Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 156
Перейти на страницу:

Za dnia jednak oboje skąpili słów z taką zaciekłością, jakby milczenie stało się ich własną bronią w walce z naznaczonym przez Zird Zekruna przeznaczeniem. Śnieg padał z każdym dniem gęstszy, a wraz z nim cisza stawała się coraz większa.

Miała wrażenie, że zamknięto ją pośrodku przezroczystej bańki, która otacza kochanków na obrazach starych mistrzów. Spojrzenie Wężymorda przesuwało się wokół niej, po czerwonej draperii na ścianie, smukłej arabesce na kapitelu kolumny i pociemniałym od dymu belkowaniu. Kiedy wychodził z komnaty, pragnęła przytrzymać dłoń nad płomieniem świecy tak długo, aż rozejdzie się swąd spalonego mięsa, a ona obudzi się wreszcie. Zamiast tego szła do wieży alchemiczek i zaciskała palce na odłamku zwierciadła Nur Nemruta. Dopiero ból przywracał pewność, że legenda nie pochłonęła jej na dobre, że zostało jeszcze coś, prócz tamtych dwóch kryształowych strzałek, które przerosły ich jak ciemne ziele.

Być może była to miłość – nie umiała zgadnąć. Jednak kiedy pochylała się nad szachownicą z dwubarwnego drewna, jej palce pamiętały ruchy drobnej dziewczynki ze strażnicy, która nie istniała w żadnej z Krain Wewnętrznego Morza. Z każdą przesuniętą figurą przeznaczenie podpełzało coraz bliżej – Irshia, Szalona Ptaszniczka i długi szereg kobiet o obcych imionach. Bogowie naginają nasz los w znajomy kształt, powiedziała kiedyś jasnowłosa córka Suchywilka. Ale dopiero teraz Zarzyczka dostrzegała, jak przemożne były wzorce, w które ich wpisano. Wspomnienia Szalonej Ptaszniczki ogarniały ją ze wszystkich stron, obrazy tak natrętne i nieodparte, że chwilami nie wiedziała już, co wydarzyło się naprawdę, a co jedynie zobaczyła w zwierciadłach Nur Nemruta. Coraz częściej twarz pana cytadeli przesłaniała oblicze Wężymorda i trudno, bardzo trudno było jej znaleźć ścieżkę prowadzącą z powrotem ku mężczyźnie, który poprzedniej jesieni przybył po nią do Doliny Thornveiin.

Być może naprawdę jestem opętana, pomyślała, odwracając twarz od dopalającego się stosu. Przez tyle tygodni śniłam duszne sny i zwlekałam, tymczasem legendy pieniły się wokół jak dzikie ziele, nie dbając o moje strachy. Powinnam była zapytać, a nie czekać, aż obłąkany prorok zacznie nas zabijać.

– Czy zrobiłbyś to? – odezwała się, zdumiona, jak łatwo przychodzą te słowa. – Gdybym spytała tamtej nocy, kiedy spadł śnieg, zamiast opłakiwać śmierć dziecka, które się nie narodziło. Czy wówczas odszedłbyś ze mną z Uścieży?

– Nie wiem. – Głos Wężymorda był zupełnie płaski. – Być może. Jednak Zird Zekrun zdołałby mnie odnaleźć, a z Gór Żmijowych jest zbyt daleko do Wewnętrznego Morza.

– Zbyt daleko?

– By żyć – odpowiedział po prostu. – Sorelki są morzem, samą jego istotą. A ja jestem nimi.

– I czymś jeszcze.

– Tak. – Zmrużył lekko oczy. – Pamiętam. Pamiętam śnieg i wilki. I zwiotczałe ciała żmijów w źródle Ilv.

Powoli obróciła się ku niemu, świadoma, że póki Wężymord nie da znaku, cały dwór będzie siedział na drewnianych ławach i nie odważą się odejść ni na krok od kikuta spalonego pala. Niech czekają, pomyślała. I niech patrzą.

– Trzy pokolenia temu – rzekł wreszcie Wężymord – Żalniki zbierały haracz z wysp, które miały potem połączyć się w ziemię Pomortu. Płótno, jantar, złoto. A także trzy tuziny kobiet i trzy tuziny mężczyzn na ofiarę dla Bad Bidmone. Co jesieni na wyspy przypływali kapłani bogini z dwoma mosiężnymi kociołkami pełnymi kości. Sześć tuzinów z nich pociągnięto czerwoną farbką. Kapłani całe tygodnie wędrowali od osady do osady, od dworca do dworca, póki każdy z wyspiarzy nie wyciągnął losu i nie przekonał się, czy nie spoczęła na nim łaska bogini. Tak właśnie to nazywali. Łaską bogini.

