Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Z Nienaturalnych Przyczyn
Z Nienaturalnych Przyczyn - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Z Nienaturalnych Przyczyn

Электронная книга - «Z Nienaturalnych Przyczyn». Краткое содержание книги:

Nadinspektor Dalgliesh wyjeżdża do ciotki Jane, na wsi w Suffolk. Jest zmęczony ostatnią sprawą, która kosztowała go wiele wysiłku. Ma nadzieję, że oderwie się od morderstw i pracy. Tymczasem do brzegu dobija łódka, a w niej Maurice Seton. Autor kryminałów nie żyje już od jakiegoś czasu, a obie dłonie ma ucięte w nadgarstkach…
Bardzo ciekawy kryminał, interesujący już od pierwszych stron. Zakończenie jest takie, jakiego oczekuje każdy miłośnik kryminałów: zaskakujące.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 54
Перейти на страницу:

Oczywiście, mógł spędzić wieczór zupełnie inaczej. Mógł zadzwonić do Deborah Riscoe – na pewno już zbierała się do wyjścia z pracy – i poprosić, aby przyjechała do jego mieszkania. I przyjechałaby; dni słodkiej udręki, gdy nigdy nie był jej pewien, dawno już minęły. Przyjechałaby bez względu na to, jakie miała plany na wieczór. Wówczas przynajmniej nuda, niepewność i rozdrażnienie znalazłyby fizyczne ujście.

A jutro znów zmierzyłby się z problemem, który tak mu ciążył.

Nagle podjął decyzję. Ruszył energicznie w stronę Greek Street, zatrzymał pierwszą napotkaną taksówkę i kazał się zawieźć na stację metra Paddington.

Postanowił pójść piechotą z dworca do mieszkania Digby’ego Setona. Jeśli Maurice Seton również podążał tą trasą, to mógł oczywiście wziąć taksówkę albo pojechać autobusem (Dalgliesh był ciekaw, czy Reckless to sprawdził), ale istniała spora szansa, że poszedł piechotą. Dalgliesh mierzył czas; dokładnie po szesnastu minutach szybkiego marszu minął rozsypującą się ceglaną bramę, prowadzącą do Carrington Mews. Maurice’owi mogło to zająć nieco dłużej.

Brukowane wejście było źle oświetlone i zniechęcająco cuchnęło uryną. Nie było tu żywej duszy; Dalgliesh bez przeszkód wszedł na duże podwórko, oświetlone tylko pojedynczą żarówką nad rzędem podwójnych garaży. Kiedyś widocznie mieściła się tu szkoła jazdy i nieliczne, porwane ogłoszenia wciąż jeszcze wisiały na drzwiach. Teraz jednak garaże służyły szlachetniejszemu celowi, przyczyniając się do zwiększenia zasobów mieszkaniowych Londynu; inaczej mówiąc, zostały przerobione na ciemne, za małe i za drogie domki, które niewątpliwie niedługo ktoś zareklamuje jako „klejnoty wśród miejskich rezydencji”, sprzedając je tym, którzy nad wygodę przedkładają londyński adres i upodobanie do blichtru. Istniejące podwójne garaże przegrodzono na pół, uzyskując w ten sposób, oprócz miejsca na jeden samochód, dodatkowy salonik na parterze, zaś stryszki mieściły dwie maleńkie sypialnie i łazienkę.

Domek Digby’ego Setona był jedynym, który został wykończony. Jego wystrój przygnębiał banałem; na pomarańczowych drzwiach przytwierdzono kołatkę w kształcie syreny, u dwóch maleńkich okienek wisiały skrzynki na kwialy, a nad okapem – kuta latarnia. Nie paliła się, w czym nie było nic dziwnego, jako że – o ile Dalgliesh mógł dostrzec – nie została podłączona do prądu. Uderzyła go jej pozbawiona wdzięku pretensjonalność i niefunkcjonalna wulgarność, w jakiś sposób symboliczna dla całego domu. Pomarańczowe skrzynki uginały się pod ciężarem skawalonej ziemi. Posadzone w nich złote chryzantemy kiedyś zapewne uzasadniały dodatkowy wydatek, teraz jednak, zwiędłe i połamane, cuchnęły zgnilizną.

Krążył po brukowanym podwórku, świecąc latarką w ciemne oczodoły okien. Obecnie modernizowano dwa sąsiadujące ze sobą garaże; usunięto wszystko z ich wnętrza i zdjęto bramy, mógł więc swobodnie wejść do środka, gdzie zauważył, że między salonikiem i garażem przewidziane było przejście. Wszędzie pachniało świeżym drewnem, farbą i cementem. Ta okolica, pomyślał, zanim będzie zaakceptowana, czy wręcz modna, ma przed sobą jeszcze długą drogę, ale jej akcje idą w górę. Digby był jedynie pierwszym, który wyczuł tendencję.

