Z Nienaturalnych Przyczyn
- Автор: Джеймс Филлис Дороти
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Z Nienaturalnych Przyczyn». Краткое содержание книги:
Bardzo ciekawy kryminał, interesujący już od pierwszych stron. Zakończenie jest takie, jakiego oczekuje każdy miłośnik kryminałów: zaskakujące.
– Dziękuję Max, pójdę piechotą. Idę do Soho pogawędzić z pewnym mordercą.
Max zatrzymał się, zaskoczony.
– Chyba nie z mordercą Setona? Myślałem, że i ty, i policja z Suffolk jesteście jeszcze w lesie. Czy chcesz powiedzieć, że na próżno walczyłem ze swym sumieniem?
– Nie, ten morderca nie zabił Setona, chociaż wątpię, czy miałby jakieś skrupuły. Ale na pewno ktoś chce przekonać policję, że jest w to wplątany. To L.J. Luker. Pamiętasz go?
– Czy to nie on zabił swego wspólnika na środku Picca-dilly i wykręcił się sianem? W pięćdziesiątym dziewiątym, prawda?
– To właśnie ten. Sąd apelacyjny odrzucił werdykt pierwszej instancji ze względu na sugerowanie wyroku. Sędzia Brothwick w napadzie jakiejś aberracji powiedział ławie przysięgłych, że człowiek, który nie odpowiada, gdy stawia mu się zarzuty, ma zapewne coś do ukrycia. Musiał zdać sobie sprawę z konsekwencji, gdy tylko zamknął usta. Ale już się stało i Luker wyszedł na wolność, tak jak się przechwalał.
– A co go łączy z Mauricem Setonem? Nie potrafię wyobrazić sobie dwóch ludzi, którzy mieliby mniej ze sobą wspólnego.
– Tego właśnie – odparł Dalgliesh – mam nadzieję się dowiedzieć.
II
Do klubu Cortez Dalgliesh poszedł przez Soho; po czystej i świeżej pustce Suffolk, wąwozy ulic, nawet podczas popołudniowego zastoju, wywarły na nim wrażenie bardziej przygnębiających niż zwykle. Trudno było uwierzyć, że kiedyś bawiło go chodzenie po tych obskurnych rynsztokach. Miesięczna nieobecność sprawiła, że powrót tutaj stał się jeszcze bardziej nieznośny. Niewątpliwie miało to coś wspólnego z jego nastrojem, gdyż, jak wiadomo, w tej dzielnicy każdy znajdzie coś dla siebie; oferuje ona wszystko, co można kupić za pieniądze. Każdy postrzega ją tak, jak ma ochotę. To świetne miejsce na kolację na mieście; wielonarodowa wioska, ukryta tuż za Piccadilly; jedno z najlepszych centrów zakupów spożywczych; wylęgarnia najbardziej plugawej zbrodni w Europie. Nawet dziennikarze-podróżnicy, opętani jej wieloznacznością, nie bardzo wiedzą, jak ją określić. Mijając kluby striptizowe, brudne wejścia do suteren i oświetlone okna, w których rysowały się sylwetki znudzonych dziewcząt, Dalgliesh pomyślał, że codzienny spacer po tych brzydkich ulicach każdego wpędziłby do klasztoru, nie tyle z powodu obrzydzenia seksem, co wiedzionego nieznośnym znużeniem i monotonią żądzy tak zupełnie pozbawionej radości.
Klub Cortez nie był ani lepszy, ani gorszy od swych sąsiadów. Na zewnątrz wisiały nieuniknione fotosy, obok wejścia kłębiła się grupka przygnębionych mężczyzn w średnim wieku, zerkających na nie bez większego zainteresowania.
Lokal nie był jeszcze czynny, ale drzwi poddały się pod ręką Dalgliesha. W małej, przeszklonej recepcji nie zobaczył jednak nikogo. Zszedł więc wolno na dół po schodach wysłanych sfatygowanym czerwonym dywanem i odsunął pretensjonalną zasłonkę z koralików, oddzielającą restaurację od korytarza.
Niewiele się tu zmieniło; Klub Cortez, podobnie jak jego właściciel, posiadał niespożyte umiejętności przetrwania. Może teraz było tu trochę schludniej, mimo obnażonych przez popołudniowe słońce tandetnych, pseudohiszpań-skich dekoracji i brudnych ścian. Na podłodze tłoczyły się stoliki, w większości jednoosobowe i ustawione zbyt blisko siebie. Ale też klienci nie przychodzili tu na obiad z rodziną i nie jedzenie ich przyciągało.
Na końcu sali wznosiła się mała scena, na której stało jedno krzesło i duży trzcinowy parawan. Przy pianinie na lewo od sceny siedział przygarbiony, chudy młody człowiek w spodniach i swetrze, brzdąkając melodię lewą ręką i zapisując ją prawą. Mimo leniwej pozy i ogólnie znudzonego wyglądu był całkowicie pochłonięty swą pracą. Zerknął przelotnie na Dalgliesha i natychmiast powrócił do jednostajnego uderzania w klawisze.
