Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 94
Перейти на страницу:

Wyglądało na to, że na Worlornie nie ma już żadnego transportu Poza pieszym, pomijając te pojazdy, które spóźnieni goście przywieźli z sobą.

Dirk skrzywił się wściekle i usunął odczyt z ekranu. Chciał już go wyłączyć, gdy nagle przyszło mu coś jeszcze do głowy. Wpisał numer oznaczający bibliotekę i ujrzał symbol zapytania oraz instrukcje. Wpisał „dzieci galarety” oraz „podaj definicję”, po czym czekał.

Nie trwało to długo. Właściwie nie potrzebował ogromnej dawki informacji, którą zarzuciła go biblioteka, wszystkich tych szczegółów dotyczących historii, geografii i filozofii. Szybko przeczytał kluczowe fragmenty, a resztę zlekceważył. Wyglądało na to, że „dzieci galarety” to popularne określenie wyznawców pseudoreligijnego narkotykowego kultu ze Świata Oceanu Czarnego Wina. Zwano ich tak dlatego, że spędzali całe lata w wilgotnych grotach we wnętrzu długich na kilometr galaretowatych ślimaków, które pełzały koszmarnie powoli po dnie ich mórz. Kultyści nazywali owe stworzenia matkami. Matki karmiły swe dzieci słodkimi, halucynogennymi wydzielinami. Uważano je za półrozumne, Dirk zauważył jednak, że to przekonanie nie powstrzymywało kultystów przed zabijaniem matki, gdy jakość jej wydzielin zaczynała się obniżać, co działo się zawsze, gdy ślimak się starzał. Uwolniwszy się od jednej matki, dzieci galarety wyruszały na poszukiwanie następnej.

Dirk pośpiesznie wyczyścił te informacje z ekranu i ponownie skonsultował się z biblioteką. Świat Oceanu Czarnego Wina miał miasto na Worlornie. Leżało ono pod sztucznym jeziorem o obwodzie pięćdziesięciu kilometrów, wypełnionym mrocznymi, tętniącymi życiem wodami, takimi samymi jak te, które pokrywały powierzchnię ojczystego świata Czarnowinów. Nazywało się ono Miastem w Bezgwiezdnym Jeziorze, a w otaczających je wodach roiło się od form życia sprowadzonych tu na Festiwal Krawędzi. Z pewnością były wśród nich również matki.

Kierowany ciekawością Dirk odszukał miasto na mapie Worlornu. Rzecz jasna, nie miał jak się tam dostać. Wyłączył ekran i poszedł do kuchni, by zrobić sobie coś do picia. Przełknął płyn — gęste, białawe mleko jakiegoś kimdissiańskiego zwierzęcia, bardzo zimne i gorzkie, ale orzeźwiające — z wielką niecierpliwością bębniąc palcami o blat. Narastał w nim niepokój, pragnienie zrobienia czegoś. Czuł się uwięziony, musiał czekać na powrót któregoś z pozostałych, nie wiedząc, kto to będzie i co się wtedy wydarzy. Odnosił wrażenie, że od chwili, gdy wysiadł z „Postrachu Zapomnianych Wrogów”, inni przesuwali go według swej woli niczym pionek po planszy. Nawet nie przybył tu z własnej inicjatywy. Gwen wezwała go za pomocą szeptoklejnotu, choć nie sprawiała wrażenia zbytnio ucieszonej jego widokiem. To przynajmniej zaczynał już rozumieć. Była uwięziona w bardzo skomplikowanej pajęczynie, utkanej z polityki i uczuć. Wyglądało na to, że Dirk również się w nią wplątał i teraz może jedynie przypatrywać się bezradnie, jak szaleją wokół niego ledwie zrozumiałe sztormy psychoseksualnych i kulturowych napięć. Czuł się już bardzo zmęczony bezradnością.

Nagle przypomniał sobie Kryne Lamiya. Na wietrznym pokładzie parkingowym stały tam dwa porzucone autoloty. Dirk odstawił z namysłem szklankę, otarł usta grzbietem dłoni i wrócił do ekranu ściennego.

Łatwo było znaleźć lokalizację wszystkich lądowisk dla autolotów w Larteynie. Parkingi znajdowały się na dachach wszystkich większych wież mieszkalnych, a głęboko w skale pod miastem ukryty był publiczny garaż. Ze spisu adresów Dirk dowiedział się, że można tam trafić za pośrednictwem każdej z dwunastu stacji podziemnych kabin, rozmieszczonych w równych odległościach od siebie, a jego ukryte drzwi otwierają się w połowie wysokości majaczącego nad Błoniami klifu. Jeśli Kavalarzy zostawili w tym opustoszałym mieście jakieś autoloty, z pewnością znajdzie je właśnie tam.

