Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 141
Перейти на страницу:

— Nie przeczę, jednak nie byłem nią zachwycony. Czy potrafisz zrozumieć, że ja tu jestem panem?

Valentine nieznacznie wzruszył ramionami. — Nikt tego nie kwestionuje.

— Ale czy rozumiesz, co to znaczy? Bo moi bracia tak. Oni wiedzą, że ciało może mieć tylko jedną głowę, chyba że jest to ciało Su-Suherów, ale nie o nich mówimy, i wiedzą, że tutaj tą głową jestem ja i że to w moim umyśle rodzą się wszelkie plany i zamierzenia, w moim i tylko w moim. — Zalzan Karol błysnął zębami w groźnym uśmiechu. — Może mi powiesz, że to tyrania? Nie. To sposób na skuteczność. Żonglerka to nie demokracja, Valentine. W żonglerce wszyscy muszą podporządkować się jednemu, inaczej nastąpi chaos. Czego znów chcesz ode mnie?

— Chcę wiedzieć, jaki jest ogólny kierunek naszej wędrówki. Widać było wyraźnie, że Zalzan Karol powstrzymuje się od ataku furii.

— Po co ci to? Jesteś w naszym zespole, więc idziesz tam, dokąd idzie zespół. Twoja ciekawość nic ci nie da.

— Nie sądzę. Z niektórych szlaków mogę mieć większy pożytek. — Pożytek? Ty możesz mieć pożytek? Więc masz jakieś swoje plany? Gdy cię zatrudniałem, powiedziałeś, że nie masz żadnych!

— Teraz mam.

— Co zatem planujesz? Valentine zaczerpnął powietrza.

— Chcę odbyć pielgrzymkę na Wyspę i poświęcić się służbie dla Pani. Ponieważ statek pielgrzymów odpływa z Piliploku, a między nami i tym portem leży jeszcze prawie cały Zimroel, więc dobrze byłoby wiedzieć, czy nie zamierzasz pójść w innym kierunku, powiedzmy do Velathys, czy też wrócić do Tilomon albo Narabal, albo…

— Zwalniam cię — powiedział lodowato Zalzan Karol.

— Co? — Valentine nie wierzył własnym uszom.

— Jesteś zwolniony. Mój brat Erfon da ci dziesięć koron odprawy. Masz godzinę na zabranie się stąd.

Valentine czuł, jak zaczynają mu płonąć policzki. — Nie o to mi chodziło! Ja tylko zapytałem…

— Ty tylko zapytałeś! I w Pidruid tylko zapytałeś, i w Falkynkip tylko zapytałeś, i w następnym tygodniu w Mazadone tylko zapytasz. Burzysz mój spokój, Valentine, a to przekreśla twoją karierę żonglera. Poza tym jesteś nielojalny.

— Nielojalny? W stosunku do czego? Do kogo?

— Zatrudniłeś się u nas, ale w skrytości ducha traktujesz naszą trupę jako środek do celu. Twoje przywiązanie do nas jest nieszczere. Ja to nazywam zdradą.

— Kiedy zatrudniałem się u was, o niczym innym nie myślałem, tylko o tym, żeby podróżować z wami. Obojętne dokąd. Teraz jednak sprawy przyjęły inny obrót i mam ważny powód, aby odbyć pielgrzymkę.

— Dlaczego pozwalasz kierować sobą jakimś sprawom? Gdzie twoje poczucie obowiązku w stosunku do pracodawców i nauczycieli?

— Czy podpisałem z wami kontrakt na całe życie? — Valentine zaczynał tracić panowanie nad sobą. — Czy to jest zdrada, kiedy się odkrywa, że w życiu istnieje inny cel poza jutrzejszym przedstawieniem?

— Dlatego właśnie cię zwalniam. Zaczynasz tracić energię na inne cele, podczas kiedy ja żądam, byś przez cały czas myślał tylko o żonglerce, a nie o dacie odjazdu statku z pielgrzymami z przystani Shkunibor.

— Nie ma mowy o żadnej utracie energii. Żonglując myślę tylko o żonglowaniu. Kiedy dojedziemy do Piliploku, zrezygnuję z pracy u ciebie. Ale aż do tej chwili…

— Wystarczy — powiedział Skandar. — Pakuj się. Odejdź. Zabieraj się do Piliploku i żegluj na Wyspę. Rób, co chcesz. Dłużej cię nie potrzebuję.

