Gwiezdny taniec [Stardance - pl]
- Автор: Робинсон Спайдер, Робинсон Джинн
- Серия: Gwiezdny taniec #1
- Год: 1986
- Язык: польский
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdny taniec [Stardance - pl]». Краткое содержание книги:
Wisiał dosłownie nad naszymi głowami, w odległości niespełna stu metrów, tak nieprawdopodobnie ogromny i skrócony przez perspektywę, że upłynęło kilka sekund, zanim rozpoznaliśmy, że to statek.
„Champion” głosiły wypukłe, czerwone litery biegnące przez dziób. A pod spodem: „Siły Kosmiczne ONZ”.
Obejrzałem się na Norrey, potem jeszcze raz sprawdziłem przewody powietrzne.
— Żadnego rozkładowego ruchu — powiedziałem głucho i włączyłem swoje radio.
Głos był bardzo silny, ale zakłócenia o tyle silniejsze, że domyśliłem się, iż ten ktoś nie mówi do mikrofonu, a zwraca się do kogoś w tym samym pomieszczeniu. Zapamiętałem każdą sylabę.
— …knieci, pieprzeni idoci są za tępi na to, żeby włączyć swoje radia, sir. Ktoś musi ich trącić w ramie.
Znajomy głos zaniósł się śmiechem, a radiowiec po chwili mu zawtórował. Norrey i ja słuchaliśmy tego śmiechu, nie mogąc dobyć z siebie głosu.
— O rany — odezwałem się w końcu — gdzie się człowiek ma zaszyć, żeby znaleźć się sam na sam z własną żoną?
Nagle cisza, a potem mikrofon został pochwycony i znajomy głos ryknął.
— Ty sukinsynu!
— Ale skoro już się pan fatygował do nas taki kawał drogi, majorze Cox — powiedziała wspaniałomyślnie Norrey — to wpadniemy do pana na piwo.
— Wy tępe sukinsyny — nadleciał z dala głos Harry’ego. — Wy tępe sukinsyny. Ośle Drabinki przestały mrugać. Wiadomość dotarła do nas.
Rozdział 5
Wypiłem dwa łyki i na nich poprzestałem. Oficerowie i załoga bez skrępowania gapili się na mnie i na Norrey. Za pierwszym łykiem przyjąłem zupełnie naturalnie, że byli zafascynowani widokiem durni, którzy w stanie zagrożenia wyłączają swoje radia. No cóż, faktu, że byłem nieboszczykiem nie uważałem za stan zagrożenia. Ale za drugim łykiem dostrzegłem pewną subtelną różnice, w tych spojrzeniach. Poza jednym lub dwoma wyjątkami wszyscy członkowie załogi płci żeńskiej gapili się na mnie, a płci męskiej na Norrey. Przypomniało mi się wtedy, co nosimy pod naszymi skafandrami próżniowymi; zresztą nie było o czym zapominać. Byliśmy „przyzwoicie”, ale dość skąpo zasłonięci urządzeniami sanitarnymi, a powszechny widok na wideoekranach na Ziemi nie jest taki znów powszechny w sali odpraw statku wojennego.
Bili był, oczywiście, zbyt wielkim gentlemanem, by to zauważać. A może zdawał sobie sprawę, że i tak nie miał żadnego sposobu, by zaradzić zaistniałej sytuacji.
— A więc meldunki o waszym zgonie były mocno przesadzone, co?
— Wprost przeciwnie — powiedziałem, wycierając policzek rękawicą. — Pominięto w nich jedynie fakt naszego wskrzeszenia. Dzięki, Bili.
Uśmiechnął się i bardzo szybko powiedział dziwną rzecz:
— Nie zadawajcie oczywistych pytań. — Mówiąc to dał nam dyskretny znak oczyma. Na Ziemi i pod przyśpieszeniem poruszyłyby się one w bok. W stanie nieważkości rządzą inne prawa — jego źrenice zatoczyły bliźniacze kółka o średnicy jakiegoś centymetra i znowu spoczęły na nas. Wymowa znaku była jasna. Odpowiedzi na następne oczywiste pytania będą informacjami poufnymi. Czekać.
— Jesteśmy do twojej dyspozycji — powiedziałem.
Wzdrygnął się. Potem, w ułamku sekundy, zorientował się, że nie chodzi mi o to, o co jak sądził mi chodził na jego usta powrócił uśmiech.
— Będzie wam potrzebny prysznic i jakiś posiłek. Chodźcie za mną do mojej kajuty.
— Za prysznic — powiedziała Norrey — pójdę za panem do piekła.
Ruszyliśmy.
