Niebezpieczny Krok
- Автор: Бэлоу Мэри
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Niebezpieczny Krok». Краткое содержание книги:
– Chyba jednak pani wie. – Uniósł monokl. – A przynajmniej tak mi kiedyś powiedziała.
– Nie powinnam była tego robić. To pan mnie sprowokował.
– Bo poprosiłem, by została pani moją żoną? – spytał cicho, mrużąc oczy. – Tym panią sprowokowałem?
– Wasza Wysokość, w każdej wieczornej modlitwie powinien pan dziękować Bogu, że mu odmówiłam.
– Doprawdy? – Znów zauważył, że ma niesamowicie niebieskie oczy. Jak morze w letni dzień. Mógłby w nich z łatwością utonąć.
– Wasza Wysokość, niech się pan rozejrzy dookoła – poleciła. – Niech pan przyjrzy się obecnym tu damom.
Zrobił, o co poprosiła. Uniósł nawet monokl do oka. Freyja wyglądała dziś wyjątkowo wspaniale w złocistej sukni, ze złotymi piórami we włosach i brylantami na szyi i rękach. Nie ona jedna zresztą. Wszystkie pozostałe damy były ubrane z przepychem i elegancją.
– Już – powiedział. Opuścił monokl i odwrócił się do Christine Derrick.
– A teraz niech pan spojrzy na mnie.
Zobaczył to samo, co przedtem. Jej suknię, wprawdzie nową i bardziej szykowną niż stroje, które nosiła w zeszłe lato, ale prostą w kroju i pozbawioną ozdób. Brak biżuterii. Ciemne lśniące loki bez wstążek i zapinek. Lekko zarumienione policzki. Błyszczące oczy w oprawie ciemnych rzęs. Prawie niewidoczne piegi. I wydatne, lekko rozchylone usta.
– Już – szepnął.
– I niech mi pan teraz powie, że nie zauważył różnicy.
– Widzę jedną, zasadniczą różnicę. Żadna z tych dam nie jest panią.
– Och. – Zarumieniła się. – Ależ pan jest dzisiaj zręczny w słowach, Wasza Wysokość.
– Przepraszam, czy mamy do odegrania jakieś role? Czy powinienem był powiedzieć coś innego?
– Pochodzę z innego świata niż pan – odparła. – Kiedyś poślubiłam arystokratę, choć tylko młodszego syna wicehrabiego, i weszłam w wyższe sfery. Nigdy nie mieliśmy wiele pieniędzy, zwłaszcza w ostatnich latach małżeństwa, a Oscar pozostawił po sobie długi. Te nowe stroje kupiłam za pieniądze, które przysłał mi szwagier, gdy dowiedział się, że zostałam zaproszona na ślub Audrey. Wiodę ciche, spokojne życie na prowincji. Uczę w szkole. Mój ojciec był dżentelmenem ze względu na pochodzenie i wykształcenie, ale nie miał majątku. Jego ojciec był baronetem, ale mój dziadek ze strony matki tylko lekarzem. Wasza Wysokość, pan naprawdę powinien dziękować niebiosom, że mu odmówiłam. Ja też powinnam. Wolałabym umrzeć, niż zostać żoną księcia. Milczał, zaskoczony stanowczym tonem jej wypowiedzi.
– Pani Derrick, to bardzo kategoryczne stwierdzenie – odezwał się w końcu. – Czy naprawdę wolałaby pani umrzeć, niż poślubić mężczyznę, z którym łączy panią uczucie, czy to księcia, czy, dajmy na to, kominiarza?
– Ależ mnie z nikim nie łączy uczucie – zaprotestowała.
– Niektóre osoby tak odpowiadają na pytania, by uniknąć odpowiedzi – rzucił.
– Wasza Wysokość, nie wydaje mi się, bym mogła być szczęśliwa, czy to jako żona księcia, czy kominiarza – powiedziała. – Powinnam więc bardzo uważać, by nie obdarzyć uczuciem ani jednego, ani drugiego. Czy wolałabym umrzeć, niż poślubić ukochanego mężczyznę, tylko dlatego, że jest na przykład kominiarzem albo księciem? Gdybym odpowiedziała twierdząco, czy nadawałabym się na heroinę jakiejś szekspirowskiej tragedii? Jak pan myśli? Nawet bym się tego nie dowiedziała. Byłabym martwa. Unosiłabym się na powierzchni jeziora, a włosy opływałyby mnie ciemną falą. Chociaż nie, przecież obcięłam je na krótko.
Serce w nim zamarło.
Ona go nie chce i wyraźnie ostrzega, tak jak w Hyde Parku, że nic nie może zrobić, by skłonić ją do zmiany zdania. Była nie lada wyzwaniem. Nie mógł jej zaimponować swoim tytułem czy ogromną fortuną, a nie umiał zabiegać o względy kobiety jak zwykły mężczyzna. A gdyby nawet potrafił, ona pozostałaby niewzruszona, ponieważ jest też księciem i bogatym człowiekiem.
