Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Shanamir zniknął między drzewami. Valentine stał jak skuty lodem. Odjechać teraz, tak nagle, nie mając czasu na oswojenie się z nową sytuacją? A co z Carabellą? Żadnego pożegnania? A Deliamber? A Sleet? Ruszył w stronę wozu, by zebrać swój niewielki majątek, ale zatrzymał się jeszcze, dotknął obumarłej rośliny, oderwał z niej zeschłe liście, jakby chciał pobudzić ją do życia. Może to zrządzenie losu, zaczął się zastanawiać, bo gdyby pozostał z żonglerami, mógłby o miesiące, a nawet lata opóźnić konfrontację z rzeczywistością, która wcześniej czy później i tak by go dopadła. A Carabella? Jeśli rodzące się między nimi uczucie jest szczere, i tak nie znalazłoby miejsca dla siebie w nowej rzeczywistości. No cóż, wypada mu tylko odsunąć na bok zmartwienia, otrząsnąć się z nagłego szoku i ruszyć na gościniec, który zaprowadzi go do Piliploku i na statek pielgrzymów. Ruszże się, powiedział do siebie, pozbieraj swoje rzeczy, w lasku kapuścianym czeka Shanamir z wierzchowcami.
Zwlekał jeszcze, kiedy nadbiegła w podskokach Carabella. Jej twarz promieniała radością.
— Wszystko załatwione — oznajmiła. — Posłużyłam się Deliamberem. Trochę popracował nad Skandarem. No wiesz, drobna sztuczka tu, drobna sztuczka tam, delikatne dotknięcie macek, czary jak czary, normalne. No i Zalzan Karol zmienił zamysł. Czy też my zmieniliśmy za niego.
— To znaczy, że mogę zostać? — z ulgą w głosie spytał Valentine.
— Pod warunkiem, że pójdziesz do niego i poprosisz o przebaczenie.
— Przebaczenie za co?
— To nie ma znaczenia — roześmiała się Carabella. — Wilgotne futro, zimny nos, obraził się, bogowie wiedzą za co. On jest Skandarem, Valentine. Ma własne poczucie dobra i zła. Nie musi myśleć tak samo jak ludzie. Wprawiłeś go w złość, więc cię odprawił, ale jeśli go grzecznie poprosisz, to przyjmie cię z powrotem. Idź, tylko szybko.
— Tak… ale…
— Jakie ale? Teraz z kolei ty wbijasz się w dumę? Chcesz być nadal zatrudniony u Skandara, czy nie? — Jasne, że chcę.
— No to idź! — powiedziała. Chwyciła go za ramię usiłując zmusić do zrobienia pierwszego kroku, lecz w tym samym momencie przypomniała sobie, z kim się szamoce, odskoczyła niepewna, czy nie powinna uklęknąć i prosić go o przebaczenie. — Proszę cię — powiedziała cicho po chwili wahania. — Proszę cię, idź do niego. Jeśli opuścisz trupę, ja też ją opuszczę, a wcale bym tego nie chciała. Idź. Proszę!
— Dobrze — zgodził się Valentine.
Zalzan Karol siedział na schodkach wozu z posępną miną, skulony, spowity w purpurową mgłę niczym w strojny płaszcz. Valentine podszedł do niego i odezwał się głosem, w którym brzmiała szczerość:
— Nie miałem zamiaru cię rozgniewać. Wybacz mi, proszę. Zalzan Kavol warknął z cicha.
— Naprzykrzasz mi się — powiedział. — Dlaczego miałbym ci wybaczyć? Od tej chwili masz się do mnie nie odzywać, dopóki cię o to nie poproszę. Rozumiesz, co się do ciebie mówi?
— Rozumiem — odpowiedział Valentine.
— I nie będziesz się starał wpływać na kierunek dalszej podróży.
— Rozumiem — potwierdził Valentine.
— A jeśli jeszcze raz wyprowadzisz mnie z równowagi, zwolnię cię bez żadnej odprawy i będziesz miał dziesięć minut na to, by zejść mi z oczu, nawet gdybyśmy obozowali pośrodku rezerwatu Metamorfów i gdyby zbliżała się noc, rozumiesz?
— Rozumiem.
Nie odszedł jednak, zastanawiając się, czy teraz Skandar nie każe mu bić przed sobą pokłonów, całować w owłosione palce albo czołgać się po ziemi. Stojąca z boku Carabella wstrzymała oddech, bojąc się, że scena, w której władca Majipooru prosi o przebaczenie wędrownego Skandara, zakończy się wielką awanturą.
Zalzan Karol spoglądał na Valentine'a tak, jakby patrzył na talerz z nieświeżą rybą w zakrzepłym już sosie. W końcu przemówił z kwaśną miną:
— Nie jestem zobowiązany udzielać moim pracownikom informacji, które ich nie dotyczą. Powiem ci jednak, że moim rodzinnym miastem jest Piliplok, że wracam do niego od czasu do czasu i że i tym razem zamierzam w końcu tam dotrzeć. Kiedy to nastąpi, jeszcze nie wiem. Będzie to zależało od umów na występy, jakie zawrę po drodze, ale wiedz, że nasza trasa w zasadzie biegnie na wschód, chociaż możemy z niej tu i tam zbaczać, chcąc zarobić na chleb. Kiedy już znajdziemy się w Piliploku, będziesz mógł odejść z mojej trupy i robić co zechcesz, lecz gdybyś wtedy zamierzał odłączyć od zespołu kogokolwiek poza pastuchem, zaskarżę cię w sądzie Koronala i zażądam najwyższej kary. Rozumiesz, co się do ciebie mówi?
— Rozumiem — odpowiedział Valentine, choć nie przejmował się zbytnio groźbą Skandara.
