Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 156
Перейти на страницу:

– Bo moce gromadzą się niczym sępy – Wężymord odezwał się pierwszy raz tego wieczora – wietrząc zagładę.

Kapłanka znów zaniosła się śmiechem. Rój owadów zgęstniał tak mocno, że Zarzyczka nie widziała już jej twarzy.

– Nie inaczej było wówczas, kiedy Stworzyciele konali na ciemnym jałowym polu, każda zaś z mocy starała się wyszarpnąć swoją część. Czyżby Zird Zekrun oszczędził ci tych wspomnień, bracie? Czy nie dość krwi sorelek przelano, byś pojął, że moce odnawiają się w śmierci?

– Inne zaś podkładają ogień, by słuchać łopotu płomieni. Czy nie tak, siostro?

– Tak, właśnie tak! Jestem, czym jestem. A czym ty jesteś, bracie?

– Morzem – odparł bez wahania. – Z najdalszej północy, gdzie woda zmienia się w kamień, a ogień tryska spod lodu. Gdzie umierają żmijowie, a płomieniste sevri śpią we wnętrzu zamarzniętych gór.

– Dobrze! – Księżniczce wydało się, że bogini skinęła ku niej głową. – Ona też jest ogniem. Żarem, co płonie w trzewiach uśpionych wężów nieba i pragnie wydostać się na wolność. Czyż nieprawda, Selveiin, Pani Żmijów?

Imię uderzyło w księżniczkę i przez chwilę mogła jedynie łapać rozwartymi ustami powietrze.

Znienacka w ciemności pod jej powiekami zawirowały długie, smukłe kształty o bursztynowych źrenicach i kłach połyskliwych niczym kryształ. Patrzyła, jak opadają na blanki murów Uścieży, żeby powitać dziecko, które się jeszcze nie narodziło, dziecko, które przez całą zimę umierało w jej snach – i nie wiedziała, zupełnie nie wiedziała, jak w splocie sprzecznych wizji odnaleźć tę prawdziwą.

Żmijowe krzyki ponad chmurami brzmią ostro jak lód, jak szron, który wciąż pokrywa płaszcze pielgrzymów i hełmy wojowników obozujących u podnóża murów. Obracają twarze ku wężom nieba, nadciągającym z wysoka, od strony Cieśnin Wieprzy i dalej, od otwartego morza poza ostatnimi skalnymi cyplami. A potem zaczynają krzyczeć. W ich głosach jest strach i zachwyt jednocześnie, kiedy jęzory ognia podnoszą się wraz ze śpiewem wichru.

Nisko, u stóp wieży alchemiczek, bosonoga niewiasta spogląda ku niebu. Wicher targa jej ciemnym płaszczem, rozwiewa włosy. Dziecko w zawiniątku na jej piersi spoczywa nieruchomo, choć nie śpi, jego oczy są rozwarte i błękitne. Ostre igiełki lodu sieką po twarzy. Kobieta jest głodna, od wielu dni, choć i tak wydzielano jej porcje większe niż innym. I zmęczona, wystarczająco zmęczona, by wyjść z alkierza boso, w płaszczu narzuconym na płócienną koszulę, i ruszyć w dół ku morzu, ścieżką pomiędzy kuchniami, wprost ku Rybnej Bramie, gdzie żony rybaków zwykły przychodzić co świt z wielkimi koszami świeżego połowu. Lecz teraz nie ma żadnej z nich, nikogo prócz garstki zestrachanych frejbiterów za jej plecami i skrzydlatych węży nieba, które wirując opadają w dół niby złociste jesienne liście buku.

Kamienie wydają się bardzo zimne pod jej stopami, a brama rozwiera się ze skrzypem. Kobieta nie podnosi głowy ku żmijom, lecz słyszy pojedynczy krzyk, dokładnie jak wówczas, gdy spadały z nieba ku źródłu Ilv, gdzie pływały martwe ciała ich dzieci. Przymyka oczy i idzie prosto ku morzu, prosto w legendę, choć tamci – szaleńcy w niewyprawionych skórach narzuconych na gołe grzbiety i zbrojni mężowie w chrzęszczących zbrojach, wszyscy, którzy całą zimę wyczekiwali, aż któraś z bram otworzy się jak kamienna skorupa, odsłaniając miękkie ludzkie wnętrze – nadbiegają zewsząd przez pustą kamienistą plażę. A potem pierwszy ze żmijów podnosi się z murów. Ognistą łuską niemal muska skraj jej sukni i wojownicy rozpierzchają się z wrzaskiem, pociągając za sobą szalonych pielgrzymów i nierządnice, które włóczą się za wojskiem mimo klątw świętych mężów.