Miałem teraz drugą okazje, żeby jak turysta obejrzeć wnętrze autentycznego okrętu wojennego i znowu byłem zbyt zaabsorbowany, żeby zwracać uwagę na otoczenie. Czy Bili naprawdę sądził, że jego załoga uwierzy w przypadkowość naszego spotkania? Gdy tylko zorientowałem się, że w zasięgu głosu nie ma nikogo, spróbowałem coś z niego wydusić — ale na statkach wojennych Sił Kosmicznych ciśnienie powietrza jest tak małe, że dźwięki wolno się rozchodzą.
Dotarliśmy wreszcie do jego kajuty i wpłynęliśmy do środka. Oparł się plecami o ścianę i zawisł w powietrzu zwrócony do nas twarzą, w całkowicie swobodnym „przysiadzie kosmonauty”, po czym cisnął nam dwa dziwne przedmioty. Obejrzałem mój: wyglądał jak zegarek naręczny z przymocowaną do niego miniaturową suszarką do włosów. Potem rzucił nam dwa papierosy. Złapałem je. Warunki życia na pojazdach wojskowych różnią się od warunków panujących na luksusowych w zasadzie, obiektach kosmicznych, takich jak nasze Studio, czy „Skyfac” — system klimatyzacyjny „Championa” był prymitywny. Przedmioty, które dał nam Bili stanowiły kombinacje wentylatora z popielniczką. Wsunąłem swój na przegub i zapaliłem.
— Major William Cox — powiedziałem formalnie — Norrey Armstead. Vice versa.
— Jestem zaszczycony, pani Armstead — odparł Bili. — Widziałem wszystkie taśmy, jakie wypuściliście na rynek i… no dobrze; to może zostać źle zrozumiane, ale jest pani jej siostrą.
Norrey uśmiechnęła się.
— Dziękuje, majorze…
— Bili.
— …Bili. To duży komplement. Charlie dużo mi o tobie opowiadał.
— Mnie o pani również. Pewnej pijackiej nocy, gdy znowu spotkaliśmy się na Ziemi… Teraz musicie mi oboje wybaczyć. — Po raz pierwszy zauważyłem, że działa w pośpiechu. — Bardzo chciałbym pogawędzić, ale nie mogę. Zdejmijcie szybko swoje skafandry.
— Jeszcze bardziej niż prysznica pragnę twoich wyjaśnień, Bili — powiedziałem. — Co, u diabła, cię tutaj sprowadza i to w takiej chwili? Nie wierze, w cuda, w każdym razie nie w takie. I po co te tajemnice?
— Właśnie — wtrąciła Norrey. — I dlaczego wasza kontrola naziemna nie wiedziała, że znajdujecie się w tym rejonie?
Cox uniósł obie ręce do góry.
— Hola, hola. Udzielenie odpowiedzi na wszystkie wasze pytania zajmie co najmniej dwadzieścia minut. Za… — zerknął na zegarek — …niespełna trzy minuty przyśpieszamy do 2 g. Dlatego kazałem wam wyskoczyć z tych skafandrów — moje łóżko pomieści was razem ze zbiornikami powietrza, ale będzie wam wtedy cholernie niewygodnie.
— Co? Bili, o czym ty mówisz? Po co tak przyśpieszamy? Nasze Studio jest o parę kilometrów stąd.
— Wasi przyjaciele zostaną zabrani przez ten sam wahadłowiec, który wiezie doktora Panzellę — powiedział Cox. — Dołączą do was na „Skyfac” za parę. godzin. Ale wy dwoje nie możecie czekać.
— Na co?! — wrzasnąłem.
Bili wdał się ze mną w pojedynek na spojrzenia i przegrał.
— Cholera… — powiedział i urwał. — Mam rozkaz nic wam nie mówić. — Spojrzał znowu na chronometr. — No i naprawdę muszę, wracać. Słuchajcie, jeżeli mi zaufacie i nie będziecie przeszkadzać, mogę streścić wam te dwadzieścia minut w dwóch zdaniach, zgoda?
— Ja… zgoda.
— W bliskim sąsiedztwie Saturna znowu pojawili się obcy. Po prostu siedzą tam. Przemyślcie to sobie.
Zaraz potem wyszedł, ale zanim jeszcze zamknął za sobą drzwi, byłem już w połowie ściągania skafandra, a Norrey sięgała po pasy zwisające po prawej stronie kapitańskiej koi.
I oboje zaczynaliśmy odczuwać strach. Znowu.
„Przemyślcie to sobie” — powiedział Bili.
Obcy przybyli już raz, bezczelnie załomotali do naszych drzwi i przywitani zostali wystrzałem z dubeltówki zwanej Shara. Szybko uczyli się dobrych manier; tym razem zatrzymali się przed furtką w płocie, krzyknęli „hej tam, w domu” i rozważnie czekali. Najwyraźniej chcieli pertraktować.