Pozdrowienia z Rosji
- Автор: Флеминг Ян Ланкастер
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Pozdrowienia z Rosji». Краткое содержание книги:
Kerim wyciągnął ogromną łapę. Vavra uchwycił ją, przytrzymał i spojrzał Kerimowi w oczy. Przez chwilę zdawało się, że jego własne dzikie oczy mętnieją. Potem puścił dłoń i zwrócił się w stronę Bonda. Miał suchą, szorstką rękę, która za sprawą wielkich opuszków przypominała łapę dużego zwierzęcia. I znów jego oczy zmętniały. Puścił dłoń Bonda, szybko i z naciskiem powiedział coś do Kerima, odwrócił się plecami i pomaszerował w kierunku drzew.
Nikt nie oderwał się od roboty, kiedy Kerim i Bond przełazili przez wyłom w murze. Połyskując w świetle księżyca, Rolls stał po przeciwległej stronie drogi kilka jardów poniżej wejścia do kafejki. Obok szofera siedział jakiś młody człowiek. Kerim ukazał go gestem.
– To mój dziesiąty syn. Nazywa się Boris. Przypuszczałem, że może będzie potrzebny. I będzie.
Młodzieniec odwrócił głowę i powiedział:
– Dobry wieczór sir.
Bond rozpoznał w nim jednego z kancelistów, których widział w składzie. Był tak samo smagły i szczupły jak starszy kancelista, i również miał niebieskie oczy.
Auto ruszyło w dół wzniesienia. Kerim powiedział po angielsku do szofera:
– Od Hippodromu odchodzi taka mała uliczka. Kiedy w nią wjedziemy, musimy posuwać się cicho. Powiem, kiedy masz stanąć. Macie mundury i sprzęt?
– Tak jest, Kerim Beju.
– W porządku. Jedź szybko. Czas, żebyśmy już wszyscy byli w łóżku.
Kerim rozsiadł się wygodnie. Wyjął papierosy, Siedzieli i palili, a spoglądający na monotonne ulice Bond pomyślał, że marne oświetlenie miasta jest najpewniejszym dowodem jego biedy.
Kerim odezwał się dopiero po dłuższym czasie.
– Cygan powiada, że nad nami oboma unoszą się skrzydła śmierci. Mówi, żebym się strzegł syna śniegów, a ty człowieka, którym zawładnął księżyc. – Roześmiał się gardłowo. – Takimi zagadkami gadają już ci ludzie. Ale twierdzi, że Krilienko nie jest żadnym z nich. No i dobrze.
– Dlaczego?
– Bo nie zasnę, dopóki go nie zabiję. Nie wiem czy to, co się dziś stało, ma jakiś związek z tobą i twoim zadaniem. Nic mnie to zresztą nie obchodzi. Z jakiegoś powodu wypowiedziano mi wojnę. Jeśli ja nie zabiję Krilienki, on przy trzecim podejściu na pewno zabije mnie. Jedziemy więc teraz, aby złożyć mu wizytę w domowych pieleszach.
ROZDZIAŁ 19
Samochód gnał przez opustoszałe ulice, obok skąpanych w mroku meczetów, których olśniewające minarety wystrzelały ku księżycowi w trzeciej kwadrze, pod zrujnowanym Akweduktem, w poprzek Bulwaru Atatiirka, nieco na północ od zakratowanych wejść Wielkiego Bazaru. Przy Kolumnie Konstantyn skręcił w prawo i po przebyciu cuchnącego śmieciem labiryntu złośliwie krętych uliczek wypadł wreszcie na wydłużony ozdobny plac, gdzie trzy kamienne kolumny godziły w wygwieżdżone niebo jak bateria rakiet kosmicznych.
– Wolniej – powiedział cicho Kerim. Sunęli wokół placu skryci w cieniu drzew cytrynowych. W perspektywie ulicy biegnącej ku wschodowi rozbłysło żółte porozumiewawcze mrugnięcie latarni morskiej poniżej Pałacu Letniego.
– Stop.
Samochód stanął w cieniu drzew. Kerim sięgnął do klamki.
– Powinniśmy zaraz wrócić, James. Siądź z przodu, na miejscu szofera, a jeśli podejdzie do ciebie policjant, powiedz tylko: Ben Bey Kerim 'in ortagiyim. Zapamiętasz? To znaczy „Jestem wspólnikiem Kerima Beja". Zostawi cię w spokoju.
Bond prychnął.
– Serdeczne dzięki. Ale zapewne zaskoczy cię wiadomość, że idę z wami. Beze mnie bankowo wpakujesz się w kłopoty. Poza tym, niech mnie piorun trzaśnie, jeśli zamierzam tu siedzieć, usiłując wykołować policjantów. Najgorszy numer z wyuczeniem na pamięć jednego zdania polega na tym, że wydaje się, jakbyś dobrze znał język. Policjant strzeli do mnie salwą turecczyzny, a kiedy nie będę umiał odpowiedzieć, poczuje smród. Nie spieraj się, Darko.
