Wyspa Nieszczęść
- Автор: Сандему Маргит
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Wyspa Nieszczęść». Краткое содержание книги:
– Przecież możemy to sprawdzić – rzekł w końcu Andy.
– No dobrze. Nie zaszkodzi nam spenetrowanie jeszcze jednego korytarza.
Percy znów został na posterunku przy windzie, reszta ruszyła w kierunku nie eksploatowanego chodnika. Sharon odnosiła wrażenie, że nikt specjalnie nie wierzy w jej teorię, ją samą zresztą też ogarniała coraz większa niepewność.
Gordon jako pierwszy przecisnął się pod skrzyżowanymi belkami. Górnicy rozświetlili chodnik swoimi pochodniami. Był niewielki i ponury, kończył się po około dwudziestu metrach nierówną ścianą. Zatrzymali się przy zawalisku.
– To tylko pojedyncze kamienie. Nic tu się nie znajdzie, a tym bardziej nic nie można tu schować. Poza tym nie wyobrażam sobie, że złodzieje mogliby stąd wydostać rudę na górę, nawet gdyby udało im się ukryć kilka kilogramów. Nasza winda jest do tego za mała. Zresztą tylko ja, Gordon i Percy potrafimy ją uruchomić.
– Niestety, dzisiaj nie będzie nam dane rozwiązać tej zagadki. Co robimy? Wracamy na górę?
– Poddać się po raz drugi w ciągu jednego dnia? – obruszył się Andy. – A gdzie wasza wola zwycięstwa?
Podszedł do zawaliska i powoli, ostrożnie zaczął odsuwać skalne odłamki. Gordon, obawiając się kolejnego tąpnięcia, ostrzegał Andy’ego, że to niebezpieczne.
– Proszę, proszę! – zawołał nagle Andy. – Dajcie mi tu zaraz światło i chodźcie wszyscy! Coś znalazłem!
– Jakieś ślady rudy? – zapytał zaciekawiony Peter.
– Nie. Coś dużo ciekawszego. Ruszcie się, do diabła, z tą lampą!
Górnicy oświetlili miejsce, które odsłonił Andy, i skupili się wokół, tworząc ciasny krąg. Andy stał teraz wyżej od pozostałych, na stosie skalnych odłamków. Gdy podniósł jeden z największych kamieni, okazało się, że przykrywał on spory otwór.
– Wielkie nieba! Patrzcie! – zawołał oszołomiony odkryciem Peter.
Gdy zajrzeli w głąb otworu, ich oczom ukazał się przestronny i prawdopodobnie bardzo długi korytarz.
– Coś podobnego! Nigdy przedtem… – Gordon aż zaniemówił z wrażenia. – Skąd wziął się tu taki szeroki korytarz? Czy nikt z was nie słyszał o nim wcześniej?
– Nie – odparł jeden ze starszych górników. – W tym miejscu nigdy rudy nie wydobywano, po prostu nigdy jej tu nie znaleziono.
– Musimy go spenetrować – oświadczył zdecydowanym głosem Peter.
– No dobrze, ale jak, skoro wejście jest takie wąskie? Bałbym się odgarniać więcej kamieni, bo wszystko może się na nas zawalić.
– Może udałoby mi się podnieść jeszcze jeden – powiedział Andy, unosząc bardzo ostrożnie mniejszy odłamek skały.
– No, teraz dużo lepiej – pochwalił pastor. – Ale nie przypuszczam, żeby któryś z nas mógł się przez tę szczelinę przecisnąć. Chyba że Sharon…
– Co to, to nie! – krzyknął oburzony Gordon. – Nie pozwalam! Przecież wszystko może na nią runąć. Zabraniam kategorycznie.
Twarz Gordona aż pobladła ze zdenerwowania.
– A od kiedy tak bardzo się o nią boisz? – zapytał uszczypliwie Warden.
– Czy ty pozwoliłbyś swojej żonie włazić do takiej dziury? – Gordon był wyraźnie urażony.
– Nie – odparł zwlekając nieco pastor. – Ale moje uczucia dla Margareth to chyba nie to samo, co twoje dla Sharon?
– Nie? – krzyknął dotknięty do żywego Gordon. – Czy ty, człowieku, nie rozumiesz, że ja ją kocham?
Sharon oniemiała z wrażenia. Przyłożyła dłonie do rozpalonych policzków i w duchu się modliła, by te słowa okazały się prawdziwe. Już kiedyś jej się wydawało, że Gordon darzy ją uczuciem, ale wtedy ogromnie się pomyliła. Podobnego rozczarowania nie byłaby w stanie przeżyć po raz drugi.
Pozostali nie bardzo wiedzieli, jak się mają zachować. Nieczęsto widzieli Gordona wyprowadzonego z równowagi. I jakim tonem ośmielił się mówić do pastora?