Zimne roztańczone języki żmijów dotykają ostrożnie jej czoła, policzków osmaganych morskim wiatrem, odsłoniętej szyi, jak gdyby rozpoznawały z dawna niewidzianą formę. Aż wreszcie któryś odpełza w bok, pomiędzy białe skałki, gdzie siadywała kiedyś z Wężymordem, tak dawno, że tamte dni wydawały się obcym życiem. Nie śmie patrzeć, jak zwija się w coraz ciaśniejsze sploty. Za jej plecami jeden z szalonych proroków zrzuca koźlą skórę i wzywając bogów na świadków swej prawości, wchodzi w smugę wężowego ognia – lecz ogień jest prawdziwy. Nie w tym pokoleniu, myśli bosonoga kobieta z dzieckiem w ramionach. W tym pokoleniu nie będzie zapachu jabłek ni pieśni, co rozpalają żyły jak płynny ogień.

Jednak łódź czeka u brzegu, luźno kołysząc się na fali, a kobieta potrzebuje wioślarzy, żeby unieśli ją w północne mgły – prosto w legendę, prosto w baśń. I dostaje ich – tuzin mężczyzn na każdą burtę, mężczyzn z wąskim paskiem srebrnozłotej łuski na szyjach. Morze sięga jej stóp chłodnym językiem. Dziecko kwili pierwszy raz, jakby rozpoznając ten dotyk, a jeden ze żmijów podnosi ją z piasku tak lekko, jakby już nie istniała.

– Selveiin, Pani Żmijów – powtórzyła niemal miękko postać w wirującej kolumnie owadów.

Skrzydła kolejnej pszczoły musnęły wargi księżniczki, a korytarze jej pamięci pustoszały jeden za drugim, jakby owadzia pieśń była zaklęciem, które pochłania wszystko bez wyjątku. Twarze i słowa przesuwały się kolejno przed oczami, nieme, nierozpoznane – rudowłosa kobieta z zakrzywionym sierpem w dłoni, potężne, nieruchome ciała bogów w ciemności wśród gwiazd i błękitna krew sorelek, przeciekająca powoli pomiędzy złączonymi palcami pana Pomortu do kamiennej misy. Magia Hurk Hrovke zagarniała je kolejno i unosiła łagodnie jak morski odpływ. Wreszcie księżniczka nie miała już nic innego, prócz swego imienia, a potem i ono zniknęło. „Selveiin, Pani Żmijów”, powtórzyła bezdźwięcznie, obracając w ustach imię jak drobny miedziany pieniądz, który we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza wkłada się zmarłym pomiędzy wargi na ostateczną wędrówkę. Obce słowo pozostawiło chłodny, metaliczny smak na języku.

– Dosyć! – spoza zasłony szumu dobiegł ją głos Wężymorda. – Nie układałem się o martwą skorupę.

Bogini Paciornika roześmiała się cicho, prawie niesłyszalnie.

– A czy wiedziałeś, o co się układasz, bracie? I czy nie byłoby dla ciebie lepiej, gdyby pozostała jedynie martwa skorupa?

– Być może – odparł. – Lecz nie w mojej naturze leży zagłada, siostro. I skoro nadajesz zagładzie imię, nie czynisz tego, by ją później spętać i zniewolić.

– Zagłada ma wiele imion, podobnie jak ostrze śpiewa osobno dla każdego z drzew. – Bogini zaśmiała się. – Czy znasz to, którym zaśpiewa do ciebie, bracie?

– Tak. A czy ty potrafisz odgadnąć wszystkie z imion, którymi podksiężycowi nazywają Annyonne?

Bogini krzyknęła ostro jak nocny ptak.

– Nie, nie potrafię! – Jej słowa zdawały się rozdzielać na setki bzyczących owadzich dźwięków. – Jednak przybyłam tu z darem, który przyczyni wam nieledwie mniej uciechy! – Zaśmiała się ostrym głosem i cisnęła coś ku nim przez cały stół. – Mój dar dla Selveiin, Pani Żmijów.

Małżonka zamordowanego szlachcica wybuchnęła wysokim, przeciągłym skowytem, kiedy rozpoznała Jabłko Niezgody wykute w ogniach Kii Krindara, znak Hurk Hrovke.

Za późno. Jabłko nieodmiennie przynosiło zgryzotę i śmierć.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)