Sala właściwie była pusta, jeśli nie liczyć ciemnoskórego mężczyzny z Zachodniej Afryki, który niespiesznie przesuwał szczotkę po podłodze.
– Jeszcze nieczynne, proszę pana – powiedział niskim, miękkim głosem. – Obsługę zaczynamy o wpół do siódmej.
– Dziękuję, nie potrzebuję obsługi. Czy jest pan Luker?
– Muszę się dowiedzieć, proszę pana.
– Bardzo proszę. I przy okazji chciałbym się widzieć z panną Coombs.
– Dowiem się, proszę pana. Nie jestem pewien, czy jest.
– Och, myślę, że pan ją znajdzie. Proszę jej powiedzieć, że chce z nią mówić Adam Dalgliesh.
Mężczyzna zniknął. Pianista, nie podnosząc głowy, nadal ciągnął swoją improwizację, a Dalgliesh usiadł przy jednym ze stolików, aby odsiedzieć dziesięć minut, które, jak sądził, Luker zamierzał kazać mu czekać. Dla zabicia czasu zaczął rozmyślać o czającym się na górze człowieku.
Luker obiecał swego czasu, że zabije wspólnika i dotrzymał słowa. Powiedział, że nie zawiśnie za to – i nie zawisł. Ponieważ raczej nie mógł się spodziewać współpracy sędziego Brothwicka, ta przechwałka świadczyła o niezwykłej umiejętności przewidywania bądź też o podziwu godnej wierze we własne szczęście. Niektóre z opowieści, jakie od czasu procesu narosły wokół jego osoby, niewątpliwie były apokryfami, jednak nie zrobił nic, aby je zdementować. Zawodowi przestępcy znali go i uznawali, chociaż nie był jednym z nich. Szanowali go z na poły zabobonną czcią, jaką ludzie, którzy doskonale wiedzą, ile opłaca się ryzykować, darzą kogoś, kto jednym, nieodwracalnym aktem przekroczył wszelkie dopuszczalne granice. Wokół człowieka, który cudem uniknął owego straszliwego ostatniego spaceru, unosiła się aura grozy. Dalgliesh stwierdzał z irytacją, że nawet policjanci nie zawsze potrafili jej się oprzeć. Nie mogli uwierzyć, że Luker, który zabił ot tak sobie, z powodu prywatnej urazy, zadowala się kierowaniem szeregiem drugorzędnych nocnych klubów; spodziewali się po nim występku bardziej efektownego niż unikanie podatków, łamanie ustawy o wyszynku i sprzedawanie umiarkowanie erotycznej rozrywki posępnym biznesmenom. Jeśli miał jakieś inne zajęcia, nic nie było o nich wiadomo. Może nie było co wiedzieć; może pragnął jedynie tej dostatniej, na poły szacownej egzystencji, tej podrabianej reputacji, tej wolności człowieka na ziemi niczyjej pomiędzy dwoma światami.
Minęło dokładnie dziesięć minut zanim czarny mężczyzna wrócił na salę mówiąc, że pan Luker go przyjmie. Dalgliesh wszedł schodami na górę, do dużego pokoju od frontu, skąd Luker kierował nie tylko Klubem Cortez, lecz wszystkimi swoimi klubami. Było tu za dużo mebli i za mało powietrza, panowało gorąco i duchota. Na środku stało biurko, pod ścianą dwie szafki na akta, duży sejf obok piecyka gazowego oraz trzy fotele i kanapa, zgrupowane przed telewizorem. W rogu stała szafka z małym zlewem. Pokój najwyraźniej miał służyć zarówno jako biuro, jak i salonik, ale w efekcie nie spełniał dobrze żadnej z tych ról. Obecne były trzy osoby: sam Luker, Sid Martelli, jego totumfacki w Klubie Cortez, oraz Lily Coombs. Sid, w samej koszuli, podgrzewał na piecyku mleko w rondelku ze swą zwykłą, głęboko nieszczęśliwą miną. Panna Coombs, przebrana już w wieczorową czerń, przysiadła na pufie przed ogniem, lakierując paznokcie; na widok Dalgliesha uniosła dłoń w pozdrowieniu i obdarzyła go szerokim, beztroskim uśmiechem. Dalgliesh uznał, że jej opis, zawarty w maszynopisie, jest bardzo trafny. Osobiście nie dostrzegał w niej błękitnej krwi rosyjskiej, ponieważ jednak doskonale wiedział, że wychowała się nie dalej na wschód niż Whitechapel Road, nie poczuł się tym zaskoczony. Była dużą, zdrową blondynką o mocnych zębach i grubej, białej skórze, która tak świetnie opiera się starości. Mogła mieć około czterdziestu lat, ale wyglądała dokładnie tak samo jak pięć lat wcześniej; zapewne nie miała się wiele zmienić przez kolejnych pięć.