Sharon opanowała się pierwsza. Spytała:
– Czy to rzeczywiście aż tak niebezpieczne? Ja tylko tam zajrzę. Gdybyście potrzymali mnie za nogi, sprawdzę, czy ktoś nie ukrył tam rudy. Poza tym może udałoby się podeprzeć sufit kilkoma belkami?
– Zabraniam ci! – krzyknął znowu Gordon. – Czy ty nie pojmujesz, że nie chcę cię utracić?
– Gordonie, przecież najważniejsze dla ciebie jest odnalezienie sprawców kradzieży?
– Najważniejsza jesteś dla mnie ty.
– Ten chodnik nie sprawia wrażenia zagrożonego. Pozwól mi tam choć zajrzeć.
Po długich naleganiach Gordon ustąpił, lecz kiedy Sharon przeciskała się przez szczelinę, był wyraźnie zdenerwowany.
– Sharon, widzisz coś? – spytał Andy.
– Wydaje mi się, że można podnieść jeszcze jeden kamień, ten na prawo ode mnie. Wtedy wszyscy będziecie mogli się tu wcisnąć.
– No dobrze. A teraz już wracaj – powiedział zniecierpliwiony Gordon.
Sharon wygramoliła się tyłem niczym rak i odetchnęła z wyraźną ulgą.
– Uff! Nigdy bym tam sama nie weszła.
– Oj, coś mi się zdaje, że weszłabyś – mruknął nie przekonany Gordon. – Co zobaczyłaś w środku?
– To jakiś dziwny chodnik – powiedziała Sharon, strzepując kurz z sukni. – Wcale nie przypomina innych. Jest położony nieco niżej i przebiega ukośnie w stosunku do tego, w którym jesteśmy obecnie. Jest dużo niższy i ma jakieś dziwne ściany. Nierówne, ale jednocześnie gładkie.
– Czy to możliwe, że powstał w sposób naturalny? – zapytał zdumiony pastor Warden.
Sharon zastanowiła się przez chwilę, a potem skinęła głową.
– Ściany wyglądają jak niewielkie tarasy.
Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Czy zauważyłaś w ścianach małe, zaokrąglone wgłębienia? Coś w rodzaju maleńkich grot? – zapytał Peter.
– Chyba tak.
– Wygląda na to, że odkryliśmy jaskinię wypłukaną przez wodę – rzekł zamyślony Gordon. – Ale przecież stąd jeszcze daleko do morza. Pokaż nam, który to głaz można podnieść.
Sharon przyjrzała się dokładnie zawalisku i oceniła odległości.
– To ten – i wskazała na pokaźnej wielkości odłam skalny.
– Rzeczywiście, nie przylega szczelnie do sąsiednich kamieni. No to już! Razem!
Bez większego trudu mężczyźni unieśli i odsunęli na bok głaz. Otwór w ścianie znacznie się powiększył.
Peter aż zagwizdał z uciechy.
– Jeśli tu nie znajdziemy rozwiązania, to ja się poddaję! Ruszamy!
Po krótkiej chwili cała grupa znalazła się we wnętrzu groty.
– Patrzcie! To przecież chalkopiryt! – wykrzyknął podniecony pastor, podnosząc z ziemi niewielki kawałek rudy.
Gordon zważył go w dłoni i rzekł:
– Pochodzi ze świeżego wydobycia i zawiera znaczny procent czystego metalu. Czuję, że jesteśmy wreszcie na właściwym tropie. Resztę znajdziemy na końcu tej jaskini.
– Ale dokąd ona prowadzi? Morze leży na północny wschód stąd, zaś chodnik prowadzi raczej w przeciwnym kierunku – zdziwił się jeden z górników.
Zaczęli iść w głąb.
Nagle ze zdumieniem dostrzegli starannie ułożone szyny, które znikały gdzieś w ciemności, wskazując im drogę. W tym samym momencie pastor wykrzyknął:
– Gordon! Już wiem! Wiem, co to za droga! Pamiętasz mapę?
– Jaką mapę?
– Tę w starej księdze. Przypomnijcie sobie, że w poprzek wyspy zaznaczono tam drogę, która biegła od zamku i przecinała Dolinę Śmierci. To na pewno jest ta droga!
– A co w takim razie robią tu szyny? – zapytał sceptycznie Peter.
– Szyny nie są najważniejsze – rzekł pastor niecierpliwie. – Na pewno zostały ułożone niedawno, przed kilkoma laty. Ale czarownik musiał wiedzieć o tej jaskini i zaznaczył ją na swojej mapie. Narysował ją wprawdzie nie całkiem dokładnie, gdyż w rzeczywistości jest dłuższa i biegnie w nieco innym kierunku, ale to z pewnością ta.