Z Nienaturalnych Przyczyn
- Автор: Джеймс Филлис Дороти
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Z Nienaturalnych Przyczyn». Краткое содержание книги:
Bardzo ciekawy kryminał, interesujący już od pierwszych stron. Zakończenie jest takie, jakiego oczekuje każdy miłośnik kryminałów: zaskakujące.
Luker przytył od ich ostatniego spotkania. Kosztowny garnitur napiął się na ramionach, z nieskazitelnego kołnierzyka wylewał się gruby kark. Miał dużą, mocną twarz o skórze tak czystej i lśniącej, iż wyglądała na wypolerowaną, i niezwykłe, jakby sztuczne oczy, których tęczówki, szare jak kamyczki, tkwiły dokładnie pośrodku białek. Jego włosy, grube i czarne, schodziły trójkątem na czoło niczym wdowi czepek, nadając twarzy osobliwie kobiecy wyraz; krótko obcięte, lśniły na całej głowie jak sierść psa. Wyglądał na to, czym był. Ale gdy się odezwał, jego głos zdradził, skąd pochodzi. Było tam wszystko: plebania w małym miasteczku, starannie kultywowana przyzwoitość, szkoła dobra, ale nieco gorsza niż należało. Potrafił bardzo się zmienić, ale nie umiał wpłynąć na swój głos.
– Ach, nadinspektor. Cóż za przyjemność. Obawiam się, że jesteśmy zajęci dziś wieczorem, ale może Michael znajdzie panu stolik. Zapewne chce pan obejrzeć występy.
– Za kolację i występy dziękuję. Zdaje się, że wasza kuchnia trochę zaszkodziła jednemu z moich znajomych, który był tu ostatnio. I lubię, gdy kobiety wyglądają jak kobiety, nie jak karmiące hipopotamy. Fotosy na zewnątrz zupełnie mi wystarczą. Skąd u licha pan je bierze?
– Wcale nie biorę. Kochane dziewczęta uznają, że posiadają, powiedzmy, naturalne zalety, i same do nas przychodzą. Niech pan nie będzie takim Katonem, nadinspektorze. Wszyscy mamy prywatne marzenia seksualne. To, że nie zaspokajamy tu pańskich nie znaczy, że pan ich nie ma. Chyba istnieje takie przysłowie o źdźbłach i belkach? Proszę pamiętać że, tak jak pan, jestem synem pastora. Ale jakoś inaczej to na nas wpłynęło.
Zamilkł na chwilę, jakby zaciekawiony odmiennością ich reakcji, po czym lekko ciągnął dalej:
– Nadinspektor i ja mamy tego samego pecha, Sid. Obaj mieliśmy duchownych za tatusiów. To dla chłopca niedobry początek. Jeśli są szczerzy, pogardzasz nimi za głupotę; jeśli nie, skreślasz ich jako hipokrytów. Tak czy inaczej, są przegrani.
Sid, którego spłodził cypryjski barman z cofniętą w rozwoju sprzątaczką, namiętnie pokiwał głową.
– Chciałem zamienić słowo z panem i panną Coombs.
Chodzi o Maurice’a Setona. To nie jest moje śledztwo, więc nie musicie mówić, jeśli nie chcecie. Ale oczywiście wiecie o tym.
– To prawda, nie muszę nic mówić, ani słóweczka. Ale może na przykład jestem w przyjaznym nastroju? Nigdy nic nie wiadomo. Niech pan spróbuje.
– Zna pan Digby’ego Setona, prawda? Dalgliesh mógłby przysiąc, że nie oczekiwali tego pytania. Martwe oczy Lukera zabłysły.
– Digby pracował tu kilka miesięcy w zeszłym roku, gdy straciłem poprzedniego pianistę. To było po tym, jak jego klub zrobił klapę. Pożyczyłem mu trochę na przetrwanie, ale nic z tego nie wyszło. Digby się do tego nie nadaje. Ale pianista z niego niezły.
– Kiedy był tu ostatnio?
Luker rozłożył ręce i zwrócił się do towarzyszy:
– Robił tu przez tydzień w maju, gdy Ricki Carlis przedawkował, prawda? Od tamtej pory go nie widziałem.
– Zaglądał tu kilka razy, L.J. – powiedziała Lil. – Ale ciebie wtedy nie było.
Mówiąc doń, personel Lukera używał jego inicjałów; Dalgliesh nie był pewien, czy dlatego, aby podkreślić ogólną zażyłość, czy też aby Luker poczuł się jak amerykański bogacz.
– Czy nie przyszedł tu latem z jakimś towarzystwem, Sid? – ciągnęła pomocnie Lil.
Sid popadł w długą, żałobną zadumę.
– Nie latem. Lil. Prędzej późną wiosną. Chyba przyszedł z Mavłs Manning i jej znajomymi po tym, jak w maju skończyła występy.
– To był Ricki, Sid. Myli ci się z Rickim. Digby Seton nigdy nie chodził z Mavis.
