Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
— Mnie Aryn wydaje się całkiem bohaterski — stwierdził ostrym tonem Dirk. — Na Avalonie zapewne szanowalibyśmy go choćby za to, że wyzwolił niewolnice, nawet jeśli nie udało mu się zwyciężyć.
Janacek łypnął na niego spode łba. Jego oczy błyszczały niczym niebieskie iskry osadzone w wąskiej czaszce. Szarpnął się z irytacją za rudą brodę.
— T’Larien, ten komentarz jest dokładnie tym, przed czym cię ostrzegałem. Eyn-kethi nie są niewolnicami. Są eyn-kethi. Osądzasz nas niesprawiedliwie i posługujesz się fałszywymi tłumaczeniami.
— Według ciebie. Według Ruarka…
— Ruarka — przerwał mu Janacek z pogardą w głosie. — Czy Kimdissianin jest dla ciebie jedynym źródłem informacji o Dumnym Kavalaanie? Widzę, że marnowałem czas i słowa, t’Larien. Już zostałeś zatruty i nie chcesz niczego zrozumieć. Stałeś się narzędziem manipulatorów z Kimdissa. Nie będę ci już niczego wyjaśniał.
— Świetnie — zgodził się Dirk. — Powiedz mi tylko, gdzie jest Gwen.
— Już ci powiedziałem.
— W takim razie, kiedy wróci?
— Późno i będzie zmęczona. Jestem pewien, że nie zechce się z tobą zobaczyć.
— Nie pozwalasz się jej ze mną spotkać!
Janacek milczał przez chwilę.
— Tak — przyznał wreszcie, zaciskając usta. — To najlepsze wyjście, t’Larien, zarówno dla niej, jak i dla ciebie, choć nie spodziewam się, byś w to uwierzył.
— Nie masz prawa.
— W twojej kulturze. W mojej mam do tego wszelkie prawo. Nigdy już nie zostaniesz z nią sam na sam.
— Gwen nie jest częścią waszej cholernej, chorej, kavalarskiej kultury — warknął Dirk.
— Nie urodziła się w niej, ale przyjęła nefryt i srebro oraz tytuł betheyn. Teraz jest kavalarską kobietą.
Dirk zaczął dygotać. Stracił panowanie nad sobą.
— A co ona ma w tej sprawie do powiedzenia? — krzyknął, podchodząc bliżej do Janacka. — Co powiedziała dziś w nocy? Czy zagroziła, że was opuści? — Dźgnął Kavalara palcem. — Powiedziała, że odejdzie ze mną, tak? A ty ją uderzyłeś i gdzieś zamknąłeś?
Janacek zmarszczył brwi i odtrącił brutalnie rękę Dirka.
— A więc do tego jeszcze nas szpiegujesz. Kiepsko ci to wychodzi, t’Larien, ale i tak jest to obraźliwe. To drugi błąd. Pierwszy popełnił Jaan, kiedy opowiedział ci o nas, zaufał ci i zaopiekował się tobą.
— Nie potrzebuję niczyjej opieki!
— To ty tak twierdzisz. To naiwna duma idioty. Tylko ci, którzy są silni, powinni odrzucać opiekę udzielaną słabym. Ci, którzy naprawdę są słabi, jej potrzebują. — Odwrócił się. — Nie będę już tracił dla ciebie czasu — oznajmił, kierując się w stronę jadalni. Na stole leżała wąska, czarna walizeczka. Janacek otworzył ją, strzelając jednocześnie oboma zamkami i unosząc pokrywę. Dirk zobaczył w środku pięć szeregów czarnych spinek w kształcie banshee, spoczywających na czerwonym filcu. Janacek uniósł jedną z nich.
— Czy rzeczywiście jesteś pewien, że tego nie chcesz? Korariell — zapytał z uśmiechem.
Dirk skrzyżował ramiona na piersi, nie zaszczycając tego pytania ani słowem reakcji.
Janacek czekał przez chwilę. Gdy odpowiedź nie nadeszła, wetknął spinkę z powrotem na miejsce i zamknął walizeczkę.
— Dzieci galarety nie są tak wybredne — stwierdził. — Muszę to zawieźć Jaanowi. Zjeżdżaj stąd.
