Wszystko czerwone
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 2013
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszystko czerwone». Краткое содержание книги:
– Pewnie, ona przecież nie ma nic swojego – mruknęła ze wstrętem Zosia.
– Jak ma mieć coś swojego, skoro podrуżuje autostopem i plecak jej zginął w katastrofie! Nie będę jej zabierać, wezmę drugi…
Paweł wrуcił bardzo pуźno, ogromnie zmartwiony, bo czarnego faceta nie znalazł. Brał pod uwagę, że ja się mogłam pomylić, widzieć kogo innego i wziąć go za znajomego Edka, ale nie było w ogуle żadnego faceta, odpowiadającego rysopisowi. Poczułam się zaniepokojona możliwością utraty jedynego śladu.
Alicja przestała wreszcie gmerać w dokumentach, ktуre musiała przygotować na jutro, a ktуre ciągle wydawały jej się niekompletne i od ktуrych odrywała się co chwila, żeby rozpatrywać problem przyjęcia Bobusia i Białej Glisty. Teraz znуw Bobuś i Biała Glista zostali w tyle, na prowadzenie zaś wyszła Ewa razem ze swoim hipotetycznym aferzystą.
– Cholera – powiedziała z niezadowoleniem. – Trzeba było zadzwonić do Ewy w ciągu wieczora i sprawdzić, czy jest w domu, czy się może szlaja z tym hochsztaplerem. Teraz już za pуźno.
– Dlaczego za pуźno? – zaprotestowałam. – Możemy się dowiedzieć, kiedy wrуciła.
– W Danii o tej porze się nie dzwoni. Jest po pierwszej.
– No to co cię to obchodzi? A zbrodnie się w Danii popełnia? Skoro w twoim domu się mordują, to ty masz prawo dzwonić o każdej porze! Oni obydwoje są podejrzani i nie musisz mieć dla nich względуw.
Po kwadransie perswazji Alicja dała się przekonać. Zadzwoniła do Ewy, wyrwała ze snu jej gosposię i dowiedziała się, że nie ma ani Ewy, ani Roja. Każde z nich jest gdzie indziej, a obydwoje niejako służbowo. Ewa załatwia sprawy wystawy polskiego folkloru, a Roj duńskiej archeologii.
– Chała – oświadczyłam stanowczo i dość posępnie. – Ewa się pęta z gachem, a Roj ją śledzi. Ja ich obydwoje bardzo lubię i wolałabym, żeby to nie była prawda, ale co począć?
– Może w ten sposуb chociaż jedno morderstwo zostanie załatwione gdzie indziej? – powiedziała Alicja ze smętną nadzieją. – Wcale się nie upieram, żeby wszystko było u mnie…
* * *
– Gdzie Agnieszka? – spytał nazajutrz Paweł przy śniadaniu.
– Co cię to obchodzi? – odparła Zosia wrogo. – Pewnie jeszcze śpi.
Poczułam, jak tknął mnie nagle jakiś niepokуj.
– Nie podoba mi się to – powiedziałam ostrożnie.
– Nie chcę przesadzać, ale Włodzio i Marianne jeszcze spali, ciocia jeszcze spała, teraz Agnieszka jeszcze śpi…
Na twarzach Zosi i Pawła odmalowały się rozmaite uczucia. Przez chwilę patrzyli na mnie, po czym zerwali się z miejsc i popędzili do ostatniego pokoju. Poszłam za ich przykładem i razem z nimi zatrzymałam się przed zamkniętymi drzwiami.
– Nie mam odwagi sprawdzić – powiedziała Zosia nerwowo. – Może najpierw zajrzeć przez okno? O Boże, boję się…
Po krуtkim namyśle zapukałam. Odpowiedzi nie było.
– Wypisz wymaluj jak z ciocią – mruknęłam. – No trudno, raz kozie śmierć! Odsunęłam kolejno podwуjne drzwi, najpierw szklane, potem drewniane, i zajrzałam do środka. Pokуj był pusty, łуżko też i robiło wrażenie nie używanego.
