Wyspa Nieszczęść
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Wyspa Nieszczęść». Краткое содержание книги:
Warden usiadł obok Gordona.
– Posłuchaj. Wydaje mi się, że doszedłeś do punktu zwrotnego. Twoje życie musi się odmienić. Zresztą ty sam już jesteś inny. Szkoda tylko, że stało się to kosztem radości, jaką nosiła w sobie Sharon. Ta dziewczyna w żadnym razie nie zasłużyła na taki los.
– Ma pastor rację. Tyle się nacierpiała z powodu fałszywego oskarżenia, a ja, zamiast jej pomóc, jeszcze bardziej ją skrzywdziłem! Ale chyba rzeczywiście się zmieniam. Jeszcze do niedawna liczyła się dla mnie tylko praca. A teraz? Choćby te piece hutnicze. Nawet Kanadyjczycy mnie za nie pochwalili, ale ja nie czuję żadnej satysfakcji, żadnej dumy. To przestało być ważne.
Słońce zniknęło za horyzontem, więc obaj wstali ze schodów.
– Mam jeszcze jedną prośbę. To bardzo ważne. Mamy pastorowi coś ciekawego do pokazania – dorzucił Gordon, patrząc na wyraźny kontur zamkowych ruin na tle wieczornego nieba. – Już wcześniej chciałem to zrobić, ale tyle się ostatnio wydarzyło…
– Dobrze, zwłaszcza że Margareth jest pewnie u Sharon.
Gordon skinął głową.
– Prosiłem, by czuwała przy Sharon. Wciąż nie wiemy, gdzie może być Linda, szuka jej kilku mężczyzn.
Ruszyli w kierunku budynku biurowego.
– Czy Linda mogła targnąć się na swoje życie? – spytał Warden.
– W żadnym razie. To nie jest osoba, która uciekałaby się do tego rodzaju rozwiązań. Jestem pewien, że nadal jest na wyspie. Rano przeszukaliśmy każdy milimetr statku, który właśnie dzisiaj odpłynął. Tam jej nie było.
– Zdumiewające, że nikt jej jeszcze nie znalazł, minęły już dwie doby od jej ucieczki. Gdzie ona może się podziewać?
– Nie mam pojęcia – odparł zamyślony Gordon – Wiem natomiast, że stać ją na wszystko, i dlatego się boję. Dopiero teraz zrozumiałem, że Sharon miała tego świadomość i nieustannie czuwała nade mną, zwłaszcza po wypadku z windą. Tylko że teraz jej już na niczym nie zależy.
W saloniku zgromadziła się spora grupka gości. Na prośbę Gordona zjawili się doktor Adams i sklepikarz, Peter, Margareth i pastor Warden, Anna i Andy.
– Wielki Boże! Skąd wzięła się tu ta księga? – wykrzyknął zdumiony Warden, gdy pokazano mu znalezisko. – To rzeczywiście francuski, ale jaki dziwny!
– Czy może pastor coś z tego odcyfrować? – zapytał z napięciem w głosie Peter, który właśnie wrócił z bezowocnych poszukiwań Lindy.
– Częściowo, ale nie jestem pewien, czy powinienem to robić! – odpowiedział zafrasowany pastor.
– Dlaczego? – zdumiał się Gordon.
– Dlaczego? Toż to czarna magia! Aż roi się tu od zaklęć i magicznych receptur!
– Czy to znaczy, że księga jest dziełem francuskiego właściciela zamku? – Peter był coraz bardziej zaciekawiony.
– Z pewnością. To jakby jego własny dziennik, ale nie taki zwyczajny. Z lękiem myślimy o czarownicach, które potajemnie sporządzają straszliwe mikstury, by potem odprawiać czary na cmentarzu w noc przy pełni księżyca, choć to tylko bzdurne bajanie. Ta zaś księga jest naprawdę straszna. Wydaje się, że piszący ją człowiek bez trudu przenikał ludzkie myśli. Jak na tamte czasy musiał posiąść głęboką wiedzę i… nie, to zbyt odrażające!
Pastor z nie udawanym wstrętem odsunął księgę, ale zaraz sięgnął po nią Peter.
– Może to i dobrze, że on nie żyje… – skomentował sucho.
– Chyba tak rzeczywiście jest lepiej! – wykrzyknął wzburzony duchowny.
– Czy to możliwe, że on zjawia się tu jako duch? – spytała zaniepokojona Margareth.
– Nie, w to nigdy nie uwierzę.
Gordon bez powodzenia starał się pochwycić spojrzenie żony. Sharon siedziała bez słowa, przysłuchując się tylko dyskusji. Gordon z troską obserwował jej apatyczne zachowanie. Wiedział dobrze, że jeszcze kilka dni wcześniej zadawałaby mnóstwo pytań i żywo uczestniczyła w rozmowie.
