Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 156
Перейти на страницу:

– Dobra, ale tego starszego – rzucił przez zaciśnięte zęby.

– Mój! – rozdarł się radośnie Twardokęsek i rzucił się ku nim przez izbę.

– Zawżdy jeno ty i ty! – krzyknął za nim z niechęcią Cherchel. – Chytrusie stary.

Zbójca nie słuchał wyrzekań kamratów, lecz owładnięty bitewnym zapałem zagalopował się krzynę. Chciał najemnika nieco kordzikiem na żebrach naznaczyć, aby potem tym łacniej wyśpiewał, kto ich tu nasłał i dla jakiej przyczyny. Widząc go, zbrojny skulił się jednak i w bok usiłował uskoczyć, ale tak nieszczęśliwie, że zawadził zbójcę o bark. Zwalili się na polepę i ani się zbójca obejrzał, jak jego kordzik wbił się w pierś przeciwnika. Ten zagulgotał coś słabo, kopnął dwa razy nogami i zdechł. I na tym się cała potyczka zakończyła, bo Chąśnik też znudził się wreszcie i utrupił swoją ofiarę krótkim, eleganckim cięciem przez czerep.

– Aleś był wyrywny – zakpił ze zbójcy, pomagając mu dźwignąć się z ziemi. – Mało żeś się nie zatchnął z ochoty do mordobicia.

Tymczasem małe drzwiczki do komory uchyliły się ostrożnie i w szczelinie pokazał się siwy łeb gospodarza. Chłopina szybko oszacował wynik starcia i uznawszy, że niebezpieczeństwo zelżało, przyłączył się do niewiasty, która pomstowała donośnie nad zmarnowanym dobytkiem.

Nikt o nich nie dbał.

– Z niego nic już nie będzie. – Cherchel przyklęknął przy Osaczniku, który leżał nieruchomo na stratowanej ziemi. – Lada chwila zdechnie.

Zbójca otarł pot z czoła i popatrzał przytomniej na ogromnego Kopiennika.

– Ostawcie go – rzekł z cicha. – Niech tutaj w cieple poleży, póki… póki będzie trzeba – dokończył niezręcznie.

– Z tych też żaden pożytek. – Lusztyk chodził pomiędzy wymordowanymi najemnikami, zaglądając im w karmany i przetrząsając sakiewki. – Dwóch jeszcze dycha, ale łby mają łańcuchem pogruchotane ździebko.

– Niedobrze – sarknął zbójca. – Chciałem ich wypytać.

– Toś się do tego osobliwie zabierał. – Chąśnik splunął na polepę tuż przy głowie człeka, w którego piersi nadal tkwił zbójecki kordzik.

– Bo płochliwy był jakiś. – Zbójca nieżyczliwie popatrzał na trupa. – Gdyby nie uciekał, nic bym mu przecie nie zrobił. Cóż, darmo teraz biadać. Ścierwo na majdan trza wynieść, nim śmierdnąć zacznie. A wy co się tak w kącie kryjecie, gospodarzu? – Pokiwał palcem na chłopka, który zaprzestał daremnych biadań i przeszedł do znacznie użyteczniejszego odcinania guzów u kaftanów najemników.

– Przecie się wcale nie skrywam – zaprotestował chłopina, ale zbójca wciąż rozjątrzony i zły niezmiernie, porwał go za sukmanę i postawił na nogi.

– A teraz gadaj a żywo – wysyczał – kto ich tutaj przysłał i czemu się na nas zasadzili?

Kmiotek spojrzał w twarz zbójcy i zaczął dygotać jak osika.

– Ja niewinowaty, panie. Nic nie wiem. Nie opowiadali się przede mną.

– Szczera prawda – odezwała się niewiasta. Stała przy piecu, tuląc w ramionach najmłodsze z dzieci. Włosy miała opalone, porwane giezło odsłaniało grube nogi. – My wszak sami nie wiemy, panie, za co na nas to nieszczęście spadło.

– My byśmy wam wszystko rzekli, panie – włączył się chłop – boście i za nasze krzywdy pomstę wzięli. Ino nic nie wiemy. Z lasu przyszli, gorzałkę cięgiem pili, słoninę całą zeżarli i babę wyonacyli. Ale wszystkie tak czynią, Pomorcy i nasze po równo. Takie czasy nastały.

– Łżesz, ścierwo! – sapnął rozjątrzony zbójca i potrząsnął kmiotem, aż zagrzechotały zęby.

Jego wzrok padł na martwego Osacznika. Dalekoś nie dojechał, pomyślał z niespodzianą żałością i nagle zdjął go okrutny strach, że nie tylko nie zdołają wykraść rdestnickiego skarbczyka, ale nawet życia własnego nie ocalą.

– Puść go, Twardokęsek – rzekł łagodnie Lusztyk – albo zarżnij od razu, ale nie potrząsaj. Chłop nic nie wie, a zaraz ci buty ze strachu obszczy.

