Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 141
Перейти на страницу:

— Mówiliśmy już o tym. Zostałeś zamieniony, mój panie. I twój duch, i twoje ciało.

— Chyba tak. Moja królewska natura, jeśli ją kiedykolwiek miałem, opuściła mnie. Tamta żądza władzy…

— Dwa razy użyłeś tego wyrażenia — przerwał mu Deliamber. — Żądza władzy nie ma z tym nic wspólnego. Prawdziwy król nie jest żądny władzy, to poczucie odpowiedzialności żąda od niego, by panował. A król nie może uciekać od odpowiedzialności. Obecny Koronal jest nowy, jeszcze niewiele dokonał, a już zdążył wyprawić się w wielki objazd, ludzie zaś szemrzą przeciw jego pierwszym dekretom. I ty zastanawiasz się, czy on jest mądry i sprawiedliwy? Widziałeś sprawiedliwego uzurpatora? On jest przestępcą, Valentine, jego rządy naznaczone są piętnem przestępstwa, strach go zżera w czasie snu i z czasem ten strach zatruje go, a wtedy uzurpator zmieni się w tyrana. Jak możesz w to wątpić? Usunie każdego, kto stanie mu na drodze, nawet zabije, jeśli zajdzie potrzeba. Trucizna, która krąży w jego żyłach, z czasem skazi całą planetę i każdego jej mieszkańca. A ty, tkwiąc tutaj, oglądając z takim zainteresowaniem swoje palce, nie poczuwasz się do żadnej odpowiedzialności? Jak możesz mówić o oszczędzaniu sobie zachodów? Jakby nie było ważne, kto jest królem. To bardzo ważne, kto nim jest, mój panie. Ty zostałeś wybrany, ty zostałeś przygotowany, by sprawować tę godność. To nie było przypadkowe zrządzenie losu. Chyba nie wierzysz, że każdy może być Koronalem?

— Wierzę w przypadkowe zrządzenia losu.

Deliamber zaśmiał się cierpko.

— Być może tak było dziewięć tysięcy lat temu. Teraz rządy sprawuje dynastia, mój panie. Od czasów Lorda Arioka, a może i wcześniej, Koronalowie są wybierani spośród małej garstki rodzin, nie większej niż sto klanów. Wszystkie te klany zamieszkują Górę Zamkową i uczestniczą w rządzeniu. Już jest przygotowywany następny Koronal, chociaż jego imię zna tylko on sam i kilku doradców. Wybrano już także jego dwóch czy trzech zastępców. Teraz jednak ta dynastyczna linia została przerwana, pojawił się intruz. Nic poza złem nie może z tego wyniknąć.

— A jeśli uzurpator jest następcą pochodzącym z grona pretendentów, który się zmęczył długim oczekiwaniem?

— Nie — odparł Deliamber. — To nieprawdopodobne. Ten, którego uważano za odpowiedniego do sprawowania godności Koronala, nie mógłby obalić prawnie wyniesionego na tron władcy. I czemu miałaby służyć ta maskarada, ta zamiana ciał i dusz?

— Powiedzmy, że masz rację.

— W takim razie czy nie mam też racji, że osobnik przebywający teraz na Górze Zamkowej nie ma ani praw do rządzenia, ani żadnych kwalifikacji, i wobec tego powinien być zrzucony z tronu, a ty jesteś jedynym, który może to uczynić?

— Niemało ode mnie żądasz — westchnął Valentine.

— To historia stawia takie wymagania, nie ja — powiedział Deliamber. — Na tysiącach planet od tysięcy lat inteligentne istoty wybierają między ładem a anarchią, między tworzeniem a niszczeniem, między rozumem a głupotą. A siły zdolne budować ład i zapobiegać głupocie skupiają się zwykle w ręku jednego przywódcy lub, jeśli wolisz, króla, prezydenta, przewodniczącego, premiera, generalissimusa, monarchy — użyj jakiej tylko chcesz nazwy. Nami rządzi Koronal, a dokładnie mówiąc, Koronal rządzi w imieniu Pontifexa, który kiedyś też był Koronalem. Wobec tego nie jest bez znaczenia, kto powinien, a kto nie powinien być Koronalem.

— Tak — powiedział Valentine. — Być może.

— Wciąż się wahasz między “tak" a “być może" — stwierdził Deliamber. — Ale ostatecznie zwycięży “tak" i wtedy udasz się na Wyspę, a z Wyspy, mając błogosławieństwo Pani, wyruszysz na Górę Zamkową i zajmiesz należne sobie miejsce.

