Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7337-719-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
Głos wewnątrz umysłu — głos, który odzywał się do niego tylko w cichych godzinach nocy albo — za dawnych dni — w połowie butelki whisky, dodał: Biorąc pod uwagę, jak ich traktujemy, może jesteśmy przerażeni, bo wiemy, że na to zasłużyliśmy…
Nie… niczego nie ma za tymi oczami. To tylko glina i magiczne słowa.
Wzruszył ramionami.
— Ścigałem dzisiaj golema — oznajmił. — Stał na Mosiężnym Moście. Przeklęta figura. Posłuchaj, mamy przyznanie się i naoczny dowód. Jeśli nie znajdziesz nic lepszego niż… niż przeczucie, to musimy…
— Co takiego, sir? — spytał Marchewa. — Nic więcej nie możemy mu już zrobić. Jest w tej chwili martwy.
— Nieożywiony, chciałeś powiedzieć.
— Tak jest, sir. Jeśli woli pan w taki sposób to ująć.
— Jeśli nie Dorfl zabił tych staruszków, to kto?
— Nie wiem, sir. Ale myślę, że wie Dorfl. Może śledził mordercę.
— Czy można mu rozkazać, żeby kogoś osłaniał?
— Możliwe, sir. Albo sam postanowił osłaniać.
— Zaraz zaczniesz mnie przekonywać, że ma emocje. Gdzie zniknęła Angua?
— Pomyślała, że sprawdzi kilka kwestii, sir. Trochę… trochę mnie zdziwił ten drobiazg, sir. Miał go w ręku.
Uniósł nieduży przedmiot.
— Ułamany kawałek zapałki?
— Golemy nie palą, sir, i nie używają ognia. To… niezwykłe, że miał coś takiego.
— Aha — stwierdził Vimes sarkastycznie. — To ślad.
Trop Dorfla rozbrzmiewał głośno na ulicy — nozdrza Angui chwytały zmieszane zapachy rzeźni. Trasa biegła zygzakiem, ale z pewnym trendem kierunkowym. Wyglądało to tak, jakby golem położył linijkę nad miastem, po czym skręcał w każdą ulicę i alejkę, które wiodły w odpowiednim kierunku.
Angua dotarła do krótkiego, ślepego zaułka. Na końcu były wrota jakiegoś składu. Pociągnęła nosem i wyczuła mnóstwo innych zapachów. Ciasto. Farba. Smar. Żywica. Ostre, głośne, świeże zapachy. Powąchała raz jeszcze. Tkanina… wełna?
Na ziemi odcisnęła się cała plątanina tropów. Ślady dużych stóp.
Ta niewielka część Angui, która zawsze chodziła na dwóch nogach, zauważyła, że ślady stóp wychodzących odcisnęły się na śladach stóp wchodzących. Obwąchała całą uliczkę. Dwanaście istot, każda z własnym, bardzo wyraźnym zapachem — ale raczej zapachem towaru niż żywego stworzenia — zeszło całkiem niedawno po schodach. I wszystkie dwanaście stamtąd wyszło.
Zbiegła na dół i natrafiła na niepokonaną barierę.
Drzwi.
Łapy nie nadawały się do przekręcania gałek.
Zerknęła ponad szczyt schodów — nikogo nie było w pobliżu. Tylko mgła zawisła między ścianami domów.
Skoncentrowała się i zmieniła… Oparła się o mur, póki świat nie przestał wirować. Potem otworzyła drzwi.
Za nimi leżała rozległa piwnica. Nawet z wilkołaczym wzrokiem nie miała wiele do oglądania.
Musiała pozostać człowiekiem. Lepiej myślała jako człowiek. Niestety, tutaj i teraz, jako człowiek, miała umysł w dużej mierze zaprzątnięty świadomością, że jest naga. Ktokolwiek znajdzie w piwnicy nagą kobietę, z pewnością zacznie zadawać pytania. A może nie będzie tracił czasu na pytania, nawet na takie jak „Można?”. Angua oczywiście potrafiłaby sobie poradzić w takiej sytuacji, wolała jednak nie być do tego zmuszona. Bardzo trudno jest potem wytłumaczyć kształt ran.
A zatem nie ma czasu do stracenia.