Umilkł, zapatrzony w szare niebo tuż ponad krawędzią cytadeli. Nie śmiała go ponaglać.

– Mieliśmy zamek – odezwał się po chwili. – Właściwie nie zamek, tylko donżon z czarnego kamienia, niewiele większy od wieży alchemiczek. Ojciec latem prowadził wyprawy na brzegi Skalmierza, zimą wysyłał łodzie na północny szlak biełuchy. Pamiętam zapach beczek solonej ryby i kobiety cerujące sieci na podwórcu przy kuchniach. I pamiętam, jak moja matka wyciągnęła czerwony los. Miała długie jasne włosy splecione w pojedynczy warkocz i szła od strony sadu z fartuchem pełnym jabłek. A kiedy wyciągnęła los, wszystkie jabłka potoczyły się w trawę. To też pamiętam bardzo wyraźnie. I jej błękitny płaszcz. Łopotał na wietrze, kiedy płynęła przez cieśninę łodzią pełną kapłanów i żalnickich wojowników.

– Na ofiarę? – Zarzyczka potrząsnęła głową. – Dla Bad Bidmone?

– Pamiętasz sad wokół rdestnickiego przybytku? Nie, nie możesz pamiętać. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Twój dziad wojował ze Skalmierzem i na gwałt potrzebował przychylności bogini. Zatem każdego z pomorckich wybrańców zakopywano żywcem w ziemi, a kiedy skonał, w jego ustach sadzono nową jabłoń. Na chwałę Bad Bidmone. Na wyspach palimy naszych zmarłych na stosach, dlatego ojciec kazał mi przysiąc, że spalę drzewo mojej matki. Ale w Rdestnikach było wiele, wiele tuzinów ofiarnych drzew. Więc kiedy twój brat zabił boginię jej własną mocą, spaliłem wszystkie. Całe miasto i każdą ze świętych jabłoni.

– To… nieprawda – zdołała wreszcie powiedzieć. – Nie poświęcaliśmy jeńców bogini, nigdy.

– Nie – zgodził się beznamiętnie Wężymord. – Twój ojciec miał zwyczaj wbijać jeńców na pale i przyozdabiać ich głowami palisadę wokół zamku, co zresztą nikomu nie uwłaczało nadmiernie, gdyż podobnie czynił z własnymi dostojnikami. Jednak za jego panowania kapłani nie wyprawiali się na wyspy po wybrańców i nie sadzono nowych jabłoni w gaju bogini. Bo po prostu nie było już wysp. Pomort miał własnego pana.

Ponieważ pewnego dnia niebieskooki mężczyzna zszedł do jaskiń Zird Zekruna i poprosił go o zemstę, pomyślała. A potem wymordował żmijów.

– Czy było warto? – spytała cierpko.

– Ich zapytaj. – Skinął głową ku gromadzie wyspiarzy, którzy zasiadali w pierwszych rzędach podium, butnie rozpychając się pomiędzy żalnickimi dworzanami.

– Wolałabym spytać twojego ojca.

– Mój ojciec… – powtórzył Wężymord, a księżniczce w jednej chwili przypomniały się wszystkie opowieści o zamku zmiecionym przez rozszalałe morze. – Mój ojciec przewodził tym gołodupcom, co żuli własne cholewki. Kiedy więc kapłani Bad Bidmone odpływali z matką, wielu gołodupców chciało się na nich zasadzić przy nabrzeżnych skałkach. Tyle że twój dziadek miał dość okrętów i wojska, żeby najechać i zdziesiątkować całe wyspy. Tak właśnie żalnicki kniaź uczynił cztery pokolenia wcześniej, po czym zmusił naszych thanów, aby rokrocznie posyłali daninę Bad Bidmone.

– Thanowie?

– Starszyzna. – Wężymord wzruszył ramionami. – Ci, którzy mieli okręty i zbierali wolnych towarzyszy na rajdy. Rzadko kto o tym pamięta, ale na wyspy z dawien dawna ściągali uciekinierzy z Krain Wewnętrznego Morza. Z Sinoborza, Żalników, Skalmierza, nawet ze Szczeżupińskich Wysp. Żeglarze, pańszczyźniani chłopi, co uprzykrzyli sobie pracę na cudzym gruncie, wygnańcy z pańskich dworów, młodsi szlacheccy synowie, dla których zabrakło ziemi. Tak właśnie powstali frejbiterzy, wolna kompania. Na wyspach nie czekała ani żyzna ziemia, ani kopalnie, ani żaden inny dobytek, na które połaszczyłby się któryś z sąsiadów. Ale było dość miejsca, żeby się osiedlić, i żadnego pana, aby zbierał daninę. Każdy z osadników siedział na własnej ziemi i innym nie wchodził w drogę.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)