— I jeszcze jedno — kontynuował Zalzan Kavol. — Chcę, żebyś wciąż pamiętał, że dostajesz wystarczająco dużo koron na tydzień nie licząc premii i tego, co łożę na twoje utrzymanie. Więc jeśli przyłapię cię na zaprzątaniu sobie głowy myślami o Pani i służbie dla niej albo o czymkolwiek innym poza tym, jak rzucać maczugami czy piłkami jak je łapać, by zabawić publiczność, zerwę z tobą umowę. I tak już przez parę ostatnich dni nie byłeś w najlepszej formie, Valentine. Musisz się zmienić. Potrzebuję do swojej trupy troje człowieczych istot, ale niekoniecznie tych, które mam teraz. Rozumiesz, co się do ciebie mówi?
— Rozumiem — odpowiedział Valentine po raz któryś z rzędu.
— No to możesz odejść!
Kiedy znaleźli się poza zasięgiem wzroku i słuchu Skandara, Carabella odezwała się nieśmiało:
— Czy to było dla ciebie strasznie nieprzyjemne?
— To musiało być strasznie nieprzyjemne dla Zalzana Kavola.
— On jest tylko owłosionym zwierzęciem!
— Nie — glos Valentine'a brzmiał poważnie. — On jest istotą rozumną, tak samo jak my. Skandar tylko wygląda jak zwierzę. Kiedy obcujesz z istotami wrażliwymi na punkcie honoru i dumy, najmądrzej jest dostosować się do ich wymagań, zwłaszcza jeśli mają dwa i pół metra wzrostu i zapewniają ci zarobek łącznie z utrzymaniem. Z tego punktu widzenia bardziej ja potrzebuję Zalzana Kavola niż on mnie.
— A pielgrzymka? — spytała Carabella. — Naprawdę zamierzasz ją odbyć? Kiedy się zdecydowałeś?
— W Dulornie. Po rozmowie z Deliamberem. Mam pewne wątpliwości co do siebie, które powinienem wyjaśnić. Może mi w tym pomóc jedynie Pani Wyspy. Dlatego pójdę do niej, a przynajmniej będę usiłował tam dotrzeć. Ale to wszystko jest jeszcze daleką przyszłością, a dopiero co przysięgałem Zalzanowi Kavolowi nie myśleć o tych sprawach. — Ujął dłoń dziewczyny. — Dziękuję ci za załagodzenie sporu między mną a Skandarem. Zupełnie nie byłem przygotowany na odejście z trupy ani na stracenie ciebie zaraz po tym, jak cię odnalazłem.
— Dlaczego sądzisz, że straciłbyś mnie, gdybyś odszedł od Skandara? Odeszłabym z tobą.
— Za to też ci dziękuję, Carabello. Teraz powinienem zejść do lasku drzew kapuścianych i kazać Shanamirowi zwrócić wierzchowce, które dla nas ukradł.
Rozdział 4
W miarę upływu dni krajobraz za oknami wozu stawał się coraz bardziej obcy i Valentine dziękował losowi za to, że nie wyruszył w podróż we dwójkę z Shanamirem.
Tereny leżące między Dulornem a następnym większym miastem, Mazadone, były stosunkowo słabo zaludnione. Znaczną część ziemi, zgodnie z zapowiedzią Deliambera, pokrywały królewskie rezerwaty leśne, reszta mokła w wodzie pod uprawami ryżu i lusavendery. Zalzan Karol był bardzo zmartwiony, ponieważ w takiej okolicy nie było żadnych szans na pracę dla żonglerów. Rozkazał więc jechać jak najszybciej, nie zbaczając nigdzie z drogi. Podróżni, przygnębieni bezczynnością i dżdżystą pogodą, obojętnym wzrokiem omiatali mijane małe miasteczka i wsie; nie rozbawiły ich nawet pola śmiesznych drzew kapuścianych o grubych przysadzistych pniach i wyrastających wprost z tych pni baniastych białych owocach. W miarę jak zbliżali się do mazadońskiego kompleksu rezerwatów, drzewa kapuściane zaczęły ustępować miejsca gęstym zaroślom żółtolistnych szklistych paproci, które, gdy ktoś się do nich zbliżył, śpiewały “bing tling bliiip" — wysokim i przenikliwym tonem, przypominającym zgrzytanie metalu po szkle. To jeszcze nie byłoby takie złe, w końcu można doszukać się melodii i w niemelodyjnej pieśni paproci, pomyślał Valentine, ale paprociowy gąszcz zamieszkiwały małe stworzenia daleko bardziej kłopotliwe niż rośliny: skrzydlate gryzonie, znane pod nazwą dhiimów, które wzbijały się w powietrze trzepotliwą chmurą, ilekroć wóz poruszył choćby jednym śpiewającym liściem. Dhiimy roiły się tu i tam, kąsając po drodze wszystko, co się dało. Siedzący na koźle Skandarzy, chronieni grubym futrem, lekceważąco przeganiali je rękami, ale konie, zwykle tak spokojne, teraz wystawione na ataki wściekłych owadów, odskakiwały nerwowo to na jedną, to na drugą stronę drogi. Shanamir, wysłany na zewnątrz, aby je uspokoić, sam zarobił kilka ukąszeń, nim zdążył wrócić do wozu. A gdy tylko uchylił drzwi, do środka wpadły dziesiątki dhiimów, które rozszalały się na dobre i podróżni musieli stoczyć z nimi prawdziwą walkę, trwającą ponad pół godziny, zanim padł ostatni napastnik. Większość dhiimów zginęła z rąk Carabelli, która przebijała je ostrzem sztyletu, przed śmiercią zdążyły jednak niemiłosiernie pokąsać Valentine'a i boleśnie użądlić Sleeta niemal w samo oko.