Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Dobra, ale tego starszego – rzucił przez zaciśnięte zęby.
– Mój! – rozdarł się radośnie Twardokęsek i rzucił się ku nim przez izbę.
– Zawżdy jeno ty i ty! – krzyknął za nim z niechęcią Cherchel. – Chytrusie stary.
Zbójca nie słuchał wyrzekań kamratów, lecz owładnięty bitewnym zapałem zagalopował się krzynę. Chciał najemnika nieco kordzikiem na żebrach naznaczyć, aby potem tym łacniej wyśpiewał, kto ich tu nasłał i dla jakiej przyczyny. Widząc go, zbrojny skulił się jednak i w bok usiłował uskoczyć, ale tak nieszczęśliwie, że zawadził zbójcę o bark. Zwalili się na polepę i ani się zbójca obejrzał, jak jego kordzik wbił się w pierś przeciwnika. Ten zagulgotał coś słabo, kopnął dwa razy nogami i zdechł. I na tym się cała potyczka zakończyła, bo Chąśnik też znudził się wreszcie i utrupił swoją ofiarę krótkim, eleganckim cięciem przez czerep.
– Aleś był wyrywny – zakpił ze zbójcy, pomagając mu dźwignąć się z ziemi. – Mało żeś się nie zatchnął z ochoty do mordobicia.
Tymczasem małe drzwiczki do komory uchyliły się ostrożnie i w szczelinie pokazał się siwy łeb gospodarza. Chłopina szybko oszacował wynik starcia i uznawszy, że niebezpieczeństwo zelżało, przyłączył się do niewiasty, która pomstowała donośnie nad zmarnowanym dobytkiem.
Nikt o nich nie dbał.
– Z niego nic już nie będzie. – Cherchel przyklęknął przy Osaczniku, który leżał nieruchomo na stratowanej ziemi. – Lada chwila zdechnie.
Zbójca otarł pot z czoła i popatrzał przytomniej na ogromnego Kopiennika.
– Ostawcie go – rzekł z cicha. – Niech tutaj w cieple poleży, póki… póki będzie trzeba – dokończył niezręcznie.
– Z tych też żaden pożytek. – Lusztyk chodził pomiędzy wymordowanymi najemnikami, zaglądając im w karmany i przetrząsając sakiewki. – Dwóch jeszcze dycha, ale łby mają łańcuchem pogruchotane ździebko.
– Niedobrze – sarknął zbójca. – Chciałem ich wypytać.
– Toś się do tego osobliwie zabierał. – Chąśnik splunął na polepę tuż przy głowie człeka, w którego piersi nadal tkwił zbójecki kordzik.
– Bo płochliwy był jakiś. – Zbójca nieżyczliwie popatrzał na trupa. – Gdyby nie uciekał, nic bym mu przecie nie zrobił. Cóż, darmo teraz biadać. Ścierwo na majdan trza wynieść, nim śmierdnąć zacznie. A wy co się tak w kącie kryjecie, gospodarzu? – Pokiwał palcem na chłopka, który zaprzestał daremnych biadań i przeszedł do znacznie użyteczniejszego odcinania guzów u kaftanów najemników.
– Przecie się wcale nie skrywam – zaprotestował chłopina, ale zbójca wciąż rozjątrzony i zły niezmiernie, porwał go za sukmanę i postawił na nogi.
– A teraz gadaj a żywo – wysyczał – kto ich tutaj przysłał i czemu się na nas zasadzili?
Kmiotek spojrzał w twarz zbójcy i zaczął dygotać jak osika.
– Ja niewinowaty, panie. Nic nie wiem. Nie opowiadali się przede mną.
– Szczera prawda – odezwała się niewiasta. Stała przy piecu, tuląc w ramionach najmłodsze z dzieci. Włosy miała opalone, porwane giezło odsłaniało grube nogi. – My wszak sami nie wiemy, panie, za co na nas to nieszczęście spadło.
– My byśmy wam wszystko rzekli, panie – włączył się chłop – boście i za nasze krzywdy pomstę wzięli. Ino nic nie wiemy. Z lasu przyszli, gorzałkę cięgiem pili, słoninę całą zeżarli i babę wyonacyli. Ale wszystkie tak czynią, Pomorcy i nasze po równo. Takie czasy nastały.
– Łżesz, ścierwo! – sapnął rozjątrzony zbójca i potrząsnął kmiotem, aż zagrzechotały zęby.
Jego wzrok padł na martwego Osacznika. Dalekoś nie dojechał, pomyślał z niespodzianą żałością i nagle zdjął go okrutny strach, że nie tylko nie zdołają wykraść rdestnickiego skarbczyka, ale nawet życia własnego nie ocalą.
– Puść go, Twardokęsek – rzekł łagodnie Lusztyk – albo zarżnij od razu, ale nie potrząsaj. Chłop nic nie wie, a zaraz ci buty ze strachu obszczy.