Wszystkie ściany były pokryte napisami. Wielkie litery, małe litery, ale wszystkie tym kanciastym pismem, jakiego używały golemy. Widziała zdania wypisane kredą, farbą, węglem drzewnym, a w kilku przypadkach wyryte w samym kamieniu. Sięgały od podłogi po sufit, krzyżowały się wielokrotnie i często nie dało się rozpoznać treści. Tu i tam z plątaniny liter wyróżniało się słowo czy dwa:
…NIE BĘDZIESZ… TO, CO ROBI, TO NIE… GNIEW NA STWÓRCĘ… BIADA NIEMAJĄCYM WŁAŚCICIELA… SŁOWA W… GLINA Z NASZEJ… NIECH MÓJ… DOPROWADZI NAS DO WO…
Kurz na podłodze był poruszony, jakby kręciło się tu wielu ludzi. Angua przykucnęła i roztarła trochę ziemi, od czasu do czasu wąchając palce. Zapachy. Przemysłowe zapachy. Prawie nie potrzebowała specjalnych zmysłów, żeby je wykryć. Golemy nie pachniały niczym oprócz gliny i tego, z czym akurat pracowały.
I… coś przeturlało się pod palcami. Był to kawałek drewna, najwyżej dwa cale długości. Zapałka bez łebka.
Po kilku minutach poszukiwań znalazła ich jeszcze dziesięć, leżących tu i tam, jak gdyby rzuconych z roztargnieniem.
Była też połówka zapałki, kawałek dalej od pozostałych.
Angua się zorientowała, że zanika jej zdolność widzenia w ciemności. Zmysł węchu trwał o wiele dłużej. Na zapałkach wyczuwała silne zapachy — tę samą mieszankę, której tropy prowadziły do tego pomieszczenia. Ale zapach rzeźni, który zaczęła kojarzyć z Dorflem, pozostał tylko na złamanym drewienku.
Przykucnęła i przyjrzała się zebranym w stosik zapałkom. Dwanaście osób (dwanaście osób wykonujących brudną pracę) przybyło tu równocześnie. Nie zostali długo. Stoczyli… dyskusję — to te napisy na ścianach. Potem zrobili coś z jedenastoma zapałkami (tylko z drewnianymi ich częściami — nie zanurzono ich w roztworze, więc nie miały łebków; może ten golem pachnący żywicą pracował w fabryce zapałek?) i jedną złamaną.
Następnie wyszli i każdy poszedł w swoją stronę.
Dorfl ruszył wtedy na komendę straży, żeby się do wszystkiego przyznać.
Dlaczego?
Jeszcze raz obwąchała złamaną zapałkę. Nie ma wątpliwości: pachniała mieszaniną woni krwi i mięsa.
Dorfl przyznał się do morderstwa…
Popatrzyła na napisy ze ścian i zadrżała.
— Zdrówko, Fred. — Nobby podniósł kufel.
— Jutro oddamy składkowe pieniądze do puszki na herbatę. Nikt nie zauważy — uspokajał sumienie sierżant Colon. — Zresztą sytuacja zalicza się do alarmowych.
Kapral Nobbs patrzył smętnie w głąb kufla. Ludzie często to robią pod Załatanym Bębnem, kiedy już zaspokoją pierwsze pragnienie i w końcu mogą się przyjrzeć temu, co piją.
— Co ja teraz zrobię? — jęczał. — Jak jesteś jaśniepaństwem, to musisz nosić różne diademy, długie szaty i takie tam. A to kosztuje. A jeszcze musisz robić różne rzeczy. — Pociągnął solidny łyk. — To się nazywa nobbyesse obliże.
— Noblesse obligay — poprawił go Colon. — Pewno. Znaczy, że musisz się zachowywać odpowiednio do swojej pozycji. Dawać pieniądze na dobroczynność. Być łaskawym dla ubogich. Oddawać swoje stare ubrania ogrodnikowi, jeśli da się je jeszcze trochę ponosić. Znam się na tym. Mój wujek był kamerdynerem u starszej lady Selachii.
— Nie mam ogrodnika — poskarżył się Nobby ponuro. — Nie mam ogrodu. I nie mam starego ubrania, poza tym, co je noszę. — Łyknął piwa. — Ona oddawała swoje stare kiecki ogrodnikowi?
— Tak. — Colon pokiwał głową. — Zawsze uważaliśmy, że ten ogrodnik jest trochę dziwny. — Skinął na barmana. — Jeszcze dwa kufle winkle’a, Ron. — Zerknął na Nobby’ego. Stary przyjaciel wyglądał na bardziej załamanego niż kiedykolwiek przedtem. Muszą wspólnie jakoś wybrnąć z tej sytuacji. — I może dla Nobby’ego też dwa.