Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Jak Zwajcy.
Skrzywił się.
– My nie sprzedawaliśmy swoich mieczy na służbę obcym władcom. I nigdy nie znaliśmy jednego kniazia.
– Póki nie powiodłeś ich na Żalniki.
Usta Wężymorda znów drgnęły, ale opanował się. Zarzyczka właściwie nie wiedziała, dlaczego usiłuje go rozwścieczyć. Być może z powodu tych wszystkich nocy, kiedy pozwolił jej śnić o śmierci dziecka. Nie wiedziała. I nie mogła się powstrzymać.
– To było dużo, dużo później – odpowiedział Wężymord. – Najpierw ojciec wziął mnie za rękę, poprowadził do kapliczki naszych przodków w grocie u podnóża zamku i kazał przed nimi przysięgać, że pewnego dnia Żalniki zostaną upokorzone równie głęboko, jak my, kiedy patrzyliśmy, jak zabierają nasze kobiety, i nie mogliśmy nic zrobić. Więc sądzę, że mój ojciec jest zadowolony.
– Był szczęśliwy po przyjściu Zird Zekruna? – Niecierpliwie odrzuciła włosy z czoła. – Kiedy z jednej niewoli popadliście w drugą, dotkliwszą?
– Nie wiem. – Dopiero teraz Wężymord popatrzył wprost na nią. – Rzucił się na miecz jeszcze tamtej samej nocy, kiedy zabrali matkę.
Poczuła, jak krew uderza jej na policzki.
– Dorastałem w ruinach wieży, z gromadą zdziczałych kóz – ciągnął. – Sam, bo słudzy rozbiegli się, gdy tylko usłyszeli o śmierci pana. Wcześniej rozgrabili wszystko, co dało się wynieść, i podłożyli ogień pod dworzec – jeśli na wyspach upada ród, to upada ze szczętem. Wreszcie zacząłem chodzić na rajdy, zrazu nad cudzym wiosłem, potem na własnym okręcie. A jeszcze później wyprawiłem się do grot Zird Zekruna. Resztę znasz.
Jak mój brat, pomyślała. Zupełnie jak Koźlarz.
– Nie – odparł sucho. – Sieroty po frejbiterach nie jeżdżą w kohorcie boga z widmami bohaterów i nie noszą na plecach ostrza wykutego w ogniach Kii Krindara. Sieroty po frejbiterach rozbijają małże białymi kamieniami i boją się rozpalić nocą ogień, aby nie przywabić łowców niewolników. Sieroty po frejbiterach żebrzą w gospodach o resztki pieczonej ryby i bardzo nisko kłaniają się szyprom z obcych okrętów. Nigdy nie byłem podobny do twojego brata. W niczym.
– A do mnie? – spytała szeptem.
Coś się zmieniło w jego oczach i pojęła, że dopiero teraz zdołała go dotknąć.
– Chodźmy stąd! – Podniósł się gwałtownie, nim zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć. – Szaty już wystarczająco przesiąkły smrodem. Goście do nas jadą.
– Kto?
– Poselstwo z Paciornika. – Dał znak dworzanom, że mogą powstać, i ujął ją pod łokieć. – I kapłanki Hurk Hrovke, ponoć z orędziem od najwyższego kolegium.
Wzdrygnęła się. Dziwne, lecz mimo wszystkiego, co dotychczas oglądała, służki Hurk Hrovke wciąż budziły w niej lęk. Pospolity człowiek bał się ich równie mocno, jak pomorckich kapłanów o czołach naznaczonych piętnem skalnych robaków. Gadano, że paciornickie mniszki od dziecka karmi się truciznami, by na koniec nawet oddechem niosły śmierć. Ponoć zwierciadła mętniały pod ich wzrokiem, a długie włosy kapłanek, pozostawione na zimę w wilgotnej, nasłonecznionej ziemi, stawały się kłębem jadowitych węży. Służki nieustannie nosiły w sobie okrutną, niszczącą moc bogini, zdolną przemienić każdą z nich w rój szarańczy, który przenika wszelkie zamknięcia i pustoszy całe krainy.
Zarzyczka nie do końca wierzyła w te opowieści. Jednak wiejskie bajędy przypominały się jej za każdym razem, kiedy w kamiennych salach Uścieży pobrzękiwały metalowe blaszki ze spódniczek kapłanek. Szczęściem bagienny ludek był skryty i niechętny obcym. Czasem tylko jaki głuptak śmiało lazł między obrośnięte sinymi brodami porostów drzewa i krzaki, wśród których wisiała niska, wilgotna mgła. I nieodmiennie nikt go potem nie oglądał, więc wieści o tajemnych mocach służek bogini stawały się coraz bardziej przerażające.
