Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Nareszcie! – Córka lichwiarza zaśmiała się, a jej głos był jak śnieżne lodowe dzwoneczki. – Chcę to zobaczyć, mistrzu. Jak obiecaliście.
Tamci zatrzymali konie i zeskoczyli z siodeł. Daleko w górze drogi, ładny szmat od wozu.
Różnik spostrzegł jeszcze, że mają w rękach dziwaczne małe łuki. Dowódca wysunął się przed resztę, przypiął łuk hakiem do pasa i krzywiąc się z wysiłku, naciągnął, wsadziwszy stopę w strzemię u łęczyska. Grasant na chwilę zapomniał o strachu. Gapił się tak, że aż mu wytrzeszczone oczy zaszły łzami. W życiu czegoś podobnego nie oglądał.
– Aby dobrze mierzcie! – wykrzyknęła dziewczyna i uniosła ramię. – Żebym zobaczyła, czyście nie zmarnowali mojego srebra.
Pierwsza strzała ugodziła Różnika w ramię. Biczysko wypadło mu z ręki i potoczyło się w śnieg, pomiędzy końskie kopyta. Szyp był dziwny. Krótki i toporny.
– Wspaniale! – Usłyszał, jak Złociszka klasnęła w dłonie. – Po prostu wspaniale!
Kolejna strzała wbiła się Różnikowi w bok. Trzecia prosto w płuco. Krzyknął, ale krew puściła mu się z ust, zniekształcając słowa.
Następnej strzały nie poczuł. Nie zobaczył też, jak dziewczyna zeskakuje z konia i biegnie do niego po śniegu drobnymi, roztańczonymi krokami.
Przeniewierstwo Różnika nie zaskoczyło Twardokęska nadmiernie. Przeciwnie, zdumiony był, że tylko jeden z kamratów zdradził i czmychnął gdzie pieprz rośnie. Dlatego z początku bacznie przypatrywał się reszcie zbójeckiej kompanii. Ale wędrówka przez wiergowską okolicę przeszła spokojnie i bez przeszkód. Wprawdzie pora nie sprzyjała podróżom i na trakcie z rzadka spotykali innych wędrowców, ale po pierwszych śnieżycach zima zelżała. Śnieg stopniał bez śladu. Mróz powrócił, lecz lekki, i nastały dni dziwnie słoneczne i bezwietrzne, aż się zbójca dziwował tej osobliwej przychylności pogody.
Przez całe pogranicze jechało im się przyjemnie. Kiedy jednak minęli Staroźrebiec i na dobre zagłębili się w Żalniki, fortuna odwróciła się tak gwałtownie, jakby bogowie sprzysięgli się precz ich odepchnąć. Osie w ciężkich wozach pękały jedna po drugiej na wykrotach. Konie bez opamiętania gubiły podkowy i kulawiły się na kamieniach. Głęboko w puszczy zawierucha schwyciła konwój i wicher duł bez przerwy przez trzy dni, a tak potężny, że potężne sosny trzaskały niby patyczki i padały w poprzek traktu. Szczęściem nie zgruchotały żadnego z zaprzęgów, ale trzeba było ciąć pnie na części i końmi odciągać na boki, w las. W końcu, wylęknieni i utrudzeni ponad miarę, dokolebali się do brodu na rzece, ale podczas przeprawy dwóch ostatnich wozów liny się poczęły rwać na promie. Tylko dzięki przytomności Pleskoty, który razem z krewniakami wskoczył do lodowatej wody i zagnał do pomocy wiergowskich pachołków, udało się ocalić konie i część ładunku.
Skoro wreszcie skryli się w krętych wąwozach Wilczych Jarów, Twardokęsek był zły niezmiernie i rozgoryczony. Zamierzał doprowadzić do obozowiska rebeliantów wielki konwój, pełen wszelakiego dobra, aby tym dokładniej zmydlić oczy żalnickiemu księciu. Jednak w miarę jak przybliżali się do Półwyspu Lipnickiego, jego towarzysze zmieniali się w gromadę umordowanych, zgryźliwych staruchów. Nie tylko otwarcie zaczynali powątpiewać w możliwość złupienia rdestnickiego skarbczyka, ale też pokpiwali z samego Twardokęska. Jemu zaś coraz ciężej było na duszy, gdyż z każdym przemierzonym stajaniem narastało w nim przeświadczenie, że coś jest nie tak. Zupełnie nie tak, jak należy.
Tylko nie wiedział, co.