Twardokęsek odepchnął gwałtownie chłopinę, który przypadł mu do nóg, wykrzykując wśród łkań słowa podzięki.

– Gdzie Nieradzic? – zapytał szorstko, odpędzając włościanina solidnym kopniakiem.

– Jeno się bijatyka skończyła, z izby uciekł – rzekł ze spokojem skalmierski dusiciel. – Żyw i niezadraśnięty chyba, bo przez całą potyczkę miałem na niego baczenie.

Twardokęsek krótko skinął głową.

– I jeszcze coś – powiedział za nim Lusztyk, kiedy zbójca odmykał drzwi od izby. – Bądź łagodny, Twardokęsek.

Zbójca prychnął pogardliwie w odpowiedzi. Schwycił baranicę i wypadł przed chałupę. Zimny wicher uderzył go w rozognione walką policzki. Niebo pomroczniało już całkiem, ale śnieg sypał coraz gęstszy i nigdzie nie widział chłopaka. Szedł przez dziedziniec, nawołując go z cicha, aż pod stodółkę. Odemknął drzwi, zaparte solidnym drągiem, jednak ze środka odpowiedziało mu tylko rześkie parskanie koni. Dopiero kiedy wyjrzał za węgieł, w mroku zamajaczyła mu sylwetka dzieciaka.

Zgięty wpół przy zasypanym śniegiem płocie, Nieradzic rzygał, jakby mu się trzewia miały wywrócić na nice. Zbójca podszedł bliżej i zatrzymał się niepewnie.

Nie miał nijakiego doświadczenia z dzieciuchami. Jeśli się na Przełęczy Zdechłej Krowy trafił jaki młodszy kamrat, nadrabiał miną i po bitce gorzałkę żłopał jako reszta, dziewki pospólne obracał i chełpił się własną zręcznością. Ale żaden z nich nie był podobny do tego szlacheckiego szczenięcia i zrazu zbójcę zdjęło dziwne zmieszanie i złość, bowiem zupełnie nie wiedział, co rzec. Powoli przysunął się jeszcze kilka kroków, a Nieradzic najwyraźniej go usłyszał, bo wyprostował się gwałtownie.

– Kto tam? – odezwał się niespokojnie, ocierając twarz rękawem.

– Ja – odparł zbójca.

Nieradzic nic nie odpowiedział. Stał po kolana w śniegu, dygocząc z zimna albo zawstydzenia, zbójca nie umiał rozstrzygnąć. Ale w jakiś dziwny sposób rozpacz dzieciaka rozwścieczyła go jeszcze bardziej.

– Gdzież tak z gołą głową, bez kubraka, w śnieg lecieć? – zaczął gderliwie. – Nam nie pomożesz, zdrowie jeno zmarnujesz. – Narzucił mu na ramiona baranicę.

Chłopak wstrząsnął się, jakby z trwogą, i cofnął się w głębszy śnieg.

Twardokęska coś nagle zapiekło pod żebrem, tam gdzie ugodziła go włócznia najemnika. Przestrach Nieradzica sprawił mu nieoczekiwaną przykrość. Nie wiedział, dlaczego.

– Nigdym nie miał skłonności do… – rzekł, bezradnie rozkładając ręce.

– Wiem! – uciął ostro chłopak.

Dobrą chwilę stali naprzeciw siebie w ciemności. Żaden nie wiedział, co rzec. Wreszcie chłopak wybuchnął płaczem i rzucił się ku zbójcy z wyciągniętymi rękoma. Nic nie rozumiejąc, Twardokęsek pochwycił go, przyciągnął do siebie i kołysał lekko, póki szloch nie przeszedł w przyciszone łkanie. Wtedy odsunął go na wyciągnięcie ramion i przyklęknął obok na śniegu.

– Posłuchaj uważnie – powiedział cicho. – Będą cię próbowali na różne sposoby rozwścieczyć, ubliżyć i obrazą rozsądku pozbawić. Tak w bitce bywa. Ale obelga tylko tyle mocy ma, ile jej mieć przyzwolisz. Dlatego powiadam ci, śmiej im się prosto w gębę, kiedy gadają, a potem na ścierwo napluj, kiedy zdechną. I dość o tym. Teraz twarz śniegiem otrzyj, żeby się reszta nie poznała. I nie rycz więcej, boś nie panna i ci nie przystoi.

– Jak każecie – rzekł słabym głosem Nieradzic.

– Tak każę. – Twardokęsek uśmiechnął się w ciemności i wstał, popychając go lekko ku chałupie. – I jeszcze jedno – rzucił, kiedy chłopak posłusznie poczłapał przez podwórze. – Chwackoś się sprawił, jak cię ten najemnik trzymał. No, idźże – ponaglił go, bo skrzypienie butów na śniegu ustało. – Ja tu jeszcze… krzynę poczekam.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)