Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 94
Перейти на страницу:

Zmarszczył brwi, wyłączył maszynę i rozsiadł się wygodnie, żeby się zastanowić. Znalazł środek transportu, którego szukał, pod warunkiem że odważy się go wziąć. Nie mógł się oszukiwać. To nie był porzucony wrak, tak jak inne maszyny, które znalazł. Był na to w zbyt dobrym stanie. Z pewnością autolot należał do któregoś z przebywających jeszcze w Larteynie Kavalarów. Jeśli jego kolory miały jakieś znaczenie — nie był tego pewien — należał do Lorimaara albo innego z Braithów. Zabranie go z całą pewnością nie byłoby rozsądne.

Dirk uświadomił sobie niebezpieczeństwo i rozważył je. Nie uśmiechało mu się czekanie, lecz nie chciał również ryzykować. Kradzież autolotu mogłaby sprowokować Braithów do działania, sprawić, że zapomną o Jaanie Vikarym.

Uniósł z niechęcią osłonę i wyszedł z autolotu, ale w tej samej chwili usłyszał głosy. Opuścił osłonę, która zamknęła się z cichym, lecz słyszalnym trzaskiem. Przykucnął i skrył się w cieniu kilka metrów od wilczego wehikułu.

Usłyszał rozmowę Kavalarów oraz echa ich głośnych kroków na długo przed tym, zanim ich ujrzał. Choć było ich tylko dwóch, robili hałasu za dziesięciu. Gdy wyszli na oświetlony obszar obok autolotu, Dirk wcisnął się już w małą wnękę w ścianie garażu, pełną haków, na których wisiały kiedyś narzędzia. Nie był właściwie pewien, dlaczego się schował, ale bardzo się cieszył, że to zrobił. To, co usłyszał od Gwen i Jaana o pozostałych mieszkańcach Larteynu, nie brzmiało zbyt zachęcająco.

— Jesteś tego pewien, Bretan? — zapytał jeden z nich, wyższy, kiedy się pojawili. Nie był to Lorimaar, lecz podobieństwo było uderzające: równie imponujący wzrost, ta sama opalenizna i pomarszczona twarz. Ten mężczyzna był jednak bardziej otyły niż Lorimaar high-Braith, włosy miał czysto białe, nie siwawe, jak tamten, a pod nosem szczeciniaste wąsiki. Obaj Kavalarzy nosili krótkie, białe kurtki oraz spodnie i koszule z kameleonowej tkaniny, która w ciemnym garażu zdawała się niemal czarna. Obaj mieli też lasery.

— Roseph nie szydziłby ze mnie — odparł drugi z mężczyzn głosem szorstkim jak papier ścierny. Był on znacznie niższy od towarzysza, mniej więcej wzrostu Dirka, młodszy i strasznie chudy. Uciął rękawy kurtki, by odsłonić potężne, brązowe ramiona oraz grubą bransoletę z żelaza i świecika. Podchodząc do autolotu, wszedł na chwilę w smugę światła. Wydawało się, że przez moment wpatruje się w miejsce, gdzie schował się Dirk. Miał tylko połowę twarzy. Drugą połowę pokrywała drgająca od tików tkanka bliznowata. Lewe „oko” poruszyło się niespokojnie, gdy Kavalar odwrócił twarz. Dirk dostrzegł charakterystyczny żar osadzonego w pustym oczodole świecika.

— Skąd wiesz? — skontrował starszy mężczyzna, kiedy obaj zatrzymali się na chwilę przy wilczym wehikule. — Roseph lubi szydzić.

— Ale ja nie lubię, jak ze mnie szydzą — odparł Kavalar zwany Bretanem. — Roseph mógłby szydzić z ciebie, z Lorimaara, a nawet z Pyra, ale nie odważy się szydzić ze mnie.

Jego głos brzmiał straszliwie nieprzyjemnie, raził uszy swą ochrypłą zgrzytliwością. Grube blizny pokrywały jednak nie tylko jego twarz, lecz również szyję. Dirk dziwił się, że mężczyzna w ogóle może mówić.

Wyższy z Kavalarów oparł się o bok głowy wilka, ale osłona nie chciała się podnieść.

— No cóż, jeśli to prawda, to musimy się śpieszyć — stwierdził zrzędliwym tonem. — Mój teynie — wychrypiał. — Zostawiłem głowę lekko uchyloną… nie… poszedłem tylko na chwilę, żeby cię znaleźć.

Schowany w cieniu Dirk wcisnął się mocno w ścianę. Haki wbijały mu się boleśnie w plecy między łopatkami. Bretan zmarszczył brwi i ukląkł. Jego starszy towarzysz spojrzał na niego z góry ze zdziwioną miną.