— To, o czym mówisz, napawa mnie przerażeniem. Jeśli nawet kiedyś miałem zdolności do sprawowania władzy i odpowiednie przygotowanie, to wszystko już zdążyło wypalić się w moim umyśle.

— Twoje przerażenie zniknie, bądź pewien. A twój umysł wróci z czasem do poprzedniej harmonii.

— No właśnie, czas upływa, a my wciąż tkwimy w Dulornie zabawiając Ghayrogów.

— To już długo nie potrwa. Znajdziemy naszą drogę na wschód, mój panie. Uwierz w to.

Pewność Deliambera udzieliła się również Valentine'owi. Nie na długo jednak. Zaledwie bowiem czarodziej znikł mu z oczu, Valentine naszły nieprzyjemne myśli o trudnościach związanych z całym przedsięwzięciem. Czy mógłby, tak po prostu, wynająć parę wierzchowców i razem z Deliamberem wyprawić się jutro do Piliploku? A co z Carabellą, która zupełnie nieoczekiwanie stała się dla niego kimś bardzo ważnym? Porzucić ją tu, w Dulornie? A Shanamir? Chłopiec przywiązał się do niego, nie do Skandarów, i ani sam nie chciałby, ani nie powinien być zdany na ich łaskę. Poza tym w grę wchodziły koszty. Wyprawa ich czworga przez olbrzymi Zimroel, jedzenie, spanie, transport, statek na Wyspę… A wydatki na Wyspie, jeśli ma zamiar dostać się do Pani? Autifon Deliamber przypuszczał, że podróż tylko do Piliploku, i to w pojedynkę, może kosztować dwadzieścia rojali. Zatem suma na całą ich czwórkę albo i piątkę, jeśli uwzględnić Sleeta, gdyby i on chciał wyruszyć z nimi, zatem ta suma może przekroczyć sto, a może i sto pięćdziesiąt rojali. Z pieniędzy, które znalazł przy sobie w Pidruid, pozostało mu jeszcze sześćdziesiąt rojali, no i rojal czy dwa, które zarobił u Skandara. Za mało. Zdecydowanie za mało. Carabella, jak wiedział, nie miała nic, Shanamir wszystko oddał rodzinie, Deliamber, gdyby posiadał majątek, nie włóczyłby się w podeszłym wieku po świecie i nie wiązał umową z bandą Skandarów.

No więc? Pozostaje tylko snuć plany i mieć nadzieję, że Zalzan Karol zmierza, ogólnie rzecz biorąc, na wschód. I oszczędzać koronę po koronie, czekając stosownej chwili, by stawić się przed Panią.

Rozdział 3

W kilka dni po wyjeździe z Dulornu z pełnymi, dzięki hojności Ghayrogów sakiewkami, Valentine odciągnął Zalzana Kavola na stronę, pytając go o dalszy kierunek podróży. Dzień późnego lata tchnął spokojem. Tu, przy wschodnich stokach rozpadliny, gdzie rozłożyli się ze śniadaniem, wszystko było spowite purpurową mgłą wiszącą nad ziemią niczym gęsta wilgotna chmura. Mgła nabierała barwy od powietrza, a powietrze z kolei zabarwiało się purpurą od pyłu nanoszonego przez wiatr z pobliskich złóż piaskowca skuwa.

Zalzan Kavol nie wyglądał na takiego, który cieszyłby się życiem. Irytowała go mgła. Jego szara sierść, sina teraz od wilgoci, która przenikała wszystko wokół, pozbijała się w śmieszne kłaki, więc wciąż pocierał ją i wygładzał. Prawdopodobnie nie najlepsza to pora na taką rozmowę, pomyślał Valentine, ale było już za późno. Wydarzenia zaczęły się toczyć własnym biegiem.

— Który z nas jest przywódcą trupy, Valentine? — spytał głucho Skandar.

— Ty, to nie ulega wątpliwości.

— To dlaczego próbujesz mną rządzić?

— Ja? Rządzić tobą?

— W Pidruid — mówił Skandar — poprosiłeś mnie, abym poszedł przez Falkynklp, bo tego wymagał honor twojego pastuszego giermka, a jeszcze przedtem zmusiłeś mnie do zatrudnienia go, chociaż nie jest żonglerem i nigdy nim nie będzie. Ustąpiłem, choć sam nie wiem, dlaczego. Dalej, twoja ingerencja w kłótnię z Vroonem…

— Moja ingerencja przyniosła korzyść — zauważył Valentine. — Swego czasu sam to przyznałeś.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)