Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 156
Перейти на страницу:

Powoli, w wysokim po pas śniegu poczłapał przed opłotki aż do kępy świerczyny. W tyle na dziedzińcu w tym czasie zwalano trupy najemników na zamarznięty gnojownik i zbójca słyszał piskliwy głos Cherchela, ponaglającego towarzyszy do pośpiechu.

Nie czekał długo. Zanim uwinięto się z ciałami, na zasypanej już doszczętnie ścieżce dały się słyszeć konie. Zbójcy na majdanie rozbiegli się pospiesznie i przytaili w sionce albo za węgłem chaty. Ale Twardokęsek nie próbował się kryć, z daleka bowiem usłyszał Pleskotę, z upodobaniem zawodzącego plugawą i nader sprośną piosenkę.

– Uradziliście? – spytał na powitanie zbójca.

– A co byśmy mieli nie uradzić – odparł flegmatycznie szlachcic. – Wyłuskaliśmy ich co do jednego, bez draśnięcia. Za to tutaj – machnął ku gnojownikowi, gdzie białe płatki z wolna pokrywały trupy najemników – żywiej się musieliście zakręcić.

– Osacznik ubit.

– Ano bywa. – Pleskota poskrobał się po głowie. – Choć traf plugawy, że nas tak na samym progu przydybali…

– Chodźcie na nich popatrzeć – przerwał zbójca. – Może którego rozpoznacie i trochę się cała szarada rozjaśni.

– Nigdym ich na oczy nie widział – stwierdził kategorycznie szlachcic, kiedy już obejrzał każdego z zamordowanych. – Musi nie z naszej okolicy, inaczej bym ich na jakim jarmarku przydybał albo na zjeździe.

– Po mojemu zaciężnicy.

– Ani chybi ze spichrzańskiej strony – zgodził się Pleskota.

– Świeżo wyprowiantowani i srebrem opatrzeni, bo wciąż mieli za co pić.

– Sakiewki im przetrząsnęlim i zda mi się, że ktokolwiek ich najął, nie pożałował grosza.

– I tak mnie się zdaje, że nie kogo innego, jeno nas czekali.

Pleskota zawahał się, a potem z bliska zajrzał zbójcy w twarz.

– Myślicie, że ja was w paść powiodłem? Honor mój kalacie – rzekł świszczącym szeptem.

– Dajcież pokój – napomniał go zbójca. – Przecie was nie znieważam, tylko szczerze gadam, że ktoś chciał nas utrupić. Wszystkich, bez wyjątków.

Pleskota cofnął się o krok i położył prawicę na rękojeści karabeli.

– A kudy wy z tym szarszunem? – prychnął zbójca. – Chcecie łby sobie nawzajem szczerbić, to wasza wola – ciągnął z rosnącą złością. – Ale ja Koźlarzowi wozy obiecałem prowadzać, a nie dla waszej rozrywki szabelką dać się posiekać.

– Nie staniecie mi? – Głos szlachcica pobrzmiewał niedowierzaniem.

– A nie stanę! – rozdarł się ze szczętem zeźlony zbójca. – Widzicie go, rzekł człek dwa słowa i już obraza. A bodajby was wszyscy czarci! – Machnął pogardliwie ręką.

– Toż nie uchodzi. – Pleskota się zdumiał.

– Łajno tam uchodzi! – wrzasnął zbójca. – Co to, jasełka? Kamrata mi zarzezali, teraz go opić zamierzam, a nie łeb wam po próżnicy szczerbić. A wy róbcie, co chcecie – dokończył, po czym odwrócił się na pięcie, zostawiając ogłupiałego szlachcica pośrodku majdanu.

Zbójcy pili całą noc. Czasami spoglądali po sobie z dziwną trwogą. Na Przełączy Zdechłej Krowy przywykli do kostuchy. Wszakże teraz nie łupili na trakcie, co jest zajęcie niełatwe i dla zdrowia groźne, ale jechali po fortunę, po legendarny skarb rdestnickiej świątyni, który miał im zapewnić spokojną starość, pełną wszelakich dostatków. Dlatego śmierć Osacznika doszczętnie zwarzyła humory. Nawet Cherchel po prostu żłopał gorzałkę i nie próbował zabawiać kompanów minstrelskimi zawodzeniami, jak zwykł był czynić, kiedy się na dobre zamroczył trunkiem.

Zbójca wyprawił Nieradzica spać na zapiecek, choć chłopak krzywił się i burczał, wyraźnie w nadziei, że i jego do siwuchy zaproszą. Potem zaś Twardokęsek pofolgował sobie, jak mu się dawno nie trafiało. Gdzieś pośrodku pijaństwa przyłączył się do niego Pleskota, któremu gniew przeszedł, i w pełnej komitywie żłopali dalej z jednego kubka. Ale to Twardokęsek odezwał się pierwszy, gdzieś nade świtem, kiedy kuraki jęły się niespokojnie kręcić na żerdce u wejścia.

