Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 141
Перейти на страницу:

— Dosyć tego! Straciliśmy tu ładnych parę godzin. Dziękuję ci za pomoc — zwrócił się do Lisamon Hultin, ale w jego głosie trudno byłoby się doszukać szczerości.

— Życzę wam zyskownych występów. — Powiedziawszy to olbrzymka zniknęła w lesie.

Ponieważ pokonanie zgotowanej im przez leśnych braci przeszkody spowodowało opóźnienie w podróży, Zalzan Karol zdecydował, że pojadą nocą, w oczywisty sposób łamiąc ustalone przedtem przez siebie zasady poruszania się po kraju. Valentine, wyczerpany długim biegiem i godzinami żonglowania, a także odurzony nektarem owocu dwikka, zasnął siedząc z tyłu wozu i przespał gwałtowną dyskusję o ryzyku zapuszczania się na ziemię Metamorfów. Deliamber obstawał przy tym, że wieści o grożących tam niebezpieczeństwach są wyolbrzymione, Carabella zauważyła, że Zalzan Karol ma prawo obciążyć Sleeta kosztami, jeśli ten złamałby umowę, Sleet trwał w histerycznym uporze twierdząc, że boi się Metamorfów i woli, żeby dzieliły go od nich tysiące mil. Shanamir i Vinorkis również nie kryli lęku, twierdząc, że Zmiennokształtni są niebezpieczni, a przynajmniej niesympatyczni i podstępni.

Valentine obudził się dopiero rankiem, z głową na kolanach Carabelli. Do wozu zaglądały już pierwsze promienie słońca. Właśnie przystanęli w jakimś przestronnym parku, porośniętym niebieskoszarą trawą i strzelistymi, sięgającymi nieba drzewami. Wokół rozciągał się łańcuch łagodnych wzniesień w kształcie kopców.

— Gdzie my jesteśmy? — spytał na wpół rozbudzony.

— Na obrzeżach Mazadone. Skandar pędził jak szalony przez całą noc, a ty przez całą noc spałeś jak zabity. — Carabella zaśmiała się z wdziękiem.

Na zewnątrz, nie dalej niż kilka stóp od wozu, Zalzan Karol i Sleet prowadzili gorącą dyskusję. Złość kipiąca z niskiego białowłosego mężczyzny zdawała się unosić go w powietrze i sprawiała, że wyglądał na wyższego, niż był w rzeczywistości. Chodził tam i z powrotem, uderzał pięścią w dłoń, krzyczał, tupał i widać było, że jest bliski rzucenia się na Skandara. Ten zaś zachowywał się w nietypowy dla siebie sposób: stał z założonymi rękami, wszystkimi czterema, i cierpliwie popatrywał z góry na miotającego się rozmówcę, obdarzając go od czasu do czasu chłodną odpowiedzią.

Carabella patrzyła wyczekująco na Deliambera.

— To trwa zbyt długo. Czarodzieju, czy mógłbyś wmieszać się do ich rozmowy, zanim Sleet powie coś nierozważnego?

Vroon nie miał wesołej miny.

— Sleet w lęku przed Metamorfami przekracza granice zdrowego rozsądku. Być może ma to związek z przesłaniem od Króla Snów, jakiego doświadczył dawno temu w Narabalu, z tym przesłaniem, po którym w ciągu jednej nocy zbielały mu włosy. Może tak, a może nie. W każdym razie chyba najmądrzej zrobiłby wycofując się z zespołu, bez względu na konsekwencje, jakimi mu grozi Zalzan Kavol.

— Ale on jest nam potrzebny!

— A jeśli jest przekonany, że w Ilirivoyne przydarzy mu się coś strasznego? Czy możemy wymagać, żeby postępował wbrew własnej woli?

— Być może mnie uda się go uspokoić — powiedział Valentine. Podniósł się, by wyjść z wozu, kiedy właśnie Sleet z pociemniałą z gniewu twarzą wtargnął do środka. Z jego ust nie padło ani jedno słowo. Szybko zebrał swój niewielki dobytek, wypadł na zewnątrz, minął Zalzana Kavola i szybkim, zdecydowanym krokiem ruszył w stronę gór, na północ.

Obserwowali go bezradnie. Nikt nie ruszył się z miejsca aż do chwili, kiedy Sleet zaczął znikać im z oczu.

— Idę za nim — powiedziała Carabella. — Może uda mi się przekonać go do powrotu.

Widząc oddalającą się Carabellę, Zalzan Kavol krzyknął za nią, ale dziewczyna zlekceważyła jego wołanie. Skandar, potrząsając głową, przywołał do siebie całą resztę.

