Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 156
Перейти на страницу:

– Nareszcie! – Córka lichwiarza zaśmiała się, a jej głos był jak śnieżne lodowe dzwoneczki. – Chcę to zobaczyć, mistrzu. Jak obiecaliście.

Tamci zatrzymali konie i zeskoczyli z siodeł. Daleko w górze drogi, ładny szmat od wozu.

Różnik spostrzegł jeszcze, że mają w rękach dziwaczne małe łuki. Dowódca wysunął się przed resztę, przypiął łuk hakiem do pasa i krzywiąc się z wysiłku, naciągnął, wsadziwszy stopę w strzemię u łęczyska. Grasant na chwilę zapomniał o strachu. Gapił się tak, że aż mu wytrzeszczone oczy zaszły łzami. W życiu czegoś podobnego nie oglądał.

– Aby dobrze mierzcie! – wykrzyknęła dziewczyna i uniosła ramię. – Żebym zobaczyła, czyście nie zmarnowali mojego srebra.

Pierwsza strzała ugodziła Różnika w ramię. Biczysko wypadło mu z ręki i potoczyło się w śnieg, pomiędzy końskie kopyta. Szyp był dziwny. Krótki i toporny.

– Wspaniale! – Usłyszał, jak Złociszka klasnęła w dłonie. – Po prostu wspaniale!

Kolejna strzała wbiła się Różnikowi w bok. Trzecia prosto w płuco. Krzyknął, ale krew puściła mu się z ust, zniekształcając słowa.

Następnej strzały nie poczuł. Nie zobaczył też, jak dziewczyna zeskakuje z konia i biegnie do niego po śniegu drobnymi, roztańczonymi krokami.

* * *

Przeniewierstwo Różnika nie zaskoczyło Twardokęska nadmiernie. Przeciwnie, zdumiony był, że tylko jeden z kamratów zdradził i czmychnął gdzie pieprz rośnie. Dlatego z początku bacznie przypatrywał się reszcie zbójeckiej kompanii. Ale wędrówka przez wiergowską okolicę przeszła spokojnie i bez przeszkód. Wprawdzie pora nie sprzyjała podróżom i na trakcie z rzadka spotykali innych wędrowców, ale po pierwszych śnieżycach zima zelżała. Śnieg stopniał bez śladu. Mróz powrócił, lecz lekki, i nastały dni dziwnie słoneczne i bezwietrzne, aż się zbójca dziwował tej osobliwej przychylności pogody.

Przez całe pogranicze jechało im się przyjemnie. Kiedy jednak minęli Staroźrebiec i na dobre zagłębili się w Żalniki, fortuna odwróciła się tak gwałtownie, jakby bogowie sprzysięgli się precz ich odepchnąć. Osie w ciężkich wozach pękały jedna po drugiej na wykrotach. Konie bez opamiętania gubiły podkowy i kulawiły się na kamieniach. Głęboko w puszczy zawierucha schwyciła konwój i wicher duł bez przerwy przez trzy dni, a tak potężny, że potężne sosny trzaskały niby patyczki i padały w poprzek traktu. Szczęściem nie zgruchotały żadnego z zaprzęgów, ale trzeba było ciąć pnie na części i końmi odciągać na boki, w las. W końcu, wylęknieni i utrudzeni ponad miarę, dokolebali się do brodu na rzece, ale podczas przeprawy dwóch ostatnich wozów liny się poczęły rwać na promie. Tylko dzięki przytomności Pleskoty, który razem z krewniakami wskoczył do lodowatej wody i zagnał do pomocy wiergowskich pachołków, udało się ocalić konie i część ładunku.

Skoro wreszcie skryli się w krętych wąwozach Wilczych Jarów, Twardokęsek był zły niezmiernie i rozgoryczony. Zamierzał doprowadzić do obozowiska rebeliantów wielki konwój, pełen wszelakiego dobra, aby tym dokładniej zmydlić oczy żalnickiemu księciu. Jednak w miarę jak przybliżali się do Półwyspu Lipnickiego, jego towarzysze zmieniali się w gromadę umordowanych, zgryźliwych staruchów. Nie tylko otwarcie zaczynali powątpiewać w możliwość złupienia rdestnickiego skarbczyka, ale też pokpiwali z samego Twardokęska. Jemu zaś coraz ciężej było na duszy, gdyż z każdym przemierzonym stajaniem narastało w nim przeświadczenie, że coś jest nie tak. Zupełnie nie tak, jak należy.

Tylko nie wiedział, co.