Nagle Braith wyprostował się. W prawej ręce mocno ściskał wycelowany w Dirka laserowy pistolet, a jego świecikowe oko żarzyło się bladym blaskiem.

— Wyłaź i pozwól nam zobaczyć, czym jesteś — zażądał. — Zostawiłeś w kurzu wyraźny ślad.

Dirk uniósł bez słowa ręce nad głowę i wyszedł z ukrycia.

— Niby-człowiek! — zawołał wyższy z Kavalarów. — Tu, na dole!

— Nie — zaprzeczył ostrożnie Dirk. — Dirk t’Larien.

Wyższy mężczyzna zignorował go.

— To wyjątkowy uśmiech fortuny — oznajmił swemu towarzyszowi trzymającemu laser. — Ci galareciarze Rosepha byliby marną zwierzyną. Ten wygląda na zdrowego.

Jego młodszy teyn ponownie wydał swój dziwny dźwięk. Lewą połową jego twarzy szarpnął kolejny tik. Dłoń, w której trzymał laser, pozostawała jednak nieruchoma.

— Nie — sprzeciwił się. — Niestety, nie sądzę, byśmy mogli na niego zapolować. To z pewnością ten, o którym mówił Lorimaar. — Schował laserowy pistolet do kabury i kiwnął głową do Dirka w lekkim, nieśpiesznym geście, poruszając raczej ramionami niż samą głową. — Jesteś straszliwie nieostrożny. Kiedy ta osłona jest zamknięta, zamek uruchamia się automatycznie. Można ją otworzyć od środka, ale…

— Teraz to rozumiem — odparł Dirk. Opuścił ręce. — Ja tylko szukałem porzuconego autolotu. Potrzebowałem jakiegoś środka transportu.

— Chciałeś ukraść nasz autolot.

— Nie.

— Tak. — Głos Kavalara świadczył, że każde słowo stanowi dla niego bolesny wysiłek. — Jesteś korarielem Ironjade?

Dirk zawahał się. Zaprzeczenie uwięzło mu w gardle. Wyglądało na to, że obie odpowiedzi mogą go wpakować w kłopoty.

— Nie potrafisz mi odpowiedzieć? — zapytał naznaczony bliznami Kavalar.

— Bretan — ostrzegł go drugi. — Słowa niby-człowieka nie mają dla nas znaczenia. Jeśli Jaantony high-Ironjade nazywa go swym korarielem, to jest to prawda. Podobne zwierzęta nie mają prawa głosu, jeśli chodzi o ich status. Nic, co mógłby powiedzieć, nie uwolni go od tej nazwy, więc fakty pozostaną takie same. Jeśli go zabijemy, będzie to znaczyło, że ukradliśmy własność Ironjade. Z pewnością rzucą nam wyzwanie.

— Nalegam, byś rozważył wszystkie możliwości, Chell — odparł Bretan. — Ten Dirk t’Larien może być człowiekiem albo niby-człowiekiem, może być albo nie być korarielem Ironjade. Prawda?

— Prawda. Ale to nie jest prawdziwy człowiek. Wysłuchaj mnie, mój teynie. Jesteś młody, ale mnie opowiadali o takich sprawach kethi, którzy dawno już nie żyją.

— Rozważ to jednak. Jeśli jest niby-człowiekiem i Ironjade’owie nazywają go korarielem, jest nim niezależnie od tego, czy to przyznaje, czy nie. Jeśli jednak to prawda, Chell, musimy obaj stanąć do pojedynku z Ironjade’ami. Pamiętaj, że on próbował nas okraść. Jeśli jest własnością Ironjade, to Ironjade jest winne tej kradzieży.

Potężny, białowłosy mężczyzna kiwnął głową, powoli i z niechęcią.

— Jeśli jest niby-człowiekiem, ale nie jest korarielem, nie mamy problemu — ciągnął Bretan — bo w takim przypadku wolno na niego polować. Co jednak, jeśli jest prawdziwym człowiekiem, takim samym jak związany dumą, a nie żadnym niby-człowiekiem?

Chell myślał znacznie wolniej od swego teyna. Starszy Kavalar zmarszczył w skupieniu brwi.

— Hmm, nie jest kobietą, więc nie może być własnością — stwierdził. — Jeśli jest człowiekiem, musi mieć ludzkie prawa i ludzkie imię.

— Prawda — zgodził się Bretan. — Nie może jednak być korarielem, więc tylko on jest odpowiedzialny za zbrodnię, którą popełnił. W takim przypadku pojedynkowałbym się z nim, a nie z Jaantonym high-Ironjade’em.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)