Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— A może gromada leśnych braci siedzi sobie za czymś takim i ucztuje w najlepsze? — spytał Shanamir. — Przypuśćmy, że Thelkar potknie się o jednego z nich i…
Jego domysły przerwał potworny wrzask, niby ryk zranionego byka. Coś się działo za owocem dwikka. Wybiegł stamtąd ogarnięty paniką Erfon, a tuż za nim wielkimi susami sadził w stronę wozu nie mniej przestraszony Thelkar.
— Bestie! — krzyczał za nimi dziki głos. — Świnie! Świński pomiot! Napadać na jedzącą śniadanie kobietę! Widział to kto? Już ja was nauczę rozboju i gwałtu! Zapamiętacie to sobie na całe życie! Stójcie, włochate zwierzęta! Stójcie, mówię wam!
Zza owocu wybiegła największa kobieta, jaką Valentine kiedykolwiek widział. Owa istota doskonale pasowała wyglądem do otaczających ją drzew dwikka. Miała blisko siedem stóp wzrostu, a gigantyczne ciało było wielką górą mięsa podtrzymywaną przez dwie kolumny nóg. Ubrana w szare skórzane spodnie i obcisłą, rozchyloną aż do talii koszulę, dźwigała przed sobą dumnie podskakujące dwa wielkie bochny piersi. Stercząca na głowie miotła rozburzonych pomarańczowych włosów i przenikliwe niebieskie oczy, w których płonęła żądza mordu, dopełniały wyglądu tej postaci. Nie zmyślała, mówiąc, że przerwano jej śniadanie, gdyż po brodzie i piersiach spływały jej strużki soku z owocu dwikka. Idąc w stronę żonglerów wywijała nad głową potężnym mieczem wibracyjnym z taką siłą, że nawet stojący w odległości stu stóp Valentine czuł powiew gwałtownie mieszanego powietrza. Olbrzymka szukała zemsty.
— Co tu się dzieje? — pytał zupełnie ogłupiały Zalzan Karol, wybałuszając na braci przerażone oczy. — Co wy jej zrobiliście?
— My? My jej nawet nie dotknęliśmy — powiedział Erfon. — Rozglądaliśmy się za leśnymi braćmi i Thelkar wpadł na nią niespodziewanie, potknął się i żeby nie upaść, schwycił ją za ramię…
— Powiedziałeś, że nawet jej nie dotknęliście — przerwał zgryźliwie Zalzan Karol.
— Nie w TAKI sposób. On dotknął ją przez przypadek, tylko się potknął.
— Zrób coś! — Zalzan Karol rzucił się w stronę Deliambera z błaganiem w głosie, bo olbrzymka już na nich nacierała.
— Uspokój się — rzekł łagodnie czarodziej zachodząc jej drogę. — Nie zamierzaliśmy wyrządzić ci krzywdy.
Na poparcie swoich słów stary Vroon zaczął gwałtownie gestykulować, wyczarowując w powietrzu między sobą a kobietą ledwo widoczną niebieską poświatę. Czary musiały podziałać, gdyż olbrzymka zwolniła nieco i zatrzymała się kilka kroków od wozu. Jeszcze wymachiwała mieczem, ale coraz to wolniej i niżej. Drugą ręką ściągnęła obie poły koszuli i zapięła je nierówno. Popatrując groźnie na szóstkę Skandarów wskazała na Erfona i Thelkara i odezwała się głębokim, dudniącym głosem:
— Co ci dwaj zamierzali ze mną zrobić?
— Oni tylko poszli po owoc dwikka. Widzisz kosz, który mieli ze sobą? — pośpieszył z odpowiedzią Deliamber.
— Nie mieliśmy pojęcia, że tam jesteś — wymamrotał Thelkar. — Obchodziliśmy owoc dokoła, żeby sprawdzić, czy z tyłu nie ukrywają się leśni bracia, to wszystko.
— Wszystko? A upaść na mnie, udając niedołęgę, i zgwałcić, gdybym nie była uzbrojona, to co?
— Ja się tylko potknąłem — obstawał przy swoim Thelkar. — Nie miałem zamiaru cię napastować. Myślałem o leśnych braciach, więc kiedy zamiast na nich natknąłem się na kogoś twoich rozmiarów…
— Co takiego? Jak śmiesz jeszcze bardziej mnie obrażać! Thelkar zaczerpnął powietrza.
— Chciałem tylko powiedzieć… nie spodziewałem się… byłem zaskoczony, kiedy… kiedy ty…
— Nie mieliśmy niczego złego na myśli… — Erfon chciał przyjść bratu z pomocą, ale przerwał mu Valentine, który z rosnącym rozbawieniem obserwował całą scenę.