Christine Derrick twardo stąpała po ziemi. Ale się myliła. Jeśli ma się do wyboru marzenie i prozę życia, to dlaczego wybierać tę ostatnią? Tylko dlatego, że tak nakazuje rozsądek? Czemu nie sięgnąć po marzenie? Czemu nie zaryzykować i nie spróbować żyć pełnią życia?
I czy to naprawdę on, Wulfric Bedwyn, snuje takie myśli i marzy o zbuntowaniu się przeciwko wszystkiemu, co rządziło jego życiem od ponad dwudziestu lat? Czy naprawdę byłby gotów zaryzykować?
Ale przecież zaprosił ją tutaj.
Zaczynał podejrzewać, że jest w niej nie tylko zakochany, ale stała mu się niezbędna do szczęścia. Sama myśl o tym wydała mu się dziwna i zatrważająca. Nigdy nie szukał szczęścia. Uważał, że jest nieważne. I nigdy naprawdę w nie nie wierzył. Chociaż nie. Przez ostatnie trzy lata patrzył, jak jego bracia i siostry po kolei znajdowali szczęście i cieszyli się nim na co dzień. Widział, jak chłodni, czasem wręcz nieczuli Bedwynowie, nie tracąc niezależności, zakładają rodziny i cieszą się domowym ogniskiem. I choć w pełni nie zdawał sobie z tego sprawę, czuł się pominięty i trochę im zazdrościł.
Doskwierała mu samotność.
Milczenie się przeciągało. W końcu stało się jasne, że ona nie zamierza go przerwać.
– Pani Derrick, należy mieć nadzieję, że jeśli kiedykolwiek zostanie pani heroiną dramatu, to nie tragiczną, ale romantyczną – powiedział. – Być może gdzieś żyje nauczyciel, który zyska pani oddanie i dozgonną miłość. Życzę z nim pani wiele szczęścia. Tymczasem dołożę wszelkich starań, by pani i pozostali goście spędzili przyjemne i niezapomniane święta w Lindsey Hall.
W jej oczach nie było już śmiechu.
– Myślę, że pan nosi maskę – odparła. – Nie można przez nią przeniknąć. Czyja pana uraziłam?
– Słucham? – zatrzymał monokl w pół drogi do oka.
– Znów ma pan oczy jak bryły lodu – ciągnęła. – Oczy to zawsze najsłabszy punkt każdej maski. Człowiek, który ją nosi, musi patrzeć na świat, więc pozostają nieosłonięte. Ale pańskie oczy są częścią maski. Gdy w nie patrzę, nie mogę dostrzec nawet drobnej cząstki pana duszy.
Spojrzał na nią z chłodną wyniosłością, jak zawsze na wszystkich i wszystko. Jak mógłby inaczej? Jak mógłby zaryzykować…
– Może powinienem chodzić z sercem na dłoni – rzucił. – Wtedy nie musiałaby pani patrzeć mi w oczy. Ale przecież ja nie mam serca.
– Wasza Wysokość, mam wrażenie, że się kłócimy – powiedziała. – Tyle że pan robi to w swoim niepowtarzalnym stylu i staje się coraz bardziej lodowaty, w przeciwieństwie do reszty rozpalonych gniewem śmiertelników. Szkoda.
– Chciałaby więc pani zobaczyć mnie rozpalonego gniewem? – Uniósł brwi.
– O tak, bardzo – zapewniła.
– Nawet gdyby mój gniew był skierowany przeciwko pani?
Przyjrzała mu się, przechylając głowę na bok. W jej oczach znów czaił się śmiech.
– Tak – odparła. – Gdyby pan się rozgniewał, mogłabym z nim walczyć. Podejrzewam, że byłby pan nader niebezpiecznym przeciwnikiem, ale gdyby stracił pan panowanie nad sobą, może udałoby mi się dotrzeć do prawdziwego, żywego człowieka. Oczywiście jeśli gdzieś tam jest człowiek, a nie tylko książę do szpiku kości.
– Pani mnie obraża, madame – rzekł cicho i poczuł, jak narasta w nim gniew.
– Doprawdy? – Szeroko otworzyła oczy. – Czyżbym pana zraniła? Rozzłościła? Mam nadzieję, że i jedno, i drugie. Ja się tutaj nie wpraszałam, Wasza Wysokość. Nie chciałam przyjąć pańskiego zaproszenia i byłam w tej kwestii całkowicie szczera. To pan nalegał, by dać mu szansę. Chciał mi pan udowodnić, że jest w nim coś więcej niż to, co dotąd zobaczyłam. Nie widzę nic więcej. A jednak gdy zarzuciłam mu, że nosi maskę, że ukrywa się za lodowatymi oczami i wyniosłą pozą, pan zrobił się jeszcze bardziej chłodny i przytoczył moje własne słowa, żebym poczuła się niezręcznie. Cytuję: „Ale przecież ja nie mam serca”. Być może ma pan rację. Może nie ma żadnej maski i od początku widziałam pana takim, jaki jest naprawdę.