— Dokąd ona pobiegła?

— Za Sleetem. Chce go sprowadzić z powrotem — odpowiedział Valentine.

— Nic z tego. Sleet na dobre od nas odszedł, ale jeszcze tego pożałuje. Valentine, od dziś przejmiesz jego obowiązki. Dołożę ci za to pięć koron tygodniowo. Przystajesz na te warunki?

Valentine kiwnął głową. Myślami był przy Sleecie, takim zwykle spokojnym i zrównoważonym. Poczuł w sercu ukłucie żalu.

— Deliamberze — zwrócił się Skandar do czarodzieja. — Jak się zapewne domyślasz, zdecydowałem się szukać pracy wśród Metamorfów. Czy znasz drogę do Ilirivoyne?

— Nigdy tam nie byłem — odpowiedział Vroon — znam jednak wiodące tam drogi.

— To wskaż mi najkrótszą.

— Myślę, że powinniśmy się udać do Khyntoru, a dalej statkiem rzecznym jakieś czterysta mil na wschód, do Verfu, skąd już biegnie droga wprost do rezerwatu, na południe. Niezbyt równa droga, ale mam nadzieję, że dosyć szeroka, by wóz mógł tamtędy przejechać. Dopilnuję tego.

— Ile czasu zabierze nam cała podróż?

— Pewnie z miesiąc, o ile po drodze nie natrafimy na jakieś przeszkody.

— Doskonale! Dojedziemy tam w sam czas na festyn Metamorfów — ucieszył się Zalzan Karol. — Ale o jakich przeszkodach mówisz?

— Normalnych — odpowiedział czarodziej. — Zwykłych kłopotach, takich jak usterka wozu, miejscowe zamieszki, napad przestępców. W głębi kontynentu nie ma takiej dyscypliny i porządku jak na wybrzeżu. Przejeżdżając przez niezbyt cywilizowane okolice zawsze się ryzykuje.

— I to jak! — zadudnił znajomy wszystkim głos. — Potrzebujecie ochrony, to jasne!

W krąg rozmawiających niespodziewanie wtargnęła Lisamon Hultin. Była świeża i wypoczęta, nocna jazda na grzbiecie wierzchowca nie pozostawiła na jej twarzy śladów zmęczenia. Wierzchowiec też nie wyglądał na szczególnie utrudzonego.

— Skąd się tu wzięłaś tak szybko? — spytał zaintrygowany Zalzan Karol.

— Jestem wielka, ale nie aż tak wielka jak twój wóz; mieszczę się na leśnych ścieżkach. A więc wybieracie się do Ilirivoyne, tak?

— Tak — odpowiedział Skandar.

— Spodziewałam się tego i przyjechałam zaproponować wam swoje usługi. Nie mam pracy, a wy zapuszczacie się w niebezpieczne okolice. Dogadajmy się. Będę was eskortować aż na miejsce, tylko się na mnie zdajcie.

— Zbyt wysoko się cenisz jak na nasze możliwości.

— Myślisz, że zawsze biorę pięć rojali za taką niepoważną robotę jak tamta? — Lisamon Hultin zaśmiała się na cały głos. — Zapłaciliście dodatkowo za mój gniew, bo nie lubię, gdy mi ktoś przeszkadza w jedzeniu. Zaprowadzę was za następną piątkę, nie więcej, bez względu na to, ile czasu stracę.

— Trzy rojale — rzucił ostro Zalzan Karol.

— Czy ty się nigdy niczego nie nauczysz? — Olbrzymka splunęła tuż pod nogi Skandara. — Nigdy się nie targuję. Zbierajcie się beze mnie i niech wam szczęście sprzyja. Chociaż w to ostatnie wątpię. — Mrugnęła do Valentine'a. — A gdzie tamci dwoje?

— Sleet odmówił udania się do miasta Metamorfów. Wybiegł stąd z wielkim krzykiem dziesięć minut temu.

— Nie dziwię mu się. A ta kobieta?

— Pobiegła za nim, aby go namówić do powrotu. O, popatrz tam! — Valentine wskazał na ścieżkę wijącą się po łagodnym stoku.

— Tam?

— Między jednym a drugim wzgórzem.

— W lasku żarłocznych roślin? — W głosie Lisamon Hultin brzmiało niedowierzanie.

— O czym ty mówisz? — spytał Valentine.

— Żarłoczne rośliny? Tutaj? — spytał Deliamber jednocześnie.

— Ten park został założony ze względu na nie — wyjaśniła olbrzymka. — U stóp wzgórza są tablice ostrzegawcze. Czy poszli ścieżką? Pieszo? Niech moc boska ma ich w swojej opiece!

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)