— Gdyby myśleli o gwałcie, to czy dopuściliby się tego przed tak licznym audytorium? Popatrz, jesteśmy tej samej rasy. Nie pozwolilibyśmy na nic takiego. — Wskazał na Carabellę. — Ta kobieta jest równie porywcza jak ty. Bądź pewna, że gdyby Skandarzy spróbowali wyrządzić ci jakąś krzywdę, ona sama zdołałaby temu zapobiec. To było zwykłe nieporozumienie, nic ponadto. Odłóż broń. Między nami możesz czuć się bezpieczna.
Olbrzymka spoglądała już nieco łagodniej, uspokojona grzecznym wystąpieniem Valentine'a. Powoli opuściła miecz wibracyjny i przytroczyła go do pasa.
— Kim jesteście? — odezwała się zrzędliwie. — Co tu robi ta cała procesja?
— Nazywam się Valentine, jesteśmy wędrownymi żonglerami, a ten Skandar to Zalzan Karol, przywódca naszej trupy.
— A ja jestem Lisamon Hultin — przedstawiła się olbrzymka. — Wynajmuję się do pracy w charakterze straży przybocznej lub wojowniczki, chociaż przyznam, że ostatnio niezbyt często.
— Tracimy czas — wtrącił Zalzan Kavol. — Jeśli czujesz się przez nas odpowiednio przeproszona, to ruszamy w dalszą drogę.
Lisamon Hultin kiwnęła od niechcenia głową. — Oczywiście, ruszajcie, tylko czy zdajecie sobie sprawę, że znajdujecie się w niebezpiecznej okolicy?
— Z powodu leśnych braci? — spytał Valentine.
— Tak, są wszędzie. Przy drodze, którą będziecie jechali, lasy aż roją się od nich.
— A ty się ich nie boisz? — zainteresował się Deliamber.
— Znam ich język — odpowiedziała Lisamon Hultin. — I zawarłam z nimi prywatną umowę. Myślicie, że inaczej zajadałabym tak spokojnie owoc dwikka? Jeszcze mam trochę oleju w głowie, mały czarodzieju. Dokąd zdążasz? — spytała Zalzana Karola.
— Do Mazadone — odpowiedział krótko.
— Tak? A czy czeka tam na was jakaś praca?
— Dowiemy się na miejscu — odparł Skandar.
— Możecie się dowiedzieć już tutaj. Właśnie stamtąd wracam. Dopiero co zmarł tamtejszy książę i przez trzy tygodnie w całej prowincji obowiązuje żałoba. A może wy żonglujecie na pogrzebach?
Oblicze Zalzana Kavola pociemniało ze złości.
— Nie ma żadnej pracy w Mazadone? Ani w całej prowincji? Narażamy się na koszty, żeby ją znaleźć! Od Dulornu nie zarobiliśmy złamanego miedziaka! I co teraz zrobimy?
Lisamon Hultin splunęła miąższem owocu.
— To nie moje zmartwienie. Zresztą i tak nigdzie się nie dostaniecie.
— Dlaczego?
— O kilka mil stąd leśni bracia zatarasowali drogę. Żądają od podróżnych haraczu. Czyste szaleństwo, no nie? Tak czy inaczej, nie przepuszczą was. Dobrze będzie, jeśli cało wyjdziecie z tej opresji.
— Muszą nas przepuścić! — wykrzykną! Zalzan Kavol. Olbrzymka wzruszyła ramionami.
— Beze mnie na pewno nie.
— Bez ciebie?
— Powiedziałam ci już, że znam ich język. Dogadam się z nimi i załatwię wam przejście. Jesteś tym zainteresowany? Opłata pięć rojali.
— Po co leśnym braciom pieniądze? — zapytał Skandar.
— Och, to nie dla nich — powiedziała lekko. — Ta piątka to dla mnie. Zaproponuję im co innego. Załatwione?
— Nonsens. Pięć rojali to majątek!
— Nie będę się targować — powiedziała Lisamon Hultin stanowczo. — W moim zawodzie to nie honor. Zatem powodzenia w dalszej podróży. — Obrzuciła Thelkara i Erfona lodowatym spojrzeniem. — Możecie się poczęstować owocem dwikka. Ale lepiej nie zajadajcie się nim, kiedy spotkacie braciszków!
Z wyniosłą miną odwróciła się i podeszła pod drzewo do wielkiego owocu. Wyciągnęła miecz, ucięła trzy wielkie plastry miąższu i pchnęła je pogardliwie w stronę dwóch Skandarów, którzy, nie czując się zbyt pewnie w tym sam na sam z olbrzymką, szybko włożyli przysmak do wiklinowego kosza.