Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 141
Перейти на страницу:

— Ty masz ją tylko przyprowadzić, a ja będę się z nią układał. — To sam ją sobie przyprowadź.

Zalzan Kavol zdawał się ważyć w myślach słowa Valentine'a. Carabella, nagle pobladła, potrząsała ze zdenerwowania głową. Sleet dawał oczami znaki, by Valentine nie ustępował. Shanamir, z wypiekami na twarzy, płonął oburzeniem. A Valentine zastanawiał się, czy tym razem nie posunął się za daleko.

Futro opięte na wykrzywionych spazmem wściekłości muskułach zaczęło poruszać się niezależnie od woli Skandara. On sam resztką sił powstrzymywał się od wybuchu. Pewnie uznał, że nie powinien tolerować takiego demonstrowania niezależności, ale widać było, że wykonuje w myślach skomplikowane obliczenia: czy lepiej ukarać Valentine'a za jawną niesubordynację, czy wykorzystać go do wykonania niezbędnej w ich sytuacji usługi. Na pewno nie chciał się ośmieszyć.

Po długiej, pełnej napięcia ciszy Zalzan Karol odetchnął, wypuszczając z gwizdem powietrze z płuc i z naburmuszoną miną sięgnął po sakiewkę. Niechętnie odliczył pięć błyszczących jednorojalowych monet.

— Masz — mruknął. — Tylko się pośpiesz.

— Pójdę tak szybko, jak potrafię.

— Jeśli nie potrafisz biec, wyjdź przed wóz i zapytaj leśnych braci, czy pozwolą ci wyprzęgnąć jednego z wierzchowców, żebyś mógł dotrzeć do tej kobiety nie zmęczony. Rób, jak uważasz, byle szybko.

— Pobiegnę — odpowiedział Valentine i otworzył okienko z tyłu wozu.

Ruszył w drogę, czując między łopatkami mrówki. Czekał na uderzenie strzały. Ale wkrótce otrząsnął się ze strachu. Las, który tak groźnie wyglądał z okien wozu, w rzeczywistości wcale nie był złowrogi, pomimo nieznanych roślin, a kolonie grzybów o popękanych kapeluszach i krzewy paproci z błyszczącymi w słońcu pochewkami zarodników zamiast przerażać, cieszyły oczy. Jego długie nogi poruszały się równym rytmem, serce pracowało miarowo i Valentine poddał się odprężającemu, hipnotycznemu biegowi, tak jak poddawał się magii żonglowania.

Biegł już dość długo, nie licząc mil, aż w końcu zdawało mu się, że dotarł za daleko Tylko w jaki sposób mógł przebiec obok drzew dwikka nie zauważając ich? A może przez nieuwagę skręcił w boczną drogę i pomylił kierunek? Niemożliwe. No więc biegł dalej i dalej, i dalej, aż w końcu zobaczył olbrzymie drzewa i leżący pod najbliższym ten sam rozłupany owoc.

Ale olbrzymki nigdzie nie było widać. Wołał ją po imieniu, zaglądał za owoc dwikka, obchodził po kolei wszystkie drzewa. Ani śladu. Przepadła. Przerażony, nie wiedział, co dalej począć. Czy aby znaleźć Lisamon Hultin, ma biec aż do samego Dulornu? A właśnie teraz, kiedy się zatrzymał, poczuł skutki długiego biegu: bolały go mięśnie łydek i ud, serce waliło niepokojąco. Wcale nie miał ochoty na dalszy wysiłek.

I wtedy z tyłu, za drzewami dwikka zauważył spętanego wierzchowca, który, jak można było sądzić po rozmiarach grzbietu i nóg, służył do dźwigania ogromnego cielska Lisamon Hultin. Valentine podszedł bliżej i zobaczył, że wierzchowiec stoi nad urwiskiem, a w dole płynie woda.

Płaska łąka kończyła się tu nagle i ustępowała miejsca poszarpanej ścianie skalnej. Valentine wychylił się nad krawędzią. Gdzieś z lasu wypływał strumień i pędził w dół po kamiennych blokach ku wydrążonemu w skalistym podłożu basenowi, nad którym świeżo po kąpieli wygrzewała się w słońcu Lisamon Hultin. Leżała twarzą ku ziemi, z nieodłącznym mieczem wibracyjnym przy boku. Valentine popatrzył z obawą na potężne bary, silne ramiona, grube kolumny nóg, na falujące kule pośladków.

Zawołał.

Olbrzymka przetoczyła się na plecy, usiadła i rozejrzała wokół.

— Jestem na górze — krzyknął.

Popatrzyła w jego kierunku i roześmiała się głośno, widząc, jak przybysz dyskretnie odwraca oczy od jej nagości. Wstała bez zbędnego pośpiechu i sięgnęła po ubranie.

