Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
Taki szkicownik, uświadomiłem sobie. Interaktywna rekonstrukcja naocznej relacji, całkiem bez słów. Mózgowy program rozpoznawania wzorców w głowie Susan reagował na obrazy — nie, było ich więcej; nie, do góry nogami; tak, taki, tylko większy — a urządzenie Szpindla odczytywało te sygnały bezpośrednio z kory i w czasie rzeczywistym korygowało obraz. Był to milowy krok naprzód od niedorobionego półśrodka zwanego językiem. Ktoś, komu łatwo zaimponować, mógłby to nawet nazwać czytaniem w myślach.
Ale to nie było czytanie w myślach. Tylko sprzężenie zwrotne i korelacja. Żeby zmienić jeden wzór w kolejny, nie potrzeba telepaty. Na szczęście.
— Jest! Jest! — zawołała Susan.
Trójkąty dawno wyiterowały się w niebyt. Teraz ekran był pełen splecionych, asymetrycznych pięciokątów, jak sieć rybich łusek.
— I nie mów nam, że to przypadkowy szum — dodała triumfalnie.
— Nie — odparł Szpindel. — To jest stała Klüvera.
— Kogo?
— Halucynacja, Suze.
— No jasne. Ale ktoś ją nam podrzucił do głów, prawda? I…
— Ona tam siedzi cały czas. Od urodzenia.
— Nie.
— To artefakt zaszyty głęboko w mózgu. Nawet ślepi od urodzenia czasem je widzą.
— Tyle że nikt z nas wcześniej tego nie widział. Nigdy.
— No dobrze. Ale to nie zawiera żadnej informacji, nie? To nie mowa Rorschacha, to tylko… zakłócenia. Jak wszystko.
— Ale ja to widziałam tak wyraźnie. Nie jak te migotliwe rzeczy gdzieś na skraju pola widzenia, których tam było pełno. To było konkretne, trójwymiarowe. Bardziej realne niż rzeczywistość.
— No i właśnie, po tym widać, że nieprawdziwe. Ponieważ naprawdę tego nie widzisz, kiepska optyka oczu nie psuje ci rozdzielczości.
— Och — powiedziała James, a potem dodała cicho: — Cholera.
— Otóż to. Przykro mi. — Po czym: — Jak tylko będziesz gotowy.
Uniosłem wzrok; Szpindel kiwał na mnie. Z fotela wstała James, Michelle objęła go na chwilę, niepocieszona, a Sascha, mijając mnie, powlokła się do namiotu.
Zanim do niego dotarłem, rozłożył fotel w półleżankę.
— Połóż się.
Posłuchałem.
— Nie chodziło mi o Rorschacha, wiesz? Ja coś widziałem tutaj, przed chwilą. Jak tylko się zbudziłem.
— Podnieś lewą rękę — polecił. Potem: — Ej, ale tylko lewą.
Opuściłem prawą, skrzywiłem się, czując ukłucie.
— Trochę prymitywne masz metody.
Przyjrzał się trzymanej między kciukiem i palcem wskazującym probóweczce z krwią: drżącej rubinowej kropelce wielkości paznokcia.
— Do niektórych rzeczy mokra próbka jest niezastąpiona.
— Przecież wszystko powinna robić kapsuła?
Szpindel kiwnął głową.
— Powiedzmy, że to taka kontrola jakości. Niech statek uważa, co robi. — Upuścił kropelkę na najbliższy blat. Rozpłaszczyła się i pękła; powierzchnia wypiła ją, jak wysuszona. Szpindel cmoknął. — Podwyższone inhibitory cholinesterazy w retikulocytach. Mniam.
Z tego co wiedziałem, wyniki mojej krwi naprawdę mu smakowały. On ich nie czytał tak po prostu — czuł je dotykiem, węchem, wzrokiem, doświadczając każdej danej jak kropli soku z cytryny na języku. Cały subbęben BioMedu był dlań jedną z wielu protez: rozszerzonym ciałem z tuzinem sposobów postrzegania zmysłowego, zmuszonym do komunikacji z ciałem znającym ich tylko pięć.
Nic dziwnego, że ciągnęło go do Michelle. Też był prawie synestetykiem.
— Siedziałeś tam trochę dłużej niż reszta — zauważył.
— To coś znaczy?
Nerwowe wzruszenie ramionami.
— Może twoje organy bardziej się ugotowały. Może masz delikatniejszą konstrukcję. Kapsuła wykryłaby, gdyby coś się… kroiło… o!