– Spójrzcie! – wykrzyknął podniecony Peter. – To słowo chyba musiało zostać podkreślone całkiem niedawno! Te strony są najbardziej zniszczone.
Pastor pochylił się nad księgą i usiłował odczytać.
– Sumak… Nie, zupełnie nie wiem, co by to mogło znaczyć. Kartki są zbyt zniszczone.
– Gdzieś słyszałam to słowo, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie – Margareth zmarszczyła czoło.
– To słowo z pewnością odgrywa ważną rolę. Podejrzewam, że podkreślił je ten, kto podrzucił Sharon księgę – wtrącił się wreszcie Gordon.
– Zapiszmy je! Niech pastor jeszcze nam coś powie na temat tej mapy na końcu księgi – poprosił rezolutnie Peter. – Tu, gdzie znajduje się rynek, jest coś napisane, ale co…?
Duchowny przetłumaczył:
– Obóz… Być może chodzi o Indian, rybaków i myśliwych. Natomiast kolonizatorzy zamieszkiwali prawdopodobnie tereny, na których teraz stoją nowe domy.
– A to co? – zapytał Gordon. – W lesie, tam gdzie znajduje się najdalszy, północno-zachodni fragment wyspy? Tu jest też coś napisane.
Tym razem nawet Sharon się zainteresowała.
– „Vallee de la…” Literki są takie malutkie, że trudno je odróżnić – powiedziała. – Musi to być mniej więcej w okolicy, gdzie ogarnęło mnie to dziwne zamroczenie.
– Pokażcie mi to zdanie – rzekł Warden. – To miejsce nazywa się Dolina Śmierci.
– A więc owa dolina z opowiadania Sharon już od dawna wiąże się z jakąś mroczną tajemnicą – zauważył Peter.
– Chyba musimy się tam wreszcie wybrać. I do zamku także – dorzucił Gordon.
– Protestuję! – krzyknął doktor Adams. – Chodziliście tam tyle razy i co z tego wynikło? Nie mam zamiaru leczyć kolejnych rannych.
– Tak czy owak musimy tam dotrzeć – powiedział zdecydowanie Gordon. – Jutro po południu kończę rozbudowę kopalni i mam zamiar zrobić sobie parę dni wolnych. Chcę je poświęcić na rozwikłanie tajemnicy ruin.
– A co z kradzieżami chalkopirytu? – zapytał Peter.
– O nich też pamiętam.
Warden nadal w zamyśleniu studiował mapę.
– Jest tu jeszcze jakaś dziwna, szeroka droga, która prowadzi z zamku przez ową „Dolinę Śmierci”. Nigdy jej tu nie widziałem!
– Rzeczywiście. Ona nie istnieje – powiedział sklepikarz. – Jestem tego pewien. Nie raz spacerowałem w tamtych okolicach i na żadną drogę nie natrafiłem.
– Udało ci się dotrzeć do tej strasznej doliny?
– Nie, ale podobnych dolinek jest w okolicy mnóstwo.
Zebrani na moment zamilkli, jakby temat został wyczerpany. Margareth zapytała Petera:
– I co, udało wam się wreszcie odnaleźć Lindę?
Na twarzy Petera pojawił się cień rozgoryczenia.
– Nie, i wcale mnie to nie martwi. Skóra mi cierpnie na samą myśl o niej. To bezwzględna kobieta, która ukrywała swoje prawdziwe ja pod maską nieporadności. Omamiła mnie i zawiodła przed ołtarz. I pomyśleć, że kiedyś miałem okazję wybrać Sharon!
– To byłby błąd, Peter – cicho powiedziała Sharon.
– No tak, może i masz rację. Na mnie nigdy tak nie patrzyłaś jak na Gordona.
Gordon podniósł się tak gwałtownie, że krzesło, na którym siedział, przewróciło się z łoskotem. Stanął przy oknie odwrócony plecami do zebranych.
– Co ci się stało, Gordon? – spytał zdumiony jego reakcją Peter.
– Nic, zupełnie nic – odpowiedział tamten zduszonym głosem.
– Myślę, Peter, że nie powinieneś podejmować teraz spraw prywatnych – zauważyła Margareth.
– To prawda, poza tym na nas już czas – dodał pastor. – Jeśli pozwolicie, wezmę księgę do domu, żeby się jej dokładniej przyjrzeć. Może uda mi się rozszyfrować słowo „sumak”?
Gdy wszyscy sobie poszli, Sharon pogasiła lampy i wróciła do swojego pokoju. Na dworze wiatr szumiał w koronach drzew. Nadeszła jesień, pora sztormów. Od strony morza dochodził huk fal rozbijających się o skalisty, stromy brzeg.