Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 156
Перейти на страницу:
* * *

Zadymka rankiem ustała. Pleskota skoczył przodem, aby drogę wybadać, bo zbójca choć niedaleczko było do lipnickiego obozowiska, nie chciał po pomoc posyłać. Szlachcic prędko wrócił, gadając, że dalej w lesie śnieg niższy leży i da się przejechać. Oboje gospodarze nawet nie próbowali skrywać ulgi, gdy ciężkie wiergowskie wozy wytaczały się kolejno z majdanu. Ale skoro minęły opłotki, Twardokęsek, który szedł przodem i prowadził zaprzęg, zatrzymał się nagle i pędem skoczył na powrót w opłotki.

Kmiotek odruchowo cofnął się i zasłonił głowę.

– Co się strachasz, durny? – warknął zbójca. – Od nich jesteś bezpieczny – machnął ręką ku gnojownikowi – a my się rychło nie wrócim. Ale tak mi przez myśl przeszło, że może komuś się zechce o tamtych zaciężników zatroszczyć.

– Nic nie powiem, panie. – Wieśniak rzucił się zbójcy do kolan. – Przysięgam, że nie powiem, panie.

– Wstawaj. – Twardokęsek odtrącił go z odrazą. – Kiedy właśnie chcę, byś gadał. Więc jak ktoś tu przylezie i będzie się o nas pytał, ten znak mu pokażesz. – Wyjął zza pazuchy małą srebrną gwiazdkę, którą mu Szarka zostawiła tego dnia, gdy odpłynęła z Urocznej Przystani, i z całej siły wbił go we framugę ponad głową kmiotka. – A zapamiętaj jeszcze, że jakbyś ten znak wyciągnął, choćby z martwych się wrócę i kulasy ci obetnę. Rozumiesz?

Chłop skwapliwie skinął głową.

Kiedy Twardokęsek odwrócił się i podszedł do furgonu, zobaczył, że Nieradzic, zbójcy z Przełęczy Zdechłej Krowy i Pleskota z krewniakami przypatrują mu się od płotu ze zdumieniem wypisanym na twarzach.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Wicher rzucił Zarzyczce w twarz kłąb czarnego, cuchnącego dymu. Niewiasta, która płonęła na stosie, nie była wiedźmą. Nie była też nikim innym, nikim wartym pamięci, tylko zwyczajną wiejską babą o włosach ściśle upiętych pod czarną chustką. Nie poruszyła się, nie wydała żadnego dźwięku. Zresztą nie żyła już wtedy, gdy kat przywiązał ją do sosnowego dyla na kupie bierwion i chrustu.

– Nie potrzeba nam więcej wrzaskliwych męczenników – powiedział sucho Wężymord, kiedy pachołkowie wlewali między zaciśnięte zęby skazanej napar z trujących jagód. – Ale te napaści muszą się wreszcie skończyć.

Wraz z nastaniem mrozów w Żalnikach uspokoiło się trochę. Szalony prorok, który nazywał Zarzyczkę plugastwem i żądał jej śmierci, zapadł się w dzikie puszcze na paciornickim pograniczu i jego wysłanników nie oglądano więcej w Uścieży. Dopiero cztery dni temu wichry podniosły się nad Cieśninami Wieprzy i zimno zelżało nieznacznie. Pierwszy raz od wielu dni Zarzyczka zeszła na dziedziniec i zatrzymała się u studni, jak zwykły czynić przed nią tuziny pań uścieskiego zamku – przywilej małżonek władcy, które właśnie tam rozdzielały jałmużnę i słuchały próśb. Rozdała sakiewkę srebra pomiędzy gromadkę wynędzniałych dzieci, zmierzwiła włosy szczerbatego ulicznika i chciała iść dalej, kiedy drogę zastąpiła jej blada kobieta z podróżną sakwą przewieszoną przez ramię. Uczepiony jej spódnicy rudowłosy chłopiec zatoczył się na chudych, koślawych nóżkach. Mimowolnie podtrzymała go, nim upadł w błoto i końskie nieczystości.

Przez chwilę krótką jak oddech Zarzyczka widziała oczy jego matki ponad krawędzią kaptura, żółtobrązowe, z wielkimi ciemnymi punktami niemal przesłaniającymi źrenice. Potem kobieta jęła złorzeczyć i wykrzykiwać klątwy, a kaptur opadł na plecy, odsłaniając oblicze. Właściwie już nie twarz, lecz maskę pokrytą ledwo przyschniętymi strupami i siną wybroczyną. Studnia, pomyślała z przerażeniem księżniczka, która bardzo dobrze pamiętała, jakim sposobem szczuracy pokonali Kopienników. Zatruli naszą studnię.

Jest powód, aby nas nienawidzić, pomyślała księżniczka, spoglądając w płomienie. Nie mamy ani mieczy wykutych w nieludzkich kuźniach, ani żmijowych harf, które usypiają dzikie zwierzęta. Więc po kolei kradniemy naszym ludziom potężnych bogów ponad chmurami, dobrotliwych władców w ich kamiennych zamkach i wędrownych braciszków, którzy wróżą pomyślność i urodzaj. A na końcu nawet tępe noże o rękojeściach z chropawego drzewa.

Nie mamy nic prócz ognia, pomyślała. Zbyt mało, by kogokolwiek powstrzymać.