To zaś prowadziło wprost do pytania, dlaczego właściwie Digby postanowił tu zamieszkać. Jego wybór nie dziwił; taki właśnie symbol pośledniego statusu bardzo do niego pasował. Ale czy to nie za wielki zbieg okoliczności, że wybrał dom tak świetnie nadający się do popełnienia morderstwa? O dwadzieścia minut drogi od miejsca, gdzie Maurice Seton wysiadł z taksówki; w ciemnym, niepozornym podwórku, wyludnionym po odejściu robotników; z garażem, z którego drzwi prowadziły wprost do saloniku. A był jeszcze jeden fakt, być może najbardziej znaczący: Digby przeprowadził się dopiero niedawno i nie podał swego adresu nikomu na Monksmere. Gdy Sylvia Kedge po zniknięciu Maurice chciała się z nim skontaktować, nie wiedziała, gdzie go szukać. A to znaczyło, że jeśli Maurice naprawdę przyszedł tu za namową Lily Coombs, to nie wiedział, że czeka na niego właśnie Digby. Z Klubu Cortez Maurice niewątpliwie poszedł na śmierć; Digby zaś był jedynym podejrzanym, który miał z klubem jakikolwiek związek.

Wszystko to jednak były tylko podejrzenia, nie oparte na żadnych dowodach. Nie istniały żadne poszlaki, wskazujące na to, że Lil tutaj skierowała Maurice’a, a nawet gdyby tak było, to Lil potrafiła obstawać przy swojej wersji zdarzeń z uporem godnym lepszej sprawy. Aby zmusić ją do mówienia, należałoby zastosować środki, jakich nie zaakceptowałby żaden policjant w AngLil. Nie było również dowodów, że Maurice w ogóle tu był. Dalgliesh co prawda nie mógł dostać się do zamkniętego domku, ale Reckless i jego ludzie z pewnością go przeczesali i znaleźli wszystko, co było do znalezienia. Wreszcie, nie istniał żaden dowód, że Maurice naprawdę został zamordowany. Reckless w to nie wierzył, nie wierzył w to komisarz okręgowy ani zapewne nikt inny. z wyjątkiem jego, Adama Dalgliesha, głupio i ślepo upierającego się przy swoim przeczuciu wbrew wszelkim dostępnym danym. A nawet jeśli Maurice’a w istocie zamordowano, to i tak pozostawał jeszcze jeden nie rozwiązany problem: zmarł o północy, w chwili, na którą wszyscy podejrzani, nie wyłączając Digby’ego Setona, mieli niepodważalne alibi. Dopóki nie wiadomo było „jak”, zastanawianie się nad „kto” nie miało większego sensu.

Dalglłesh po raz ostatni oświetlił latarką opuszczony dziedziniec, drewno ułożone pod plandeką, sterty nowych cegieł, drzwi od garaży i łuszczące się na nich plakaty. Potem wyszedł przez bramę tak cicho jak wszedł i ruszył w stronę Lejdngton Street i swego samochodu.

Fala zmęczenia ogarnęła go pod Ipswich, gdzie zdał sobie sprawę, że w tym stanie nie może dalej prowadzić. Musiał coś zjeść; od obiadu z Maxem nie miał nic w ustach. O ile mógł bez zastrzeżeń spędzić noc w samochodzie na poboczu, to zdecydowanie nie miał ochoty obudzić się o świcie z pustym żołądkiem, bez szans na jakiekolwiek śniadanie. Na wizytę w pubie było już za późno, nie zamierzał też zatrzymywać się w jakimś przydrożnym hotelu i walczyć z właścicielem, sądzącym, że posiłki podaje się o ustalonych porach, za cenę, która odstraszyłaby nawet kogoś umierającego z głodu. Jednak po przejechaniu kilku kilometrów napotkał kafejkę przydrożną, przeznaczoną głównie dla kierowców, której obecność obwieszczało ciemne stado ciężarówek przed wejściem i blask bijący z niskich okien. Panował w niej tłok, w powietrzu unosiły się kłęby dymu, wokół rozbrzmiewał gwar rozmów i kakofonia dźwięków dobiegających z szafy grającej, ale z przyjemnością usiadł przy czystym stoliku w rogu i zamówił jajka, kiełbaski z frytkami oraz duży kubek gorącej, słodkiej herbaty.

Po jedzeniu odnalazł telefon, niewygodnie umieszczony na końcu wąskiego przejścia prowadzącego do kuchni i zadzwonił do Pentlands. Nie musiał dzwonić, jego ciotka nie spodziewała się go o żadnej konkretnej porze, nagle jednak poczuł niepokój; gdyby nie podniosła słuchawki, pojechałby dalej. Tłumaczył sobie, że jego lęk jest bezpodstawny, ciotka wszak mogła pójść do Priory House lub na samotny spacer po plaży. Nic nie wskazywało na to, że grozi jej niebezpieczeństwo, wciąż jednak miał uczucie, że coś jest nie tak. Zapewne był to skutek frustracji i zmęczenia, jednak musiał się upewnić.

Wydawało mu się, że bardzo dużo czasu upłynęło nim wreszcie usłyszał jej znajomy, spokojny głos. Jeśli zdziwił ją ten telefon, nie dała nic po sobie poznać. Rozmawiali krótko w szczęku zmywanych naczyń i ryku odjeżdżających ciężarówek; gdy odkładał słuchawkę, czuł się lepiej, ale niepokój pozostał. Obiecała mu, że dziś zarygluje drzwi domku. Nic więcej nie mógł zrobić. Drażnił go ten stan, gdyż pozbawiony był rozsądnych podstaw; w przeciwnym razie, mimo zmęczenia, wróciłby do Pentlands.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 54
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)