Było wczesne popołudnie. Piasta płonęła stłumionym blaskiem pośrodku nieba, a słabe światełka czterech widocznych Słońc Trojańskich otaczały ją nierównym kręgiem. Dął silny wschodni wiatr, który zdawał się przechodzić w huragan. Po szaro-szkarłatnych zaułkach tańczyły obłoki kurzu.
Dirk siedział w rogu dachu ze zwieszonymi nad ulicą nogami. Zastanawiał się, co teraz zrobić.
Poszedł za Garse’em Janackiem na parking i widział, jak Kavalar odleciał swym masywnym, kanciastym wojskowym zabytkiem, zakutym w oliwkowy pancerz, zabierając ze sobą walizeczkę pełną banshee. Dwa pozostałe autoloty, szara manta i jaskrawożółta łza, również zniknęły. Został sam w Larteynie. Nie miał pojęcia, gdzie się podziała Gwen ani co jej zrobili. Przez chwilę żałował, że nie ma tu Ruarka. Szkoda też, że nie miał własnego autolotu. Z pewnością mógłby go wynająć w Wyzwaniu, gdyby tylko przyszło mu to głowy, albo nawet w kosmoporcie, zaraz po przybyciu. A tak został tu sam, zupełnie bezradny. Nawet powietrzne ślizgi zniknęły. Otaczający go świat był czerwono-szary i pozbawiony sensu. Dirk zastanawiał się, co robić dalej.
Gdy tak siedział, rozmyślając o autolotach, coś nagle przyszło mu do głowy. Festiwalowe miasta, które widział, bardzo się od siebie różniły, ale miały jedną wspólną cechę: w żadnym z nich nie było wystarczająco wiele powierzchni parkingowej, by przyjąć liczbę autolotów dorównującą liczbie ludności. Znaczyło to, że musiała je łączyć jakiegoś rodzaju sieć transportu. A to z kolei oznaczało, że mógł jednak zyskać swobodę ruchu.
Wstał, poszedł do kabin i zjechał do mieszkania Ruarka znajdującego się u podstawy wieży. Tak jak to zapamiętał, ekran ścienny ulokowany był między dwiema sięgającymi sufitu roślinami doniczkowymi o czarnej korze i ciemny, cały czas od chwili przybycia Dirka. Na Worlornie zostało bardzo niewielu ludzi, z którymi można byłoby się komunikować. Z pewnością jednak istniał tu obwód informacji. Dirk przyjrzał się dwóm szeregom przycisków widocznych pod ekranem i nacisnął jeden z nich. Ciemność ustąpiła miejsca bladoniebieskiemu światłu. Dirk odetchnął spokojniej. Przynajmniej sieć telekomunikacyjna nadal funkcjonowała.
Jeden z przycisków oznaczono znakiem zapytania. Dirk nacisnął go i otrzymał za to nagrodę. Niebieskie światło zniknęło i ekran wypełniły nagle szeregi maleńkich znaków, setki cyfr na oznaczenie setek usług, od pomocy medycznej poprzez informację religijną aż po wiadomości pozaplanetarne.
Wpisał szereg cyfr oznaczający „transport dla gości”. Przez ekran pomknęły liczne znaki i wszystkie nadzieje Dirka umarły jedna po drugiej. Wypożyczalnie autolotów znajdowały się w kosmoporcie i w dziesięciu z czternastu miast. Wszystkie przestały już działać. Zdatne do użytku autoloty opuściły Worlorn razem z tłumami turystów. W innych miastach można było wynająć poduszkowce albo wodoloty. Dawniej. W Musquel-nad-Morzem pływał wzdłuż brzegu autentyczny statek żaglowy z Zapomnianej Kolonii. Usługa wycofana. Międzymiastową linię aerobusów zamknięto, stratosferyczne liniowce o napędzie atomowym rodem z Tobera oraz wypełnione helem sterowce z Eshellinu również zniknęły. Ekran pokazał mu mapę superszybkiej kolei podziemnej, którą można było dotrzeć z kosmoportu do każdego z miast, lecz wszystkie linie miały kolor czerwony, który według umieszczonej pod mapą legendy oznaczał, że są wyłączone z eksploatacji.