Palce Wężymorda zacisnęły się na jej ramieniu.

– Sama litość też nie wystarczy – powiedział. – Czy chcesz pozwolić się zabić?

Nie wiem, pomyślała. Może.

Przez całą zimę Zarzyczka śniła o śmierci. W majakach drzwi chaty kołysały się na zerwanym zawiasie i biegła ku nim wzdłuż rzędów słoneczników i malw tylko po to, by potknąć się w progu o martwe dziecko. Albo znajdowała je pomiędzy jabłoniami, na wpół zakopane w stercie zgrabionych liści, z twarzą tak stratowaną kopytami, że nie mogła rozpoznać rysów. Nadziane na żerdź w kopcu siana na stoku wzgórza, z oczyma wydziobanymi przez ptaki. Powieszone na belce tuż przed paleniskiem z wydobytych ze strumienia otoczaków. Rozszarpane przez psy na podwórcu.

Każdy sen był inny. Tylko dziecko nieodmiennie umierało i nie mogła choćby tylko zobaczyć jego twarzy.

Jeśli było w tych majakach ostrzeżenie od bogów, nie potrafiła go zrozumieć. Nie widziała nawet, skąd przychodzą mordercy. Każdej nocy biegła coraz szybciej, lecz nigdy dość prędko, by ich zaskoczyć. Czasami zdawało się jej, że dostrzega wysoko na stokach sylwetki jeźdźców w szpiczastych kapturach kapłanów Zird Zekruna. Jednak słońce świeciło prosto w oczy i nie była pewna. Budziła się z rwącym bólem w piersi i wargami przegryzionymi do krwi. I nic nie rozumiała.

Wężymord zaś musiał słyszeć jej sny, podobnie jak potrafił usłyszeć każdą z niewypowiedzianych myśli tamtej nocy w wiejskiej świątyni Zird Zekruna, kiedy opowiedział jej o istocie łączącego ich przekleństwa. O nic jednak nie pytał. Sny oddalały ich coraz bardziej, a zima nie przyniosła żadnego ukojenia.

Milczenie pomiędzy nimi stawało się z każdym dniem głębsze. Ale czasami w czworokątnej komnacie wieży alchemiczek dobiegał ją znienacka przyspieszony oddech Wężymorda. Przywoływał ją. Ściany zamku zaczynały nagle pulsować obcym rytmem. Poszum jego oddechu otaczał ją ze wszystkich stron, zrazu nieznaczny, potem coraz ostrzejszy i donośniejszy. Milkł dopiero wtedy, kiedy potykając się o własną suknię, wchodziła do wielkiej sali. Nie miała wówczas pewności, czy Wężymord ją widzi, jego źrenice były zwężone i zupełnie nieludzkie. Zmieniały się dopiero wtedy, gdy siadała tuż obok, pośrodku gromady biesiadujących Pomorców, i dotykała palcami jego nagiej dłoni. Nigdy nie pytała, co się z nim dzieje w podobnych chwilach.

Ich spojrzenia nie spotykały się ponad głowami innych, lecz opętańczy stukot w piersi Zarzyczki ustawał i przez moment nie myślała o martwym dziecku ze snów. Nie myślała zupełnie o niczym prócz długich palców swego męża, nerwowo drgających na płachtach pergaminu, o zbielałej bliźnie u nasady kciuka, którą obrysowywała wargami tak często, że potrafiłaby ją wyrzeźbić w marmurze nagrobka. Dopiero przy Wężymordzie zachłystywała się nagle powietrzem, nagrzanym i pachnącym od balsamicznych szczap, a spłowiałe barwy poczynały pogłębiać się i ożywać, jakby ktoś zdarł z nich przezroczystą zasłonę.

Niczym ćmy, myślała. Krążymy wokół siebie jak ślepe ćmy wokół kaganka.

Nie sądziła, by frejbiterzy słyszeli, jak w komnacie wibruje moc wysnuta z kryształowych strzałek Fei Flisyon. Jednak buńczuczne śpiewki milkły niczym ścięte nożem. Bali się. Gdyby Pomorcy pojmowali naturę własnych strachów, uciekaliby, nim padnie na nich cień przeklętej żalnickiej księżniczki, która została małżonką ich władcy.

Nie dbała o nich w tych rzadkich chwilach, gdy jej palce stykały się z dłonią Wężymorda nad kielichem, a bard śpiewał powolną pieśń o śmierci Thornveiin, której miłość zmieniła Krainy Wewnętrznego Morza w dymiące pogorzelisko. Pozwalała dolewać sobie ciężkiego wina i tępy ból w skroniach przygasał odrobinę. Upijała się, a ramię Wężymorda obejmowało ją wpół. I pamiętała tylko, że niósł ją po krętych schodach do ich komnaty o oknach wychodzących na Cieśniny Wieprzy. Ale kiedy jej dotykał, pod zaciśniętymi powiekami widziała roztańczonych żmijów, ostre smugi z żywego ognia spadające w zmętniałe źródło Ilv i stada gołębi podrywających się ponad wieże cytadeli. Ciemność była pełna szeptów. Nie wiedziała tylko, czy nadal słyszy głos Wężymorda, czy też sny Szalonej Ptaszniczki wołają do niej obcymi imionami.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)