— To ty — powiedziała. — Ten, który tak ładnie potrafi mówić. Valentine. Możesz zejść na dół, nie boję się ciebie.

— Dobrze pamiętam, że nie lubisz, by ci przeszkadzano w odpoczynku — powiedział Valentine schodząc stromą ścieżką.

Nim znalazł się na dole, Lisamon Hultin wciągnęła już spodnie i teraz szamotała się z ciasną koszulą.

— Dojechaliśmy do blokady drogi — powiedział bez żadnych wstępów.

— Jakżeby inaczej.

— Chcemy się dostać do Mazadone. Skandar przysyła mnie, bym wynajął cię do pomocy. — Wysupłał z sakiewki pięć rojali. — Zgodzisz się?

Lisamon Hultin spojrzała na błyszczące monety.

— Moja cena to siedem i pół.

— Przedtem powiedziałaś pięć, prawda? — Valentine zacisnął usta.

— To było przedtem.

— Dostałem od Skandara pięć, nie więcej.

Wzruszyła ramionami i zaczęła odpinać koszulę, z którą dopiero co się uporała.

— W takim razie wracam do słonecznej kąpieli. Możesz tu zostać albo nie, jak wolisz, tylko masz się do mnie nie zbliżać.

— Kiedy Skandar próbował dać ci mniej, niż chciałaś, powiedziałaś mu, że w twoim zawodzie nie honor się targować. Według mnie honor nie porwała też podnosić ceny, którą się raz wymieniło.

Olbrzymka położyła ręce na biodrach. Między ścianami wąwozu przetoczył się jej śmiech, który omal nie powalił Valentine'a na ziemię. Czuł się przy niej jak piórko; z pewnością przewyższała go wagą o sto funtów, a wzrostem — co najmniej o głowę.

— Nie wiem, co w tobie siedzi — odrzekła — głupota czy odwaga. Mogę cię zmiażdżyć jednym uderzeniem ręki, a ty stoisz przede mną i mówisz mi o honorze!

— Nie sądzę, byś mogła mnie skrzywdzić. Olbrzymka przyjrzała mu się z zainteresowaniem.

— Chyba masz rację, ale ryzykujesz, chłopie. Łatwo się obrażam i robię wtedy więcej szkody, niż bym chciała. No, nieczęsto. Tylko wówczas, gdy przestaję panować nad sobą.

— Wróćmy do sprawy. My musimy dostać się do Mazadone, a tylko ty możesz dogadać się z leśnymi braćmi. Skandar daje ci pięć rojali, nie więcej. — Valentine przyklęknął i położył na kamieniu, jedną obok drugiej, pięć błyszczących monet. — Ale wiesz, mam trochę własnych pieniędzy. Jeśli ma to rozstrzygnąć spór, dołożę ci resztę. — Pogrzebał w sakiewce, wyjął rojala, wyjął drugiego, potem jeszcze pół i popatrzył na Lisamon Hultin z nadzieją.

— Wystarczy pięć. — Zgarnęła ze skały monety Skandara, wyminęła Valentine'a i ruszyła stromą ścieżką pod górę.

— Gdzie twój wierzchowiec? — spytała zdejmując pęta swojemu.

— Przyszedłem piechotą.

— Piechotą? Biegłeś całą drogę? — Przyjrzała mu się badawczo. — Ależ z ciebie oddany pracownik! Czy aby on ci dobrze płaci? Za takie usługi i za takie ryzyko?

— Nieszczególnie.

— Tak też myślałam. W porządku, usadów się za mną. To bydlę nawet nie zauważy twojego ciężaru.

Dosiadła wierzchowca, który teraz, pod jej cielskiem, stracił nieco na okazałości. Valentine wahał się chwilę, w końcu wskoczył na jego grzbiet i objął olbrzymkę w talii. Wcale nie wyczuł pulchności bioder. Ta kobieta to same mięśnie, pomyślał.

Wierzchowiec przemierzył obszar porośnięty drzewami dwikka i pogalopował przed siebie gościńcem. Wóz, kiedy się do niego zbliżyli, nadal był szczelnie zamknięty, a leśni bracia, tańcząc i trajkocząc zawzięcie, okupowali drogę i las wokół.

Zeskoczyli na ziemię. Lisamon Hultin bez cienia lęku wyszła przed wóz i rzuciła parę słów wysokim, przenikliwym głosem. Od strony drzew nadeszła odpowiedź w podobnym tonie. Zawołała jeszcze raz i jeszcze raz dostała odpowiedź. Wywiązała się długa gorączkowa dyskusja, przerywana częstymi wykrzyknikami.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)