– Ledwie źdźbła zabrakło – rzekł w przypływie pijackiej szczerości – a byliby nas wszystkich w tej chacie jak Osacznika usiekli.

– Bo mnie się tak zdaje – szlachcic czknął rozgłośnie – że całe to wozactwo jest jeden hazard i karku nadstawianie.

– Co czynić? – spytał filozoficznie zbójca.

– Pić, nim się gorzałka skończy – poddał przytomnie Pleskota.

– Tyle sam rozumiem.

– Wiecie – szlachcic nachylił się konfidencjonalnie ku zbójcy – jesteście człek porządny i wojownik przedni, tedy wam coś rzeknę. Bo i mnie się zdaje, że dalej tak być nie może. Nazbyt łatwo z tego wozactwa krzywda może dla panicza wyniknąć. Ludzi wam więcej trzeba.

– Ba! – żachnął się zbójca. – Jeno gdzie takich znaleźć, którym można ufać? Aby byli dobrze wprawni w rzemiośle wojennym, ale, z przeproszeniem waszmości, nie baczyli na te wszystkie szlacheckie brewerie, jeno dobrze się bili.

– Znam takich.

– O, ja też znam, całe tuziny – zakpił Twardokęsek. – Ale wszyscy zanadto rozsądni, żeby się w żalnickie powstanie bawić.

– A was się jeno kpiny trzymają – obruszył się Pleskota. – Poważnie gadam, od serca.

Zbójca zmilczał, bo nie chciał znów krewkiego waszmości urazić. Nadto Cherchel nalał właśnie gorzałki w kubek. A Twardokęsek słusznie rozumował, że jak się Pleskota gadaniem zajmie, nie będzie mu czynić konkurencji do trunku.

– Widzicie – szlachcic poprawił się na zasłanej derką słomie, której gospodarz znów naniósł z komórki – mój ród z dawien dawna w tutejszych lasach siedzi. Wioski w porębach mamy, głęboko w borze ukryte, niezasobne może, jednak nasze własne. Ziemi ornej niewiele, ale puszcza nas żywi. My też o nią dbamy jak rzadko, bo opiekunka to nasza i najlepsza obrona.

Twardokęsek pokiwał głową, żeby go przypadkiem do dalszej opowieści nie zniechęcić.

– Jest też wielu innych, co po lasach siedzą. Borowych, smolarzy, węglarzy, bartników. Wszyscy ludzie wolni, z kniaziowskiego nadania po okolicy chodzą, nikomu się nie kłaniają ani podatku nie płacą, bo tak prawo stanowi. Ale za przywileje jest obowiązek jeden, przed wiekiem nałożony. Taki mianowicie, że puszczę przepatrują i strzegą jej dla kniazia jegomości. Stąd ich nazwa idzie – Leśna Straż – i oni zawdy pierwsi o każdej ruchawce wiedzą, co się w tutejszej puszczy skrycie ulęgnie.

– Tedy niezawodnie służą Wężymordowi dobrą pomocą – zauważył sarkastycznie zbójca.

– Nie kpijcie! – ofuknął go Pleskota. – Jak nas Pomorcki napadł i Rdestnik spalił, tośmy się w lasy zapadli i znaku czekali. Ale na darmo.

– A Jastrzębiec?

– Jastrzębiec przed bogów sądem – zniżył głos – ale to wam w konfidencji rzeknę, że warchoł był, okrutnik i piekielnik. Z początku się wielce krygował i do naszych przymilał, i wtedy mu jakiś cap durny nieopatrznie o Leśnej Straży napomknął. Ale jest zwyczaj stary, że jeden spomiędzy panów borowym ludziom przewodzi. A jemu się Jastrzębiec bardzo nie widział. Tedy rozkaz dał Straży, aby się od lipnickiej rebelii z daleka trzymać.

– Kto taki? – zapytał bystro zbójca.

– Bogorii ojciec – odparł Pleskota, po czym zamilkł, jakby przestraszony własną śmiałością. – On ninie stary – odezwał się znów po chwili – ale okolicę po dawnemu w garści trzyma i nikt tu w puszczy bez jego zgody najdrobniejszej rzeczy nie uczyni. Jeno że wyście Bogorii druh, tedy wam poradzę, byście go poprosili, aby za wami przed panem ojcem przemówił. Może być, ludzi zyskacie wiernych, co w całych Wilczych Jarach nie mają sobie równych, a wszelkie zakamarki pogranicza znają. Wówczas bezpieczni będziecie. Wy i nasz panicz… – Potem zaś już tylko pił i żadnym sposobem nic więcej nie mógł z niego zbójca wydobyć.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)