Twardokęsek odepchnął gwałtownie chłopinę, który przypadł mu do nóg, wykrzykując wśród łkań słowa podzięki.
– Gdzie Nieradzic? – zapytał szorstko, odpędzając włościanina solidnym kopniakiem.
– Jeno się bijatyka skończyła, z izby uciekł – rzekł ze spokojem skalmierski dusiciel. – Żyw i niezadraśnięty chyba, bo przez całą potyczkę miałem na niego baczenie.
Twardokęsek krótko skinął głową.
– I jeszcze coś – powiedział za nim Lusztyk, kiedy zbójca odmykał drzwi od izby. – Bądź łagodny, Twardokęsek.
Zbójca prychnął pogardliwie w odpowiedzi. Schwycił baranicę i wypadł przed chałupę. Zimny wicher uderzył go w rozognione walką policzki. Niebo pomroczniało już całkiem, ale śnieg sypał coraz gęstszy i nigdzie nie widział chłopaka. Szedł przez dziedziniec, nawołując go z cicha, aż pod stodółkę. Odemknął drzwi, zaparte solidnym drągiem, jednak ze środka odpowiedziało mu tylko rześkie parskanie koni. Dopiero kiedy wyjrzał za węgieł, w mroku zamajaczyła mu sylwetka dzieciaka.
Zgięty wpół przy zasypanym śniegiem płocie, Nieradzic rzygał, jakby mu się trzewia miały wywrócić na nice. Zbójca podszedł bliżej i zatrzymał się niepewnie.
Nie miał nijakiego doświadczenia z dzieciuchami. Jeśli się na Przełęczy Zdechłej Krowy trafił jaki młodszy kamrat, nadrabiał miną i po bitce gorzałkę żłopał jako reszta, dziewki pospólne obracał i chełpił się własną zręcznością. Ale żaden z nich nie był podobny do tego szlacheckiego szczenięcia i zrazu zbójcę zdjęło dziwne zmieszanie i złość, bowiem zupełnie nie wiedział, co rzec. Powoli przysunął się jeszcze kilka kroków, a Nieradzic najwyraźniej go usłyszał, bo wyprostował się gwałtownie.
– Kto tam? – odezwał się niespokojnie, ocierając twarz rękawem.
– Ja – odparł zbójca.
Nieradzic nic nie odpowiedział. Stał po kolana w śniegu, dygocząc z zimna albo zawstydzenia, zbójca nie umiał rozstrzygnąć. Ale w jakiś dziwny sposób rozpacz dzieciaka rozwścieczyła go jeszcze bardziej.
– Gdzież tak z gołą głową, bez kubraka, w śnieg lecieć? – zaczął gderliwie. – Nam nie pomożesz, zdrowie jeno zmarnujesz. – Narzucił mu na ramiona baranicę.
Chłopak wstrząsnął się, jakby z trwogą, i cofnął się w głębszy śnieg.
Twardokęska coś nagle zapiekło pod żebrem, tam gdzie ugodziła go włócznia najemnika. Przestrach Nieradzica sprawił mu nieoczekiwaną przykrość. Nie wiedział, dlaczego.
– Nigdym nie miał skłonności do… – rzekł, bezradnie rozkładając ręce.
– Wiem! – uciął ostro chłopak.
Dobrą chwilę stali naprzeciw siebie w ciemności. Żaden nie wiedział, co rzec. Wreszcie chłopak wybuchnął płaczem i rzucił się ku zbójcy z wyciągniętymi rękoma. Nic nie rozumiejąc, Twardokęsek pochwycił go, przyciągnął do siebie i kołysał lekko, póki szloch nie przeszedł w przyciszone łkanie. Wtedy odsunął go na wyciągnięcie ramion i przyklęknął obok na śniegu.
– Posłuchaj uważnie – powiedział cicho. – Będą cię próbowali na różne sposoby rozwścieczyć, ubliżyć i obrazą rozsądku pozbawić. Tak w bitce bywa. Ale obelga tylko tyle mocy ma, ile jej mieć przyzwolisz. Dlatego powiadam ci, śmiej im się prosto w gębę, kiedy gadają, a potem na ścierwo napluj, kiedy zdechną. I dość o tym. Teraz twarz śniegiem otrzyj, żeby się reszta nie poznała. I nie rycz więcej, boś nie panna i ci nie przystoi.
– Jak każecie – rzekł słabym głosem Nieradzic.
– Tak każę. – Twardokęsek uśmiechnął się w ciemności i wstał, popychając go lekko ku chałupie. – I jeszcze jedno – rzucił, kiedy chłopak posłusznie poczłapał przez podwórze. – Chwackoś się sprawił, jak cię ten najemnik trzymał. No, idźże – ponaglił go, bo skrzypienie butów na śniegu ustało. – Ja tu jeszcze… krzynę poczekam.