Wyspa Nieszczęść
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Wyspa Nieszczęść». Краткое содержание книги:
Z tyłu za zamkiem Sharon dostrzegła ciemnogranatową powierzchnię wzburzonego morza, którego spienione fale z białymi grzywami z niewiarygodną siłą uderzały o strome skały. Grzmot fal mieszał się z wyjącym w starych ruinach wiatrem.
– Gdzież to się dziś podział nasz duch? – zażartował Andy.
Jeden z mężczyzn otarł dłonią pot z czoła.
– Robi mi się niedobrze – oświadczył.
– Masz mdłości? – spytał Gordon.
Mężczyzna przytaknął
– W takim razie zawracaj. Na nic się nam nie przydasz, a tu możesz się jeszcze bardziej rozchorować. Poczekaj na nas na dole, przy schodach. Zaraz ci przejdzie.
Mężczyzna zszedł, podtrzymywany przez doktora Adamsa, ale mimo to lekko się zataczał.
– Czy ktoś jeszcze nie czuje się dobrze? Jeśli nie, ruszamy dalej – rozkazał Peter.
Znaleźli się teraz na otwartej przestrzeni. Uszli jednak zaledwie kilka metrów, gdy na ziemię osunął się pastor. Percy i William pomogli mu wstać i również podprowadzili do schodów.
– Dwóch mamy z głowy – podsumował Gordon. – Nie podoba mi się to, ale musimy iść dalej. Jak twoje samopoczucie, Sharon?
– Tylko lekki zawrót głowy, ale na razie dam sobie radę.
– Patrzcie! – krzyknął Andy – To on! Na dziedzińcu!
Sharon w jednej chwili oblał zimny pot. Stali teraz zaledwie kilka metrów od bramy wjazdowej, za którą rozbłysła para ognistych oczu.
Niemal jednocześnie wypaliła się doszczętnie pochodnia, którą zabrali ze sobą. Dwaj górnicy cofnęli się i chcieli uciekać, lecz jeden z nich padł półprzytomny na ziemię, a drugi starał się go podnieść. Zataczać zaczął się również Peter, zaś Gordon krzyknął:
– Nie poradzimy sobie! Zawracamy! Już i mnie robi się niedobrze!
Ale Sharon nie zdążyła zawrócić. W przeciągu kilku sekund poczuła dobrze znane zawroty głowy i mdłości, po czym osunęła się na ziemię zemdlona.
– Rany boskie! – krzyknął załamany Gordon. – Jak my się stąd wydostaniemy?
ROZDZIAŁ XXI
I znowu Percy przyszedł im z pomocą. Po raz drugi uratował przyjaciół, wyprowadzając ich poza teren oddziaływania zabójczej mocy czarownika. Gordon o własnych siłach dowlókł się do schodów, ale w pojedynkę nie byłby w stanie pomóc pozostałym.
Na koniec Andy wsparł Percy’ego ramieniem, ale w połowie drogi dzielącej bramę od schodów obaj upadli. Percy ze strachem patrzył w kierunku przerażającego demona, który jednak stał bez ruchu i wydawał się jedynie obserwować bezradność intruzów. Pozostałym zemdlonym starał się pomagać William, on jednak za żadne skarby nie chciał zbliżyć się do bramy.
Zatrzymali się dopiero, gdy dotarli w miarę bezpiecznie do doliny. Tu nie zagrażał już im ani demon, ani też przejmujący wiatr. Sharon i Peter wciąż nie odzyskiwali przytomności, choć doktor Adams robił, co w jego mocy.
– Wariaci! Szaleńcy! – wykrzyknął zdenerwowany. – Gordon, jak możesz do tego stopnia ryzykować jej życie?
– Daj mi spokój, William! – odburknął wyprowadzony z równowagi Gordon. – I bez twojego gadania mam dość kłopotów.
Gordon otarł pot z czoła. Był bardzo słaby i bolała go głowa. Dręczyły go też wyrzuty sumienia. Cóż, nie zdawał sobie w pełni sprawy, jak wielkie ta wyprawa niosła ze sobą ryzyko. Gdyby utracił Sharon…
Nareszcie odzyskał świadomość Peter, lecz dokuczały mu straszliwe nudności. Pozostali siedzieli lub leżeli na ziemi. Nawet najsilniejszy z nich, Percy, był blady jak ściana. Zdrowy pozostał jedynie William, lecz on nawet na moment nie oddalił się od schodów.
– To było koszmarne przeżycie! Obyśmy tylko nie nabawili się tych strasznych pęcherzy – rzekł z westchnieniem pastor Warden.