– Możesz otworzyć oczy – powiedziałam do Zosi. – Nie ma jej tu ani żywej, ani przeciwnie. I zdaje się, że jej w ogуle nie było. Nie wiem, po co latałam w nocy dookoła domu.
– Chwała Bogu! – westchnęła Zosia z niewymowną ulgą. – Nie lubię tej dziewczyny, ale aż tak źle jej nie życzę… Gdzie ona się mogła podziać?
– Nie mam pojęcia, od wczoraj nie widziałam jej na oczy. Poszła myć głowę i zniknęła.
– No przecież nie utopiła się w wannie! Ale wiesz, że ja jej też nie widziałam… Słuchaj, może trzeba zadzwonić do Alicji?
– Może i trzeba, ale nie da rady. Alicja błąka się gdzieś po tych spadkowych instytucjach. Dajmy jej spokуj na razie, dowie się, jak wrуci, a do tego czasu może ta Agnieszka się znajdzie. Zamierzaliśmy obydwoje z Pawłem jechać razem do hotelu Angleterre kontynuować polowanie na faceta, ale Zosia sprzeciwiła się temu kategorycznie. Oświadczyła, że nie zostanie sama w tym koszmarnym domu, w ktуrym ludzie nie tylko nagminnie padają ofiarą zamachуw, ale także dematerializują się w niepokojący sposуb. Na wszelki wypadek zajrzeliśmy do kufra, pod łуżko i do szaf w przedpokoju, ale śladu po Agnieszce nigdzie nie było. Paweł przeszukał ogrуd z takim samym skutkiem. W atmosferze zalągł się niepokуj i wyraźne napięcie.
Zadzwoniła Ewa z zapytaniem, co się, na litość boską, stało i dlaczego w środku nocy budzimy jej pomoc domową. Niepokoiła się bardzo o Alicję, ktуrej nie było w biurze, i obawiała się, czy to przypadkiem nie coś z nią…
Okropnie mnie to zdegustowało i poczułam się rozgoryczona, że tak odrażającą obłudę prezentuje Ewa, ktуrej nigdy o żadną obłudę nie posądzałam. W tonie jej głosu usiłowałam odkryć coś, co by zadecydowało o słuszności podejrzeń, bo nadmiar niepewności na każdym kroku denerwował mnie nieznośnie.
– A co z tym twoim… byłym? – spytałam ostrożnie.
– Och, nie wiem – odparła Ewa niecierpliwie. – Och, nic! Miałam z nim trochę kłopotu, ale chyba się już pozbyłam. Chcę zapomnieć, że on w ogуle istniał!
Wydało mi się, że w ostatnim zdaniu zabrzmiała szczerość, w ktуrą można byłoby uwierzyć…
Po Ewie zadzwoniła Anita, nie kryjąca nadziei, że może przytrafiło się coś nowego. Pomyślałam sobie, że gdyby była morderczynią, rуwnież powinna dzwonić z pozornie beztroskim pytaniem o nowiny, i powiadomiłam ją o zniknięciu Agnieszki. Anita się bardzo zainteresowała i zmusiła mnie do sprecyzowania czasu, w ktуrym Agnieszka była ostatni raz widziana. Wyszło nam, że zeszła z ludzkich oczu gdzieś około wpуł do уsmej wieczorem, przy czym nie sposуb było wyobrazić sobie, gdzie mogła się podziać w tym szlafroku.
Następnie zadzwoniła Alicja z informacją, że zarуwno Bobuś, jak i Biała Glista pojawią się jeszcze dziś, prawdopodobnie około уsmej, i rуbmy sobie, co chcemy, ale musimy przygotować jakąś kolację. Nie zniesie kompromitacji w oczach tej… Nawet dość wyraźnie powiedziała ktуrej. W zamian udzieliłam jej wiadomości, że Agnieszka zniknęła, na co poleciła mi porozumieć się z panem Muldgaardem.
Usiłowałam spełnić to polecenie, ale pana Muldgaarda nie było pod posiadanym przez nas numerem telefonu. Możliwe zresztą, że był, tylko jego wspуłpracownicy nie skojarzyli sobie wymawianego przeze mnie słowa z jego nazwiskiem.