Nie śmiał się podzielić tym podejrzeniem z kamratami, rozumiejąc, że wykpią go bez żadnego miłosierdzia. Powoził więc pierwszym zaprzęgiem, nastroszony jak puchacz i tak zły, że nawet Nieradzic bał się do niego odezwać nieopatrznym słowem. Na każdy dźwięk w ośnieżonym, pustym lesie podskakiwał na koźle i macał rękojeść kopiennickiego mieczyska, a pod wieczór w długich cieniach jałowców widział ścigających go Pomorców. Żadnych napomnień nie chciał słuchać. Nie pomogło wcale, kiedy Cherchel z całą zgryźliwością rzekł mu prosto w twarz, że zbójca od wieku zniedołężniał i zestrachał się ponad miarę. Twardokęsek po staremu w każdym krzaku upatrywał zasadzki i mimo dąsów kamratów kazał Pleskocie prowadzić konwój przez szczerą puszczę, jak najdalej od wiosek i ludnych traktów.
Od lipnickiego trzęsawiska dzieliły ich nie więcej jak dwa – trzy dni drogi, kiedy śnieg rozpadał się na nowo. Zrazu zbójca kazał żywiej pogonić konie i cały dzień ciągnęli w gęstniejącej zamieci. Pod wieczór jednak nawet Pleskota, który zazwyczaj nie przyłączał się do dąsów zbójeckich kamratów i ze skrupulatnością wieloletniego sługi wypełniał rozkazy, zaniepokoił się trochę. Zeskoczył ze swojego wozu i brnąc po kolana w świeżym, sypkim śniegu, przybieżał do zbójcy.
– Trza będzie przystanąć – rzekł, przytrzymując się wysokiej krawędzi furgonu – i noc w cieple przeczekać. Konie ustałe, a ludzie ze zmęczenia i mrozu skapcanieli do cna. Miejcie boga w sercu, mości Twardokęsku, i pofolgujcie nam trochę. Nie wiedzieć w tej zawiei, jakie nam licho drogę zastąpi, a szlak we ćmie łatwo zgubić.
Zbójca jeszcze dobrą chwilę jechał w milczeniu, wąsa żując ze złości. Obok niego Nieradzic, okutany szczelnie derką i kożuchem, przymrużonymi oczami wgapiał się w szarzejące w zawiei pnie drzew. Z końskich pysków buchały kłęby pary.
– Gdzie stanąć chcecie? – burknął wreszcie zbójca lecz bez złości, gdyż nauczył się szanować sługę Nieradzica i cenił jego zdanie. – Jest tu jaka polana od wiatrów osłonięta?
– Nocą mróz srogi przyjdzie – Pleskota głębiej nasunął kaptur i otarł krzaczaste brwi ze śniegu – a sypać nie przestanie. Zdałoby się między ludźmi przytulić, przeczekać, póki zawieja nie minie. Jest niedaleczko karczma wedle rozstajów poczciwa, gospodarz zacny, z dawien dawna na niej siedzi i rebeliantom sprzyja. Z drogi wiele nie zboczym. We dwa pacierze na miejscu staniem, zwierzętom i ludziom przyda się wytchnienie. Tedy jak będzie, mości Twardokęsku?
Twardokęsek przygryzł wargę i bez słowa kolebał się na koźle.
– Nie – rzucił po namyśle. – Nazbyt to niebezpieczne.
Nieradzic jęknął słabo. Pleskota jeszcze głębiej zapadł się w śnieg.
– Widzicie – podjął zbójca który chciał się trochę przed nimi oboma usprawiedliwić – mnie od niedzieli skóra na grzbiecie świerzbi, co jest znak niezawodny, że nieszczęście będzie. A jakbym sam na siebie zasadzkę chciał przyszykować, to właśnie tutaj, pod samym bokiem Koźlarza. Dlatego nie chcę ludziom przed oczy leźć i do gospody zaglądać. Nazbyt łatwo szpieg się w niej może plugawy trafić, co nam Pomorców na kark ściągnie i u kresu drogi nas wygubi.
– Może i racja – zgodził się posępnie Pleskota. – Ale powiem wam, mości zbójco, że szpiegom się wymknąć można, a mróz ze wszystkich wrogów najgorszy.
– Co radzicie?
Szlachetka zasępił się i czas jakiś rozmyślał, idąc u woza w coraz głębszych zaspach, las bowiem przerzedził się mocno i wiatr nawiał na drogę śniegu.
– Jest w lesie gospodarstwo – odezwał się w końcu – wedle ruczaju. Mało kto o nim pamięta, bo młyn tam stał kiedyś, ale go z tuzin lat temu podpalili, nie pomnę, Pomorcy czy nasi. Chłop jeden się ostał, co na wyrębach owies sieje i miód leśnym rojom podbiera. Wygód u niego nie będzie, ale da konie do zagrody wprowadzić, a my się w izbie ogrzejem, przy ogniu.
Nieradzic wystawił głowę spod baranicy i popatrzał na zbójcę z nadzieją. Policzki miał czerwone od mrozu.