Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Pozdrowienia z Rosji
Pozdrowienia z Rosji - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pozdrowienia z Rosji

Электронная книга - «Pozdrowienia z Rosji». Краткое содержание книги:

– Imię: James. Wzrost: 183 cm. Waga: 76 kg. Budowa szczupła. Oczy niebieskie. Włosy czarne. Blizna na prawym policzku i na lewym ramieniu. Ślady po chirurgii plastycznej na grzbiecie prawej dłoni. Wszechstronny sportowiec. Nie używa przebrań. Języki obce: francuski i niemiecki. Dużo pali (specjalne papierosy z trzema złotymi paskami). Nałogi: pije, ale nie w nadmiarze, kobiety. Każde liczące się państwo ma akta Jamesa Bonda, brytyjskiego tajnego agenta. Śmiertelnie niebezpieczna rosyjska organizacja Smiersz postanowiła go wyeliminować? przynętą jest Tatiana Romanowa. Jej zadaniem jest zwabić Bonda do Stambułu i tam go uwieść, podczas gdy jej zwierzchnicy zajmą się resztą. Kiedy Bond wpada w pułapkę, rozpoczyna się gra, w której 007 jest zarówno stawką, jak i bagrodą.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 60
Перейти на страницу:

– Noktowizor. Model niemiecki – wyszeptał Kerim. – Na podczerwień. Widzi w ciemnościach. Zerknij na tamtą reklamę filmową. Twarz. Tuż poniżej nosa. Zobaczysz kontur włazu. W prostej linii pod światłami.

Bond wsparł przedramię o framugę drzwi i podniósł instrument do prawego oka. Skierował obiektyw na plamę cienia po przeciwnej stronie skrzyżowania. Powoli czerń ustąpiła miejsca szarości, ukazał się zarys ogromnej twarzy kobiecej i jakiś napis. Wnet Bond mógł już przeczytać: NIYAGARA. MARILYN MONROE VE JOSEPH COTTEN i niżej zapowiedź dodatku rysunkowego BONZO FUTBOLOU. Bond przesunął obiektyw z ogromnej kopy włosów Marilyn Monroe na urwisko czoła, potem w dół dwu-stopowego nosa do przepastnych nozdrzy. Dostrzegł cienki kwadratowy obrys. Biegł spod nosa do ogromnego łuku ponętnych ust. Jeden bok miał jakieś trzy stopy. Od ziemi dzieliła go spora wysokość.

Za plecami Bonda rozległa się seria cichych szczęknięć. Kerim wyciągał przed siebie łaskę, która – zgodnie z przypuszczeniem Bonda – była w istocie karabinem o szkieletowej kolbie, mieszczącej również zamek. Miejsce gumowej nakładki zajął krótki tłumik.

– Lufa z nowego Winchestera 88 – wyszeptał Kerim z dumą. Skonstruował to dla mnie jeden gość z Ankary. Używa się kul kaliber 308. Tych krótkich. Wchodzą trzy. Daj noktowizor. Chcę ten właz wziąć na cel, zanim moi ludzie podejdą od przodu. Pozwolisz, że użyję twego ramienia jako podpórki?

– Jasne. – Bond podał Kerimowi noktowizor. Kerim przymocował go do lufy i wsparł broń na ramieniu Bonda.

– Mam – wyszeptał Kerim. – Tam gdzie Vavra mówił. Porządny facet. – Opuszczał właśnie karabin, gdy na prawym rogu skrzyżowania ukazało się dwóch policjantów. Bond zesztywniał.

– W porządku – szepnął Kerim. – to mój chłopak i szofer.

Wetknął w usta dwa palce. Rozległ się trwający ułamek sekundy niski gwizd. Jeden z policjanów położył dłoń na karku. Potem zawrócili i stukając donośnie butami po płytach chodnika poczęli się oddalać.

– Jeszcze kilka minut – powiedział cicho Kerim. – Muszą obejść tę tablicę.

Bond poczuł, jak ciężka lufa karabinu wślizguje się na miejsce na jego ramieniu.

Lunatyczną ciszę przerwało donośne dźwięczne stuknięcie z nastawni za tablicą reklamową. Jedno z semaforowych ramion opadło, a w skupisku czerwonych światełek zabłysło zielone. Z oddali dobiegł niski, przeciągły pomruk, który był coraz bliższy, aż przemienił się w ciężkie posapywanie parowozu i zgrzytliwy klangor niedbale połączonych wagonów towarowych. Ponad nasypem z lewej strony wędrowała wątła żółtawa poświata, a wnet powyżej tablicy reklamowej ukazał się zapracowany parowóz.

Pociąg – popękana czarna sylweta na srebrzystym tle morza – pokonywał w stukocie kół swą stumilową podróż do granicy greckiej, a ku Bondowi i Kerimowi pożeglowała w nieruchomym powietrzu ciężka chmura dymu z lichego paliwa, jakim się krzepił. Ledwie zamigotało i znikło czerwone światło na wagonie hamulcowym, a skład zagrzechotał potężnie na rozjazdach i dwoma ochrypłymi, żałosnymi gwizdnięciami zapowiedział leżącej milę dalej, małej stacyjce Buyuk swoje przybycie.

Łomot pociągu zamarł w oddali i Bond poczuł, że karabin głębiej wbija się w jego ramię. Wytężając oczy, wbił spojrzenie w mroczny cel. W jego środku ukazała się plama głębszej czerni.

