Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
Zatem dobrze: jeśli bylibyście na miejscu Sekretarza Generalnego ONZ, kogo wysłalibyście jako parlamentariusza? Siły Kosmiczne? Wybitnych polityków? Uznanych naukowców? Stowarzyszenie handlarzy używanymi helikopterami? Najprawdopodobniej wysłalibyście z tą misją swych najbardziej doświadczonych i elastycznych dyplomatów, i to tylu, ilu mogłoby się zabrać.
Ale czy pominęlibyście jedynych w opanowanym przez ludzi kosmosie artystów, którzy zademonstrowali praktyczną znajomość żargonu obcych?
Stawałem przed komisją poborową — w moim wieku.
Ale to było dopiero pierwsze ogniwo w tym logicznym łańcuchu. Przyczyną, dla której planowana nie tak dawno wyprawa na Saturna narobiła w prasie tyle szumu — przypomniałem sobie to teraz — było to, że dla załogi był to rodzaj misji samobójczej. A my mieliśmy zająć jej miejsce.
„Przemyślcie to sobie”. Jakikolwiek cel miała nasza wyprawa na Saturna, pewne było, że potrwa ona długo. Mętnie kojarzyłem, że była mowa o jakichś sześciu latach. A każda podróż na odległości tego rzędu musiała za sobą pociągać konieczność spędzania niemal całego czasu w stanie nieważkości.
Jeżeli nie wymigamy się jakoś od tego poboru, nigdy więcej nie postawimy stopy na powierzchni Ziemi. Będziemy banitami, uwięzionymi na zawsze w kosmosie. Taka będzie nasza zapłata za służenie w charakterze ust w wymianie poglądów miedzy zgrają dyplomatów a stworzeniami, które zabiły Sharę.
Zakładając, że w ogóle przeżyjemy całą te wyprawę.
Kiedy indziej te implikacje byłyby zbyt wstrząsające dla mojego mózgu, by ten zdołał je pojąć. O ile nie załatwię sobie skreślenia mnie z listy uczestników tej ekspedycji u kogoś, kto oczekuje nas na „Skyfac” (dlaczego akurat tam?), to Norrey i ja odbyliśmy już nasz ostatni spacer, widzieliśmy naszą ostatnią plaże, byliśmy ha naszym ostatnim koncercie. Dla świata byliśmy już martwi. A jednak przyjmowałem to zwyczajnie, na chłodno.
Wyrzekłem się tego wszystkiego nie dalej niż godzinę temu.
I pogodziłem się wtedy z utratą wielu więcej ważniejszych rzeczy, a teraz wyglądało na to, że będę mógł je zachować. Oddychanie. Jedzenie. Spanie. Myślenie. Kochanie. Cierpienie. Drapanie. Trawienie… Tak, ta lista nie miała końca — a wszystko to miałem z powrotem na co najmniej sześć lat! Nie potrafiłem wyobrazić sobie podróży na Saturna, nie mówiąc już o tym, co nas czeka u jej kresu — ale wiedziałem, że w kosmosie nie ma chamów, rabusiów, szalonych dusicieli ani pijanych kierowców, nie ma pożarów budynków mieszkalnych ani kryzysu paliwowego, ani zamieszek na tle rasowym.
A co na ten temat myśli Norrey?
Dojście do tych wniosków zajęło mi dwie minuty; gdy przekręciłem głowę, żeby zobaczyć twarz Norrey, zabrzęczał alarm ostrzegający przed rychłym włączeniem silników. Ona też odwróciła się twarzą do mnie; nasze nosy dzieliła odległość jednego centymetra i widziałem, że również to przemyślała. Nie potrafiłem jednak określić jej reakcji.
— Chyba nie bardzo chce mi się lecieć — odezwałem się.
— A mnie się chce — powiedziała żarliwie.
Zamrugałem powiekami.
— Phillip Nolan był „człowiekiem bez kraju” — powiedziałem — i nie przejmował się tym. My będziemy „parą bez planety”.
— Ja nie tym się przejmuje, Charlie — rozległo się drugie ostrzeżenie.
— Tam, w Wozie, wydawało mi się, że się przejmujesz kiedy szkalowałem Ziemie.
— Nic nie rozumiesz. Te gnojki zabiły moją siostrę. Chce się nauczyć ich jeżyka, żeby móc im wygarnąć.