Czasem księżniczka zastanawiała się, czy nie było w tym zmowy pomiędzy boginią i panem Pomortu. Oboje lubowali się w zagładzie.
Kiedy zeszła wreszcie do wielkiej sali, uczta trwała na dobre. Służka Hurk Hrovke powitała ją oszczędnym skłonieniem głowy i otarła wierzchem dłoni wargi z tłustego sosu. Zarzyczka przymrużyła oczy na podobną bezczelność. Podeszła do wysokiego krzesła u szczytu stołu, boleśnie świadoma wbitych w nią spojrzeń.
A czegoście się spodziewali? – pomyślała cierpko, mijając płowowłosego wyrostka ze świty kapłanki, który zamarł z łyżką zanurzoną w serowej nalewce i wpatrywał się w księżniczkę z mieszaniną nabożnej trwogi i zdumienia. Pół tuzina diabląt uczepionych sukni?
Jednakże we wzroku kapłanki dostrzegała jeszcze coś innego. Respekt.
Krępa rudowłosa niewiasta w błyszczącej kolczudze nie usiłowała udawać, że spogląda w suto pozłacany talerz. Nie, kapłanka gapiła się wprost na Zarzyczkę, podparłszy dla wygody łokieć na misiurce, odłożonej niedbale pomiędzy misą cukrowanych owoców i półmiskiem jagnięcego mostku. Miała oblicze zasobnej wieśniaczki, po plebejsku rumiane policzki i wydatny zadarty nos, a jej oczy były dwiema szparkami w fałdach tłustej skóry. Nie przypominała w niczym południowych wojowniczek o twarzach naznaczonych sinym tatuażem i zębach spiłowanych w ostre szpice. Jednak biły od niej chłopska przemyślność i spryt, a mięśnie przybranych srebrnymi obręczami przedramion nie napinały się nawet, kiedy łamała w palcach jagnięce kostki.
Kapłanka odczekała układnie, aż pachołkowie napełnią puchar Zarzyczki, i obojętnym tonem podjęła rozmowę z sąsiadem, żalnickim szlachcicem. Ten przyjmował uprzejmość paciornickiej wysłanniczki z ledwo skrywanym wzburzeniem i wyraźnie miał kniaziowi za złe towarzystwo czcigodnego gościa. Zresztą także pomorccy frejbiterowie, zazwyczaj bez skrępowania raczący się miodami z uścieskiej piwniczki, byli tego wieczoru dziwnie trzeźwi i milkliwi. I tylko oswojona sowa na poprzecznej belce pohukiwała z ukontentowaniem, mieszając melodię przygrywającemu na gęślikach dziadowi.
Stara suka z kniaziowskiej sfory otarła się przymilnie o stopę Zarzyczki, która z ulgą rzuciła na posadzkę ledwo napoczęty kawałek pieczeni. Nie mogła wyjść z sali wcześniej, nim dostojni przybysze upiją się skalmierskim winem. Tymczasem uczta toczyła się dziwnym zwichrowanym rytmem. Pozornie było jak zawsze. Podano cukry, a między stołami pojawili się trefnisie i połykacz ognia. Paciornicka kapłanka zrazu przyjrzała się bacznie jego wyczynom, dalej pociągnęła z zawieszonej u pasa manierki kilka łyków, a na koniec wydała przeraźliwy ryk i zionęła ponad świecami smugą ognia, wzbudzając hałaśliwe zachwyty Pomorców. Sowa poczęła rozpaczliwie trzepotać u powały podciętymi skrzydłami, a pachołkowie wywlekli nieszczęsnego kuglarza z sali.
– Mamy niedźwiedzia wedle kuchennego podwórca – odezwała się sucho Zarzyczka. – Z tuzin lat temu sinoborski poseł podarował go nam dla uciechy. Więc jeśli macie smak nam jeszcze sztuczkę pokazać, każę w mig go przywieść dla waszego ukontentowania. Bo choć stary trochę i ślepawy, ale ryczy jako młody, kiedy go za kółko w nosie wytargać, i na dwóch łapach chodzi. Albo może wolicie dalej chleb trefnisiom odbierać? – ciągnęła z chłodną pasją, nie bacząc na spojrzenia wbite w nią ze strachem i niedowierzaniem, ani ciszę, która zapadła w biesiadnej sali. – Tedy każemy linę rozpiąć nad paleniskiem, żebyście się mogli w linoskoczka zabawić. A kiedy już się wytańcujecie i wybawicie należycie, może zechcecie rzec, z czym was bogini posyła. Bo błaznów dość mamy własnych.