Zjechał kabiną na poziom ulicy. Tłusty Szatan minął już zenit i wędrował z wolna ku horyzontowi. Tam, gdzie padał posępny, czerwony blask, świecikowe ulice były wyblakłe i czarne, ale przechodząc przez cienie między kwadratowymi, hebanowymi wieżami, Dirk widział pod nogami zimne ognie miasta, delikatną, czerwoną poświatę skały, zanikającą już, lecz nadal obecną. Na otwartej przestrzeni sam rzucał cienie, niewyraźne, mroczne widma, które właziły niezdarnie na siebie, pokrywając się, lecz nie do końca, i przemykały z nienaturalną szybkością u jego stóp, budząc do życia śpiący świecik. Nie spotkał po drodze nikogo, choć cały czas myślał z niepokojem o Braithach, a w pewnej chwili minął dom, w którym z pewnością ktoś mieszkał. Był to kwadratowy budynek o kopulastym dachu i drzwiach wspartych czarnymi, żelaznymi kolumnami. Do jednej z nich przykuto łańcuchem psa wyższego niż Dirk. Bestia miała jaskrawoczerwone ślepia oraz długi, bezwłosy pysk, przywodzący na myśl pysk szczura. Ogryzała właśnie kość, lecz gdy Dirk przechodził obok, podniosła się i wydała z siebie gardłowy warkot. Ten, kto tu mieszkał, z pewnością nie lubił gości.

Podziemne kabiny nadal funkcjonowały. Zjechał w dół i światło dnia zniknęło. Wyszedł na zewnątrz w ukrytych pod ziemią korytarzach, gdzie Larteyn bardzo przypominał schronienia z Dumnego Kavalaanu: pełne ech kamienne sale ozdobione wiszącymi na ścianach płytami z kutego żelaza, metalowe drzwi, komnaty wewnątrz komnat. Wykuta w kamieniu twierdza, jak powiedział Ruark. Forteca, której żadna część nie była łatwa do zdobycia. Już ją jednak porzucono.

Garaż miał wiele pięter i był słabo oświetlony. Na każdym z jego dziesięciu poziomów zmieściłoby się tysiąc autolotów. Dirk jednak wędrował pół godziny przez pełne pyłu podziemia, nim natrafił na pierwszy wehikuł. Nic mu to wszakże nie dało. Tej maszynie również nadano postać zwierzęcia — ukształtowano ją z niebieskoczarnego metalu na groteskowe podobieństwo wielkiego nietoperza. Choć wyglądał on bardziej realistycznie i przerażająco niż stylizowana manta-banshee Jaana Vikary’ego, autolot był zaledwie wypaloną skorupą. Jedno z ornamentalnych nietoperzowych skrzydeł sterczało wygięte i na wpół stopione, a z samej maszyny została właściwie tylko karoseria. Wewnętrzne elementy, generator mocy i broń zniknęły. Dirk podejrzewał, że siatki grawitora również nie ma, choć nie widział spodniej strony wraku. Okrążył go raz i ruszył w dalszą drogę.

Drugi znaleziony przez niego autolot był w jeszcze gorszym stanie. W gruncie rzeczy, trudno w ogóle było go zwać autolotem. Nie zostało z niego nic poza nagą metalową konstrukcją oraz czterema butwiejącymi siedzeniami, które sterczały pośród prętów — szkielet odarty nawet ze skóry. Dirk minął również i ten wrak.

Dwa następne, choć nie uszkodzone, także były duchami. Dirk mógł się jedynie domyślać, że ich właściciele zakończyli życie na Worlornie i maszyny czekały na nich w podziemiach miasta jeszcze długo po tym, gdy już o nich zapomniano, aż wreszcie moc się wyczerpała. Spróbował uruchomić oba wraki, lecz żaden nie zareagował na jego dotyk ani na manipulacje.

Piąty wehikuł — po pełnej godzinie szukania — zareagował aż nazbyt szybko.

Była to krótka i przysadzista maszyna typowo kavalarskiej konstrukcji. Miała niewielkie, trójkątne skrzydła, które wydawały się w jej przypadku jeszcze bardziej bezużyteczne niż u innych maszyn produkowanych na Dumnym Kavalaanie. Pokrywała ją srebrna i biała emalia, a metalowa osłona kabiny została ukształtowana na podobieństwo głowy wilka. Po obu stronach kadłuba zamontowano działka laserowe. Autolot nie był zamknięty. Dirk uniósł osłonę, która poruszała się swobodnie. Wszedł do środka, zatrzasnął ją za sobą i spojrzał na zewnątrz przez wilcze ślepia, uśmiechając się z przekąsem. Potem dotknął sterów. Autolot dysponował pełną mocą.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)