Są tak wytresowani jak do numeru wodewilowego, pomyślał Dalgliesh.
– Czemu się czepiać Digby’ego? To nie jest morderstwo, a nawet gdyby tak było, to Digby jest w porządku. Fakty są takie. Digby miał bogatego brata. To miłe. Brat miał słabe serce, które mogło wysiąść w każdej chwili. To przykre dla niego, ale dla Digby’ego nadal miłe. I któregoś dnia naprawdę wysiadło. Śmierć naturalna, jeśli to określenie jeszcze cokolwiek znaczy, nadinspektorze. Przyznaję, ktoś musiał zawieźć ciało do Suffolk i spuścić je na wodę. A przedtem wykonać parę paskudnych czynności, jeśli to, co słyszałem, jest prawdą. Wygląda mi na to, że biedny pan Seton nie cieszył się wielką sympatią swoich sąsiadów-literatów. Dziwię się, nadinspektorze, że pańska ciotka chce mieszkać wśród takich ludzi, że już nie wspomnę o tym poręcznym tasaku.
– Jest pan dobrze poinformowany – powiedział Dalgliesh. I szybko, dodał w myślach. Ciekaw był, kto dostarczył Luke-rowi tak świeżych informacji.
– To nie jest karane – wzruszył ramionami Luker. – Przyjaciele mówią mi różne rzeczy. Wiedzą, że się wszystkim interesuję.
– Zwłaszcza wtedy, gdy dziedziczą drobne dwieście tysięcy funtów?
– Niech pan posłucha, nadinspektorze. Każdy głupiec potrafi zrobić fortunę poza prawem, ale żeby ją zrobić legalnie, trzeba być naprawdę mądrym człowiekiem. Jeśli Digby Seton ma ochotę, może mi zwrócić te półtora tysiąca, które mu pożyczyłem, gdy chciał ratować „Złotego Bażanta”. Ja go poganiał nie będę.
Sid zwrócił na szefa swoje spojrzenie lemura. Oddanie w jego oczach było wręcz nieprzyzwoite.
– W dzień swojej śmierci Maurice Seton jadł tutaj kolację – powiedział Dalgliesh. – Digby Seton jest z tym miejscem związany, w dodatku ma odziedziczyć dwieście tysięcy. Nie może się pan dziwić, że zadaję pytania, szczególnie, że ostatnią osobą, która widziała Maurice’a żywego, była panna Coombs.
– Lepiej nic nie mów – zwrócił się Luker do Lil. – A jeszcze lepiej znajdź sobie adwokata. Zadzwonię do Berniego.
– A po cholerę mi Bemie? Wszystko już raz opowiedziałam, kiedy był tu ten inspektor. Mówię prawdę. Michael i chłopcy widzieli, jak zawołał mnie do stolika i siedzieliśmy razem do wpół do dziesiątej, kiedy żeśmy wyszli. Wróciłam o wpół do jedenastej. Widziałeś mnie, Sid, i widział mnie cały ten cholerny klub.
– Tak jest, nadinspektorze, Lil wróciła o wpół do jedenastej.
– Lil nie powinna była w ogóle wychodzić – wtrącił gładko Luker. – Ale to moja sprawa, nie wasza.
Panna Coombs w obliczu niezadowolenia Lukera okazywała wspaniałą obojętność. Jak wszyscy jego pracownicy, dokładnie wiedziała, jak daleko może się posunąć. Reguły były nieliczne, proste i zrozumiałe. Opuszczenie klubu na godzinę podczas zastoju w interesie mogło zostać wybaczone; w pewnych, jasno określonych okolicznościach morderstwo również. Ale jeśli ktoś z Monksmere miał nadzieję wrobić Lukera w tę konkretną zbrodnię, to miał się gorzko rozczarować. Luker nie należał do ludzi, którzy mordują dla cudzej korzyści, nie zadawałby sobie też trudu, aby zacierać ślady. Gdy Luker zabijał, nie miał nic przeciwko temu, by przestępstwo nosiło jego znamię.
Dalgliesh zapytał Lil, co się zdarzyło. Nie wspominała więcej o adwokacie i już bez trudu wyciągnął od niej całą opowieść. Nie umknęło mu spojrzenie, jakie Lil wymieniła przedtem ze swym szefem; z jakichś, sobie tylko wiadomych powodów, Luker postanowił pozwolić jej mówić.
– No więc, przyszedł około ósmej i zajął stolik przy drzwiach. Od razu go zauważyłam. Był taki dziwny, nieduży, schludny i strasznie się denerwował. Pomyślałam, że to pewnie jakiś urzędnik państwowy chce się zabawić. Różni tu przychodzą. Regularni klienci zwykle są w grupach, ale czasem trafi się ktoś samotny. Tacy na ogół szukają dziewczyny. No, ale my się tym nie zajmujemy i do mnie należy im to powiedzieć.