię i wyraźnie szykowała się do ataku histerii.
– Jest zmęczona i w obcym miejscu – powiedziała Christine. – Sama ją zaniosę do pokoju dziecinnego.
Pospiesznie ruszyła do drzwi wejściowych. Obawiała się, że zastanie je już zamknięte, ale nadal stały otworem. Ledwie weszła do holu, poczuła się straszliwie wymięta i potargana.
Wielki hol wejściowy z dębowym belkowaniem robił imponujące wrażenie. Naprzeciw drzwi znajdował się ogromny kominek, a przez całą długość korytarza ciągnął się dębowy stół obstawiony krzesłami. Na bielonych ścianach wisiały chorągwie, tarcze herbowe i broń. Z boku, za misternie rzeźbionym drewnianym ekranem, kryła się galeria dla minstreli. Z drugiej strony szerokie schody prowadziły na górę.
Zauważyła grupę ludzi ustawionych w szeregu ciągnącym się od drzwi. Ze zgrozą uświadomiła sobie, że chyba czekają na nią, jako że Melanie i Bertie już się przywitali i właśnie szli ku schodom.
Gdy oczy przyzwyczaiły się jej do półmroku, dostrzegła księcia Bewcastle'a, który postąpił ku niej i z nieodgadnionym wyrazem twarzy przywitał ją oficjalnym ukłonem. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale go uprzedziła.
– Przepraszam – wyjaśniła zdyszanym głosem. – Pamela się pochorowała, Phillip był nieznośny, a Pauline bliska histerii. Zostawiłam Pamelę z nianią, namówiłam Phillipa, żeby choć przez pięć minut zachowywał się jak dżentelmen, i przytuliłam Pauline, żeby ją pocieszyć. Jest bardzo zmęczona i przestraszona i nie chciała się ode mnie oderwać. Dlatego… – nagle język zaczął się jej plątać. Roześmiała się. – I oto jestem.