Nie śmiał się podzielić tym podejrzeniem z kamratami, rozumiejąc, że wykpią go bez żadnego miłosierdzia. Powoził więc pierwszym zaprzęgiem, nastroszony jak puchacz i tak zły, że nawet Nieradzic bał się do niego odezwać nieopatrznym słowem. Na każdy dźwięk w ośnieżonym, pustym lesie podskakiwał na koźle i macał rękojeść kopiennickiego mieczyska, a pod wieczór w długich cieniach jałowców widział ścigających go Pomorców. Żadnych napomnień nie chciał słuchać. Nie pomogło wcale, kiedy Cherchel z całą zgryźliwością rzekł mu prosto w twarz, że zbójca od wieku zniedołężniał i zestrachał się ponad miarę. Twardokęsek po staremu w każdym krzaku upatrywał zasadzki i mimo dąsów kamratów kazał Pleskocie prowadzić konwój przez szczerą puszczę, jak najdalej od wiosek i ludnych traktów.

Od lipnickiego trzęsawiska dzieliły ich nie więcej jak dwa – trzy dni drogi, kiedy śnieg rozpadał się na nowo. Zrazu zbójca kazał żywiej pogonić konie i cały dzień ciągnęli w gęstniejącej zamieci. Pod wieczór jednak nawet Pleskota, który zazwyczaj nie przyłączał się do dąsów zbójeckich kamratów i ze skrupulatnością wieloletniego sługi wypełniał rozkazy, zaniepokoił się trochę. Zeskoczył ze swojego wozu i brnąc po kolana w świeżym, sypkim śniegu, przybieżał do zbójcy.

– Trza będzie przystanąć – rzekł, przytrzymując się wysokiej krawędzi furgonu – i noc w cieple przeczekać. Konie ustałe, a ludzie ze zmęczenia i mrozu skapcanieli do cna. Miejcie boga w sercu, mości Twardokęsku, i pofolgujcie nam trochę. Nie wiedzieć w tej zawiei, jakie nam licho drogę zastąpi, a szlak we ćmie łatwo zgubić.

Zbójca jeszcze dobrą chwilę jechał w milczeniu, wąsa żując ze złości. Obok niego Nieradzic, okutany szczelnie derką i kożuchem, przymrużonymi oczami wgapiał się w szarzejące w zawiei pnie drzew. Z końskich pysków buchały kłęby pary.

– Gdzie stanąć chcecie? – burknął wreszcie zbójca lecz bez złości, gdyż nauczył się szanować sługę Nieradzica i cenił jego zdanie. – Jest tu jaka polana od wiatrów osłonięta?

– Nocą mróz srogi przyjdzie – Pleskota głębiej nasunął kaptur i otarł krzaczaste brwi ze śniegu – a sypać nie przestanie. Zdałoby się między ludźmi przytulić, przeczekać, póki zawieja nie minie. Jest niedaleczko karczma wedle rozstajów poczciwa, gospodarz zacny, z dawien dawna na niej siedzi i rebeliantom sprzyja. Z drogi wiele nie zboczym. We dwa pacierze na miejscu staniem, zwierzętom i ludziom przyda się wytchnienie. Tedy jak będzie, mości Twardokęsku?

Twardokęsek przygryzł wargę i bez słowa kolebał się na koźle.

– Nie – rzucił po namyśle. – Nazbyt to niebezpieczne.

Nieradzic jęknął słabo. Pleskota jeszcze głębiej zapadł się w śnieg.

– Widzicie – podjął zbójca który chciał się trochę przed nimi oboma usprawiedliwić – mnie od niedzieli skóra na grzbiecie świerzbi, co jest znak niezawodny, że nieszczęście będzie. A jakbym sam na siebie zasadzkę chciał przyszykować, to właśnie tutaj, pod samym bokiem Koźlarza. Dlatego nie chcę ludziom przed oczy leźć i do gospody zaglądać. Nazbyt łatwo szpieg się w niej może plugawy trafić, co nam Pomorców na kark ściągnie i u kresu drogi nas wygubi.

– Może i racja – zgodził się posępnie Pleskota. – Ale powiem wam, mości zbójco, że szpiegom się wymknąć można, a mróz ze wszystkich wrogów najgorszy.

– Co radzicie?

Szlachetka zasępił się i czas jakiś rozmyślał, idąc u woza w coraz głębszych zaspach, las bowiem przerzedził się mocno i wiatr nawiał na drogę śniegu.

– Jest w lesie gospodarstwo – odezwał się w końcu – wedle ruczaju. Mało kto o nim pamięta, bo młyn tam stał kiedyś, ale go z tuzin lat temu podpalili, nie pomnę, Pomorcy czy nasi. Chłop jeden się ostał, co na wyrębach owies sieje i miód leśnym rojom podbiera. Wygód u niego nie będzie, ale da konie do zagrody wprowadzić, a my się w izbie ogrzejem, przy ogniu.

Nieradzic wystawił głowę spod baranicy i popatrzał na zbójcę z nadzieją. Policzki miał czerwone od mrozu.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)