— Co?
— Parę komórek w twojej mózgownicy wchodzi na wysokie obroty. I jeszcze trochę w pęcherzu i nerkach.
— Guzy?
— A co myślisz? Rorschach to nie gabinet odnowy biologicznej.
— Ale kapsuła…
Skrzywił się — jego wersja uspokajającego uśmiechu.
— Pewnie, reperuje dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć procent uszkodzeń. Ale w rejonie tej ostatniej jednej tysięcznej działa już prawo malejących przychodów. To drobiazgi, komisarzu. Są spore szanse, że twoje ciało samo da sobie z nimi radę. A jeśli nie, to wiemy, gdzie mieszkają.
— Ale te w mózgu. One mogłyby powodować…?
— W życiu. — Przez chwilę ssał dolną wargę. — Ale to coś załatwiło nam nie tylko raka.
— Ja widziałem coś tutaj, w krypcie. Miało centralny korpus i wokół niego kończyny z wieloma stawami. Było wielkości człowieka, albo coś koło tego.
Szpindel kiwnął głową.
— Przyzwyczaj się do tego.
— Inni też je widzą?
— Wątpię. Każdy widzi swoje, tak jak… — wyraz jego wykrzywionej skurczem twarzy mówił: „Ośmielę się to powiedzieć?” — …z testem Rorschacha.
— Spodziewałem się halucynacji na dole — przyznałem. — Ale tutaj?
— Efekty stymulacji magnetycznej — pstryknął palcami — zostają na trochę, nie? Przestawisz neurony w jeden stan, powrót zajmuje im jakiś czas. Nigdy nie robiłeś sobie TREM-u? Taki dobrze ułożony chłopczyk?
— Raz czy dwa — odpowiedziałem. — Chyba.
— Ta sama zasada.
— Czyli ciągle będę to widział.
— Zgodnie z oficjalną linią, z czasem to ustępuje. Tydzień, dwa i wrócisz do normalności. No, ale tutaj, z tym czymś… — Wzruszył ramionami. — Zbyt wiele niewiadomych. A przede wszystkim, przecież będziemy tam wracać, dopóki Sarasti nie zmieni zdania.
— Ale to głównie efekty magnetyczne.
— Prawdopodobnie. Choć w kwestii tego tam jebańca o nic bym się nie zakładał.
— A może je powodować coś jeszcze? Coś z naszego statku?
— Na przykład co?
— No nie wiem, powiedzmy, przeciek w magnetycznym ekranie Tezeusza.
— W normalnych warunkach nie. Oczywiście wszyscy mamy wszczepione w głowy małe sieci, nie? A ty w ogóle masz całą półkulę różnych protez, kto wie, jakie efekty uboczne mogą tam powstawać. A bo co? Rorschach to dla ciebie niewystarczający powód?
Mogłem powiedzieć: „Widziałem je już wcześniej”.
Wtedy Szpindel zapytałby: „O, naprawdę? Gdzie?”.
I ja bym pewnie odpowiedział: „Kiedy podglądałem twoje prywatne życie” i szanse na jakąkolwiek nieinwazyjną obserwację rozpadłyby się na atomy.
— To pewnie nic takiego. Ostatnio po prostu jestem jakiś nerwowy. Wydało mi się, że zauważyłem coś dziwnego na centralnej wiązce, jeszcze przed lądowaniem na Rorschachu. Dosłownie przez chwilkę i zniknęło, gdy tylko skupiłem na tym wzrok.
— Kończyny z wieloma stawami i centralny korpus?
— Jezu, nie. Tylko mi mignęło. Jeśli to w ogóle coś było, to pewnie piłeczka Bates.
— Możliwe. — Szpindel wydawał się niemal rozbawiony. — Nie zaszkodziłoby jednak sprawdzić, czy nie ma przecieku w ekranowaniu. Na wszelki wypadek. Tylko by brakowało, żeby coś jeszcze sprowadzało wizje, nie?
Potrząsnąłem głową, przypominając sobie koszmary.
— A jak inni?
— Banda w porządku, tylko trochę rozczarowana. A pani major nie widziałem. — Wzruszył ramionami. — Chyba mnie unika.
— Nieźle ją trafiło.
— Tak naprawdę to nie bardziej niż resztę. Może nawet tego nie pamiętać.
— Jak… jak w ogóle mogła uwierzyć, że nie istnieje?