– Cóż, tylko nie miej mi za złe, jeśli nie będziesz tym zachwycony. – W głosie Kerima brzmiało zakłopotanie. – Tu się szykuje zwykłe zabójstwo z zimną krwią. W moim kraju nie wywołuje się wilka z lasu, kiedy jednak wyłazi sam i zaczyna kąsać, dostaje kulę. Nikt mu nie proponuje uczciwej walki. W porządku?
– Jak sobie życzysz – odparł Bond. – A na wypadek gdybyś chybił, mam jeszcze jedną kulę.
– No to chodź – powiedział niechętnie Kerim. – Czeka nas niezła przechadzka. Tamci dwaj pójdą inną drogą.
Kerim wziął od szofera długą laskę i skórzany futerał. Zarzucił je na ramię i ruszyli ulicą ku żółtemu migotaniu latarni morskiej. Ich kroki głuchym echem odbijały się od zabezpieczonych żelaznymi okiennicami witryn sklepowych. W polu widzenia nie było żywej duszy, nawet kota, i Bond poczuł zadowolenie, że nie jest samotny w tej wędrówce długą ulicą ku odległemu, złowrogiemu oku.
Od pierwszej chwili Istambuł wywarł na nim wrażenie miasta, gdzie z zapadnięciem nocy z kamieni wypełza groza. Miasta tak przez stulecia skąpanego we krwi i przemocy, że po zgaśnięciu dnia zaludniają je tylko duchy. Nie był pierwszym podróżnym, któremu podpowiadał instynkt, że powinien być rad, jeśli tylko opuści Istambuł z życiem. Dotarli do wąskiej cuchnącej alejki, która po ich prawej stromo schodziła w dół. Kerim skręcił w nią, ostrożnie stąpając po brukowanej nawierzchni.
– Uważaj na nogi – powiedział cicho. – Odpadki to zbyt salonowe słowo na określenie tego, co moi czarujący rodacy wyrzucają na ulicę.
Księżyc białawo oświetlał wilgotną rzekę kocich łbów. Bond zamknął usta i oddychał przez nos. Szedł tak, jakby pokonywał zaśnieżony stok: na ugiętych nogach, stawiając stopy całą powierzchnią i w jednej linii. Rozmyślał o swym łóżku w hotelu i wygodnych siedziskach auta zaparkowanego pod cytrynowcami o słodkim zapachu, a także o tym, ile jeszcze rodzajów najokropniejszego smrodu pozna podczas swej obecnej misji.
Zatrzymali się na samym dole alei. Kerim odwrócił się do Bonda z szerokim białym uśmiechem. Pokazał w górę, gdzie piętrzył się ogromny mroczny masyw.
– Meczet Sułtana Ahmeta. Słynne freski bizantyńskie. Szkoda, że nie mam więcej czasu, aby pokazać ci inne cuda mojej ojczyzny.
Nie czekając na odpowiedź Bonda skręcił w prawo i pospieszył oflankowanym marnymi sklepiczynami, zakurzonym bulwarem, który schodził ku odległemu migotaniu morza Marmara. Przez dziesięć minut maszerowali w milczeniu. Potem Kerim zwolnił, skrył się pod osłoną mroku i przywołał Bonda.
– To będzie prosta operacja – powiedział cicho. – Krilenko mieszka tam, za torami kolejowymi. – Pokazał z grubsza skupisko czerwonych i zielonych świateł przy końcu bulwaru. – Ma metę w szopie za tablicą reklamową. Szopa ma normalne drzwi wejściowe, ale również klapę w tablicy. Sądzi, że nikt o tym nie wie. Moi ludzie podejdą od frontu, Krilienko wyślizgnie się przez właz i wtedy go zastrzelę. Zgadza się?
– Jeśli tak mówisz.
Podjęli wędrówkę bulwarem, trzymając się ścian. Po dziesięciu minutach ujrzeli tablicę wysokości dwudziestu stóp, która stała frontem do mającego kształt litery T skrzyżowania ulic. Księżyc był za nią, reklamę zatem spowijał cień. Kerim szedł teraz jeszcze ostrożniej, cicho stawiając przed sobą stopy. Mniej więcej sto jardów przed tablicą cienie urywały się i skrzyżowanie było skąpane w białej poświacie księżyca. Kerim skrył się w ostatniej wnęce drzwiowej i tyłem do siebie ustawił w przodzie Bonda. Rozległo się ciche plaśnięcie otwieranego futerału. W dłoń Bonda została wciśnięta rozszerzona na końcach smukła, ale ciężka stalowa rura o długości dwóch stóp.