Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Pozdrowienia z Rosji
Pozdrowienia z Rosji - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pozdrowienia z Rosji

Электронная книга - «Pozdrowienia z Rosji». Краткое содержание книги:

– Imię: James. Wzrost: 183 cm. Waga: 76 kg. Budowa szczupła. Oczy niebieskie. Włosy czarne. Blizna na prawym policzku i na lewym ramieniu. Ślady po chirurgii plastycznej na grzbiecie prawej dłoni. Wszechstronny sportowiec. Nie używa przebrań. Języki obce: francuski i niemiecki. Dużo pali (specjalne papierosy z trzema złotymi paskami). Nałogi: pije, ale nie w nadmiarze, kobiety. Każde liczące się państwo ma akta Jamesa Bonda, brytyjskiego tajnego agenta. Śmiertelnie niebezpieczna rosyjska organizacja Smiersz postanowiła go wyeliminować? przynętą jest Tatiana Romanowa. Jej zadaniem jest zwabić Bonda do Stambułu i tam go uwieść, podczas gdy jej zwierzchnicy zajmą się resztą. Kiedy Bond wpada w pułapkę, rozpoczyna się gra, w której 007 jest zarówno stawką, jak i bagrodą.
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 60
Перейти на страницу:

Za wysokim murem zarżał koń. Dwaj Cyganie obejrzeli się przez ramię, jak gdyby chcieli zgadnąć, co im chce powiedzieć. Na drodze rozległa się srebrzysta kaskada brzęknięć; ktoś pędził z góry na rowerze.

Nabrzmiałą ciszę przerwał szczęk odsuwanego rygla. Rozwarły się drzwi, przez które parskając i drapiąc jak rozwścieczone koty, na trawę i krąg taneczny wypadły dwie dziewczyny.

ROZDZIAŁ 18

MOCNE WRAŻENIA

Głos wodza Cyganów ciął jak bicz. Dziewczyny rozdzieliły się niechętnie i stanęły twarzami do Vavry, który zaczął przemawiać surowym tonem oskarżyciela.

Kerim przysłonił usta dłonią i począł szeptać:

– Mówi, że to wielki cygański szczep, a one wprowadziły w nim rozłam. Wśród swoich nie ma miejsca na nienawiść, jest ona zastrzeżona dla obcych. Nienawiść, jakiej stały się źródłem, trzeba wypalić, aby ród znowu mógł żyć w pokoju. Mają ze sobą walczyć. Jeśli pokonana przeżyje, zostanie wygnana na zawsze. Będzie to równoznaczne ze śmiercią. Poza szczepem ci ludzie więdną i umierają. Nie potrafią żyć w naszym świecie. Są w nim jak dzikie zwierzęta zmuszone do życia w klatce.

Kiedy Kerim mówił, Bond przyglądał się stojącym na środku kręgu dwóm pięknym, sprężonym i ponurym kocicom.

Obie po cygańsku smagłe, miały sztywne czarne włosy do ramion, a na sobie kolekcję łachmanów, jakie zwykło się kojarzyć z Murzynkami ze slumsów – postrzępione brązowe chałaty, składające się przeważnie z łat i cer. Jedna była wyższa, masywniej zbudowana i najwyraźniej silniejsza niż druga, sprawiała jednak wrażenie tępawej, mało bystrej i mogło jej brakować szybkości. Była urodziwa na trochę lwi sposób; kiedy stała, słuchając niecierpliwie oracji wodza, jej oczy o ciężkich powiekach jarzyły się przyćmioną czerwienią. Powinna zwyciężyć, pomyślał Bond. Jest o pół cala wyższa i znacznie silniejsza.

Gdy pierwsza z dziewczyn była lwicą, druga zasługiwała na miano pantery – gibka i zwinna, miała szczwane, przenikliwe oczy, które nie spoczywały wcale na wodzu, lecz myszkowały dookoła, badając teren. Dłonie opuszczonych wzdłuż boków ramion były zakrzywione jak szpony. Mięśnie jej zgrabnych nóg zdawały się mieć twardość męskich. Małe piersi, w przeciwieństwie do obfitego biustu pierwszej dziewczyny, ledwie rysowały się pod suknią. Wygląda na niebezpieczną suczkę, pomyślał Bond. Na pewno zada pierwszy cios. Będzie za szybka dla rywalki.

Natychmiast wyszło na jaw, że się mylił. Nie przebrzmiało jeszcze ostatnie słowo wodza, kiedy wyższa dziewczyna – która, jak szepnął Kerim, nosiła imię Zora – nie celując kopnęła silnie w bok, trafiła przeciwniczkę prosto w brzuch, a gdy ta się zachwiała, powaliła ją na kamienny krąg obszernym zamachowym ciosem w skroń.

– Oj, Vida! – rozległ się w tłumie lament kobiety. Nie musiała się obawiać. Nawet Bond widział, że leżąc pozornie bez tchu Vida tylko udaje. Kiedy stopa Żory mierzyła w jej żebra, dostrzegł błysk oczu pod ugiętym ramieniem.

Obie dłonie Vidy strzeliły w górę, uchwyciły kostkę, a głowa dziewczyny jak łeb węża uderzyła w podbicie. Zora wydała okrzyk bólu, próbując wyszarpnąć uwięzioną stopę. Było za późno. Wciąż dzierżąc kostkę rywalki Vida uklękła, powstała na nogi, a potem silnie szarpnęła w górę. Druga stopa Żory oderwała się od ziemi i dziewczyna runęła jak długa.