Bond ostrożnie uniósł lewą dłoń, by osłonić oczy przed księżycem. Zza jego prawego ucha doniosło się ciche syknięcie wciąganego powietrza, a potem słowa:

– Już wychodzi.

Ze środka wielkiego, zacienionego plakatu, spomiędzy ekstatycznie półrozchylonych ogromnych fioletowych warg, wysunęła się i zwisła jak robak z ust trupa ciemna ludzka sylwetka.

Zeskoczyła. Statek żeglujący w stronę Bosforu ryknął w noc, jak bezsenne zwierzę w ogrodzie zoologicznym. Bond poczuł na czole kropelki potu. Lufa karabinu wcisnęła się głębiej, gdy mężczyzna pod tablicą zszedł cicho z chodnika i ruszył w ich stronę.

Kiedy dotrze do skraju cienia, zacznie biec, pomyślał Bond. Cholerny głupcze, celuj z poprawką.

Teraz. Mężczyzna pochylił się, gotów do sprintu przez oślepiająco białą ulicę. Wychodził z cienia. Dla zyskania rozpędu wysunął w przód ugiętą nogę i skręcił korpus.

Przy uchu Bonda rozległo się łupnięcie toporu uderzającego pień drzewa. Z rozrzuconymi ramionami mężczyzna runął przed siebie. Gdy jego broda lub czoło zderzyło się z ulicą, nastąpiło donośnie „tok".

U stóp Bonda brzęknęła łuska. Usłyszał trzask następnej kuli wsuwanej do komory.

Palce mężczyzny przez chwilę szarpały kamienie, a nogi kopały ulicę. Potem leżał już całkiem nieruchomo.

Kerim mruknął. Karabin zniknął z ramienia Bonda, który słyszał, jak Kerim składa broń i wsuwa noktowizor do skórzanego futerału.

Bond oderwał spojrzenie od rozciągniętej na drodze sylwetki, sylwetki, która była człowiekiem, ale już nim nie jest. Przez chwilę poczuł wstręt do życia, które zmusza go do przyglądania się takim rzeczom. Ów wstręt nie dotyczył Kerima. Kerim był dwukrotnie celem tamtego mężczyzny. Na swój sposób prowadzili ze sobą długi pojedynek, podczas którego tamten oddał dwa strzały, a Kerim tylko jeden. Lecz Kerim był sprytniejszy, bardziej opanowany, miał więcej szczęścia i w tym właśnie rzecz. Bond jednak nigdy nie zabijał z zimną krwią i nie znosił być świadkiem czy pomocnikiem kogoś, kto to czyni.

Kerim w milczeniu ujął go za ramię. Tą samą drogą, którą tu przyszli, poczęli wolno oddalać się z miejsca zdarzenia.

Kerim zdawał się odgadywać myśli Bonda.

– Zycie jest pełne śmierci, przyjacielu – powiedział filozoficznie. – I niekiedy człowiek staje się jej instrumentem. Nie żałuję, że zabiłem tego człowieka, jak też nie żałowałbym zabicia któregokolwiek z Rosjan, jakichśmy widzieli dzisiaj w ich biurze. To twardzi ludzie. Jeżeli nie wydrzesz im czegoś siłą, na pewno nie wydrzesz i dobrocią. Zawsze są tacy sami. Chciałbym, aby twój rząd zdał sobie z tego sprawę i odpowiednio ich traktował. Ot, mała lekcja dobrych obyczajów od czasu do czasu – taka, jaką im dzisiaj zafundowałem.

– Uprawiając politykę z pozycji siły nieczęsto ma się szansę działać tak szybko i czysto jak ty dzisiejszej nocy. Darko. I nie zapominaj, że skarciłeś tylko jednego z ich satelitów, jednego z tych ludzi, jakich zawsze znajdą do brudnej roboty. Niemniej – powiedział Bond – całkowicie się z tobą zgadzam co do Rosjan. Po prostu nie potrafią zrozumieć marchewki. Tylko kij się liczy. Zasadniczo to masochiści. Uwielbiają knuty. Oto dlaczego byli tak szczęśliwi pod Stalinem. Nie jestem pewien, jak zareagują na te kawałki marchewki, które rzuca im Chruszczow, i Ska. A Anglia

– cóż, problem polega na tym, że dzisiaj w modzie marchewka dla wszystkich. W kraju i za granicą. Nie pokazujemy już'zębów

– tylko dziąsła.

Kerim roześmiał się gardłowo, ale nie miał komentarzy. Pięli się cuchnącą aleją i brakło im tchu na rozmowę. Odpoczęli na górze, a potem powędrowali niespiesznie ku drzewom Hippodro-mu.

– Więc mi wybaczysz dziesiejszy dzień? – Te nuty niepewności w zwykle buńczucznym głosie potężnego mężczyzny były czymś niezwykłym.

– Wybaczyć ci? Co takiego? Nie bądź śmieszny. – Ze słów Bonda przebijała sympatia. – Masz swoją robotę i wykonujesz ją. Jestem pod wielkim wrażeniem. Masz tu cudowny układ. To ja powinienem prosić o wybaczenie, bo wygląda na to, że zwaliłem ci na głowę masę kłopotów. I uporałeś się z nimi. Ja się tylko woziłem na kółku. No i zupełnie nie posunąłem zasadniczego zadania. M. zacznie się niecierpliwić. Może w hotelu czeka jakaś wiadomość.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 60
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)