Wyglądało na to, że Zalzan Kavol wcale nie żartuje. Nachmurzony, poklepał się po mokrej skórze, ciężko zakręcił w miejscu i odszedł. Valentine otrząsnął się, do głębi poruszony. Myśl o nagłym odjeździe, o samotnej podróży do Piliploku wprawiała go w panikę. Bardzo zżył się z całą grupą i wcale nie chciałby jej porzucić, a przynajmniej nie teraz. Jeszcze pragnął się nacieszyć i Carabellą, i Sleetem, i nawet Skandarami, których na pewno nie darzył zbyt wielką sympatią, ale szanował. Jeszcze liczył na poprawianie sprawności ręki i ćwiczenie bystrości oka, jeszcze miałby na to czas podczas długiej podróży na wschód ku dziwnemu i osobliwemu przeznaczeniu, które mu przepowiadał Deliamber.

— Zaczekaj! — zawołał za Skandarem. — A co na to prawo? Zalzan Karol rzucił mu przez ramię piorunujące spojrzenie. — Jakie prawo?

— Takie, które zobowiązuje ciebie do zatrudnienia w trupie żonglerów trojga ludzi — odpowiedział Valentine.

— Na twoje miejsce zatrudnię pastucha. Nauczę go tyle, na ile go stać — odpowiedział Zalzan Kavol nawet się nie zatrzymując.

Valentine stał w miejscu, patrząc przed siebie tępym wzrokiem. Rozmowa z Zalzanem Kavolem odbywała się w lasku, w którym rosły małe złotolistne rośliny. Musiały być niezwykle wrażliwe, bo pod wpływem kłótni człowieka ze Skandarem najbliżej rosnące pomarszczyły się i ściemniały. Valentine dotknął jednej z nich, kruchej, pozbawionej życia, i poczuł się winny zniszczenia, jakie się tutaj dokonało.

— Co się stało? — spytał Shanamir, który wyrósł jak spod ziemi i z równym jak Valentine żalem przyglądał się martwym roślinom. — Słyszałem okropne krzyki. Skandar…

— Zwolnił mnie — odpowiedział półprzytomnie Valentine. — Zwolnił mnie, ponieważ zapytałem, jaką drogą ruszamy dalej, ponieważ przyznałem mu się, że moim ostatecznym celem jest pielgrzymka na Wyspę, i ponieważ zastanawiałem się, czyjego plany będą odpowiadać moim zamierzeniom.

— Ty zamierzasz odbyć pielgrzymkę? Na Wyspę? Nie wiedziałem o tym!

— Bo to nagła decyzja.

— No to o co chodzi! — krzyknął chłopiec. — Zrobimy to razem, no nie? Chodź, pakuj swoje rzeczy, ukradniemy Skandarowi parę wierzchowców i w drogę!

— Tak myślisz? -Oczywiście!

— Od Piliploku dzielą nas tysiące mil. Ty i ja, i nikogo, kto by nas poprowadził, i…

— Czym się martwisz! — gorączkował się Shanamir. — Słuchaj, pojedziemy do Khyntoru, stamtąd statkiem rzecznym do Ni-moya, i dalej rzeką Zimr na wybrzeże, zaokrętujemy się na statek z pielgrzymami i… O co chodzi, Valentine?

— Czuję się związany z żonglerami. Nauczyłem się od nich ciekawej sztuki, ja… ja… -Valentine urwał, zmieszany. Czy jest żonglerem-terminatorem, czy Koronalem wygnańcem? Czyjego celem jest codzienna ciężka harówka ze Skandarami, Carabellą i Sleetem, czy też spoczywa na nim obowiązek jak najrychlejszego wyruszenia na Wyspę, a dalej, z pomocą Pani, ku Górze Zamkowej? Ach, to ciągle wahanie, pomyślał.

— Koszty, tak? — zgadywał dalej Shanamir. — To cię trapi? W Pidruid miałeś pięćdziesiąt rojali, jeśli nie więcej. Coś ci z tego musiało jeszcze zostać. Ja też mam parę koron. Jeśli nam zabraknie, będziesz mógł na statku żonglować, a ja zajmę się doglądaniem wierzchowców, myślę, że…

— Dokąd to się wybieracie? — spytała Carabella, której nadejścia obaj nie zauważyli. — I co się przydarzyło tym małym nadwrażliwcom? Czuję tu jakieś kłopoty.

Valentine powtórzył jej pokrótce rozmowę z Zalzanem Kavolem.

Słuchała z zapartym tchem, a kiedy skończył, odwróciła się na pięcie i popędziła do Zalzana Karola.

— Carabello! — zawołał za nią Valentine, ale dziewczyna znikła mu z oczu.

— Chodźmy już — powiedział Shanamir. — Spakujemy się w pół godziny, a z nadejściem nocy będziemy daleko stąd. Zajmij się pakowaniem, a ja zorganizuję dwa wierzchowce, wyprowadzę je za drzewa, w dół stoku, do małego jeziorka, które mijaliśmy jadąc tutaj i spotkamy się przy lasku drzew kapuścianych. — Przejęty, gestykulował gorączkowo. — Tylko się pośpiesz! Muszę wyprowadzić wierzchowce, dopóki w pobliżu nie ma żadnego Skandara.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)