Sharon powoli odzyskiwała przytomność, ale odczuwała dotkliwy ból w całym ciele. Gdy Gordon zauważył, że żona dochodzi do siebie, oparł się o pobliskie drzewo i odetchnął z ulgą. Teraz przyglądał się jej, jak leży bezwładnie na mchu. Mogła poruszać tylko głową, reszta ciała wydawała się jakby sparaliżowana. Gordon nie mógł na to patrzeć spokojnie, serce ściskało mu się z bólu.
Przypomniał sobie dzień, kiedy po raz pierwszy ujrzał Sharon w swoim biurze, niepewną, z lękiem w oczach. Była śliczna, ale wyglądała na osamotnioną i całkowicie opuszczoną. Tego dnia, jak również wiele razy później, nie był dla niej miły. Obrazy przemykały jeden po drugim. Skupiona Sharon przy pracy, starająca się jak najlepiej wywiązać ze swoich obowiązków. Nagle uzmysłowił sobie, jak wiele wzięła na siebie. Zrobiła to dla niego. Zależało jej przede wszystkim na tym, by nie miał jej nic do zarzucenia. A jak on się jej odwdzięczył? Nigdy nie okazał jej nic poza chłodem i wrogością. Pamiętał jej niepewność, gdy pierwszy raz zaproponowała jemu i Peterowi kawę ze świeżymi bułeczkami, i radość w jej oczach, gdy przyjęli ten poczęstunek. Przypominał sobie Sharon siedzącą samotnie w kościele pod oskarżycielskimi spojrzeniami większości mieszkańców wyspy. Chciał wtedy nawet wesprzeć ją i zaproponować krótki spacer, ale szybko odrzucił tę myśl, gdyż wydała się mu niemęska. Pamiętał jej szczęście i dumę, kiedy powierzała mu nowo narodzone, zdrowe dziecko Anny. Oczy Sharon mówiły wówczas: wspólnie sprostaliśmy takiemu trudnemu zadaniu!
Pamiętał także jej ramiona oplatające jego szyję i spazmatyczny płacz, gdy uchronił ją przed kamienowaniem, radość, kiedy podarował jej minerał, i niezrozumiały gniew w stosunku do Lindy. Wreszcie przerażenie, jakie wywołała w niej groźba śmierci Gordona w kopalni, a potem blask w oczach, kiedy on, Gordon, wziął ją w ramiona…
Wciąż tylko oddanie, dobroć i miłość.
Gordon nie chciał już dłużej o tym myśleć. Wolał nie pamiętać, jak okrutnymi, pełnymi pogardy słowami zgasił w niej wszelką radość życia i odebrał nadzieję na miłość.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego jakby nieobecnym wzrokiem.
Sprawiło mu to wielki ból. Co się ze mną dzieje? myślał zdziwiony i niemal przestraszony. Nie miał odwagi patrzeć Sharon prosto w oczy. Odnosił wrażenie, że ona na coś czeka, lecz nie potrafił powiedzieć, na co.
Nie mogę tego wytrzymać, duszę się! myślał. Czuję w sobie tak wielką tęsknotę, że chce mi się krzyczeć, lecz właściwie sam nie wiem, czego pragnę. Wiem tylko, że ta drobna dziewczyna przyciąga mój wzrok, ale nie powinienem na nią patrzeć. Nie mogę! To zupełnie nowe, nieznane uczucie, głębokie i przejmujące. Czy to możliwe, bym w jednej chwili cierpiał i zarazem odczuwał dziwną rozkosz?
I nagle Gordon zrozumiał, co się z nim dzieje. Pochylił nisko głowę, by nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy.
A więc o tym mówiła Sharon. Tak właśnie wygląda miłość, której nigdy przedtem nie rozumiał i jeszcze nigdy nie zaznał.
Sharon, najmilsza! Jak wielką wyrządziłem ci krzywdę, jak wielką krzywdę wyrządziłem nam obojgu! Mądry pastor Warden miał słuszność: inny mężczyzna być może odzyskałby serce Sharon, ale nie ja! Ona nigdy nie zdoła zapomnieć pogardy, jaką jej okazałem, i nigdy nie przestanie się mnie bać.
W końcu udało mu się wrócić do rzeczywistości.
– To co, wracamy? – spytał. – Czy któryś z was mógłby pomóc Sharon? Ja muszę zabrać narzędzia.
Nie było to do końca prawdą. Gordon po prostu nie chciał, by ktoś zauważył, iż Sharon nie może znieść dotyku własnego męża.
Gdy dotarli do osady na dworze było jeszcze jasno. Gordon poprosił Sharon, by poszła do łóżka, ale odmówiła. Bardzo chciała zostać w biurze.