Ziemia zadrżała od jej upadku. Przez chwilę Zora leżała nieruchomo, lecz zaraz ze zwierzęcym warknięciem zwaliła się na nią szarpiąca i drapiąca Vida.

Dobry Boże, co za piekielnica, pomyślał Bond. Słyszał obok siebie podniecony oddech Kerima, wydobywający się z sykiem spomiędzy zaciśniętych zębów.

Lecz broniąc się łokciami i kolanami wyższa dziewczyna zdołała wreszcie zrzucić z siebie kopnięciem rywalkę. W strzępach chałatu na swym wspaniałym ciele chwiejnie powstała na nogi i szczerząc zęby odstąpiła do tyłu. Natychmiast jednak podjęła atak, wymachując ramionami, aby pochwycić przeciwniczkę; kiedy Vida odskakiwała w bok, dłoń Żory złapała kołnierz jej sukni i rozerwała ją do samego dołu. Jednym skrętem Vida zanurkowała pod wyciągniętymi ramionami, a jej pięści i kolana zadudniły o korpus atakującej.

Ta walka w zwarciu była błędem. Wokół niższej dziewczyny zamknęły się silne ramiona, uniemożliwiając uwięzionym przy biodrach dłoniom sięgnięcie do oczu Żory. A kiedy stopy i kolana Vidy bezradnie miotały się w dole, Zora poczęła cisnąć.

Bond pomyślał, że większa dziewczyna musi teraz zwyciężyć. Wystarczyło, by zwaliła się na przeciwniczkę. Głowa Vidy rąbnęłaby o kamienie i Zora mogłaby robić, co zechce. Lecz najniespo-dziewaniej w świecie to ona właśnie zaczęła wrzeszczeć. Bond dostrzegł, że głowa Vidy wbiła się głęboko w jej piersi. W robocie były zęby. Zora musiała uwolnić rywalkę, aby chwyciwszy ją za włosy oderwać od siebie. Lecz teraz dłonie Vidy były swobodne i kancerowały pracowicie ciało wyższej dziewczyny.

Zapaśniczki odskoczyły od siebie i cofnęły się jak koty; spod strzępów odzieży prześwitywała ich lśniąca skóra, a z obnażonej piersi Żory spływała krew.

Rade, że wywikłały się z tarapatów, krążyły czujnie wokół siebie, a czyniąc to, zerwały resztę łachmanów i rzuciły je w stronę widowni.

Bond wstrzymał oddech na widok dwóch błyszczących nagich ciał; poczuł, że siedzący obok Kerim również tężeje. Miało się wrażenie, iż krąg Cyganów otoczył zapaśniczki ciaśniej. W rozjarzonych oczach migotał księżyc i dokoła niósł się szept gorącego posapywania.

Dysząc ochryple i obnażając zęby dziewczyny wciąż krążyły wokół siebie. Na ciężko falujących piersiach i łonach, na chłopięco twardych biodrach pobłyskiwały refleksy świetlne. Stopy pozostawiały na białym kamieniu ciemne wilgotne ślady.

I tym razem pierwszy ruch wykonała Zora, rzucając się do przodu z ugiętymi i rozstawionymi ramionami. Vida jednak nie ustąpiła. Jej prawa stopa wystrzeliła we wściekłym coup de savate, który doszedł celu z plaśnięciem godnym kuli rewolwerowej. Wyższa dziewczyna skurczyła się z okrzykiem bólu. Vida wymierzyła drugą stopą cios w żołądek, a potem zwaliła się na rywalkę.

Z tłumu doniósł się niski pomruk, gdy Zora osunęła się na kolana. Uniosła dłonie, aby chronić twarz, było już jednak za późno. Vida okraczyła ją i uchwyciwszy za nadgarstki całym ciężarem ciała przygniotła do ziemi, a jej obnażone zęby jęły się zbliżać ku bezbronnej szyi.

– BACH!

Wybuch rozgniótł brzemienną napięciem ciszę jak orzech. Za kręgiem tanecznym ognista smuga zapaliła ciemności, a kawałek tynku świsnął Bondowi koło ucha. Nagle ogród zapełnił się biegnącymi ludźmi, wódz, z zakrzywionym sztyletem w wyciągniętej przed siebie dłoni, przemykał chyłkiem przez krąg taneczny, a za nim, również z dobytą bronią, podążał Kerim. Mijając dwie oszołomione teraz i drżące dziewczyny, Cygan coś do nich wrzasnął, a one natychmiast zerwały się do biegu, by skryć się między drzewami, gdzie znikały już ostatnie kobiety i dzieci.

Bond, z Berettą niepewnie trzymaną w dłoni, ruszył powoli śladem Kerima ku wywalonemu eksplozją wielkiemu wyłomowi w murze ogrodu, zastanawiając się, o co tu do diabła chodzi.

S płacheć trawy pomiędzy wyłomem a kręgiem tanecznym przemienił się w kłębowisko walczących, biegających postaci. Dopiero dotarłszy na miejsce potyczki Bond odróżnił przysadzistych konwencjonalnie ubranych Bułgarów od wirujących w przepychu swych szat sylwetek Cyganów. Zdawało się, że Szarych jest więcej niż Cyganów, niemal dwa razy więcej. Kiedy Bond wbił spojrzenie w zwartą ludzką masę, wypadł z niej, trzymając się za brzuch, młodziutki Cygan, a gdy z okropnym kaszlem ruszył zygzakiem ku Bondowi, popędziło za nim dwóch niskich smagłych mężczyzn z opuszczonymi nisko nożami.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 60
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)