To nie wygląda na zły pomysł. Ale myślenie o tym było złym pomysłem. 2 g zaskoczyło nas z odwróconymi na bok głowami wciskając nam policzki w koje i wykręcając szyje:
Trwały jeszcze pomniejsze przyspieszenia manewrowe, a po nich rozległ się sygnał „przyśpieszenie zakończone”. Odpięliśmy się, pożyczyliśmy sobie oboje szlafroki z szafki Billa i zaczęliśmy masować sobie nawzajem szyje. Po pewnym czasie wrócił Bili. Popatrzył na sińce, jakie wyhodowaliśmy sobie po przeciwnych stronach twarzy i parsknął śmiechem.
— Papużki nierozłączki, co? W porządku, wynurzenie. Narada. — Wyciągnął z szafki mundury polowe oraz szczotkę do włosów i grzebień.
— Z kim? — spytałem ubierając się pośpiesznie.
— Z Sekretarzem Generalnym ONZ — odparł zwyczajnie.
— Jezu Chryste.
— Gdyby tak był osiągalny — zgodził się Bili.
— Co z Tomem? — spytała Norrey. — Dobrze się czuje?
— Rozmawiałem z Panzellą — odparł Bili. — McGillicudy czuje się dobrze. Będzie przez jakiś czas wyglądał jak jogurt truskawkowy, ale żadnych poważniejszych obrażeń…
— Dzięki Bogu.
— …Panzella wiezie go tu z pozostałymi. Przewidywany czas przybycia — zerknął na chronometr — za pięć godzin.
— Mamy lecieć wszyscy?! — wykrzyknąłem. — Jak wielki jest ten cholerny statek?
— Znam tylko swoje rozkazy — powiedział Bili, odwracając się, by odejść. — Mam dopilnować, aby wasza szóstka została dostarczona na „Skyfac”. Jak najszybciej. Oraz, a mam nadzieje, że o tym nie zapomnicie, trzymać gębę na kłódkę. — „Dlaczego właśnie »Skyfac«?” — pomyślałem znowu.
— A przypuśćmy, że oni się nie zgodzą? — spytała Norrey. Bili odwrócił się ku nam szczerze zaskoczony.
— Co?
— Przecież oni nie mają takiej osobistej motywacji, jak Charlie i ja.
— Znają swój obowiązek.
— Ale są cywilami.
Był nadal zmieszany.
— A czy nie są ludźmi?
Zrezygnowała.
— Prowadź nas do tego Sekretarza Generalnego.
Żadne z nas nie zdawało sobie jeszcze wtedy sprawy, jak trafne pytanie zadał Bili.
Tokugawa bawił w Tokio. No i bardzo dobrze; nie było dla niego miejsca w jego własnym gabinecie. Siedmioro cywili, sześciu oficerów armii. Trzej z tych ostatnich byli — z Sił Kosmicznych, pozostali trzej z sił zbrojnych trzech państw; cała trzynastka wysokiej rangi. Byłoby to oczywiste, nawet gdyby występowali nago. Wszyscy zachowywali spokój i rezerwę, żadne z nich nie wypowiedziało zbędnego słowa. Ale w pomieszczeniu wyczuwało się tyle powagi, że wystarczyłoby go do otrzeźwienia pijanego drwala.
Ale była to powaga niespokojna, powaga nerwowa, stojąca w obliczu autentycznego kryzysu, aż nadto świadoma, że oto tworzymy historie. Ci, którzy nie wyglądali agresywnie wyglądali skrajnie ponuro.
I wtedy spostrzegłem, że wszyscy wojskowi i jeden z cywilów czynili heroiczne wysiłki, aby w sposób nie rzucający się w oczy obserwować jednocześnie wszystkich obecnych, a więc wziąłem się pod boki i roześmiałem w głos.
Mężczyzna zasiadający w fotelu Carringtona — przepraszam, Tokugawy — sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego. Nie urażonego, nawet nie zdenerwowanego — po prostu zaskoczonego.
— Z czego się pan śmieje, sir? — spytał łagodnie, lekko kalecząc akcent.
Potrząsnąłem głową, uśmiechając się wciąż mimo woli.
— Nie wiem, czy potrafię to panu wyjaśnić, panie Sekretarzu Generalny. — Coś w grymasie jego ust kazało mi jednak spróbować. — Z mojego punktu widzenia wszedłem właśnie do filmu Hitchcocka.
Pomyślał przez chwile, starając sobie wyobrazić, jak może czuć się szary człowiek wpadający nagle w towarzystwo rozdrażnionych lwów i sam się uśmiechnął.