Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
It's strange what desire will make foolish people do
I never dreamed that I'd meet somebody like you
And I never dreamed that I'd lose somebody like you*
W półmroku komnat panowała cisza. Cisza z rodzaju tych, w których słychać nawet
oddech myszy. Cisza z rodzaju tych, w których człowiek wpatruje się w cienie i
zastanawia... kiedy coś ją przerwie? Kiedy nastąpi.. BUM?
Ale cisza trwała. Nieprzerwanie. Jedynie w ukrytym za regałami laboratorium, na
zastawionym różnego rodzaju fiolkami, butelkami oraz słoikami stole, w czarnym
kociołku bulgotała ciecz. Trudno określić, jaką miała barwę. Może była to czerń,
może bardzo głęboka, ciemna zieleń, czasami przecinana wstęgami jaśniejszej,
fluorescencyjnej zieleni. Na jej powierzchni co jakiś czas pojawiały się
półprzezroczyste, lśniące bąble. Jednak działo się to coraz rzadziej. Nad kociołkiem
stała spowita w czerń, wysoka postać. Twarz, ukryta pod kurtyną opadających na nią
ciemnych kosmyków, była całkowicie nieruchoma, jakby wyryta w kamieniu. Oczy
uważnie wpatrywały się w powierzchnię mikstury, a dłoń z różdżką kierowała się ku
palącemu się pod kociołkiem płomieniowi. Długie, blade palce mocno zaciskały się
na kawałku drewna, może nieco zbyt mocno.
Na samym środku eliksiru zaczął formować się wyjątkowo duży, ciemnozielony
bąbel, który wyłonił się spod powierzchni niczym wynurzający się z oceanu waleń.
Rósł i rósł, obejmując powoli całą powierzchnię mikstury, rozciągając się coraz
bardziej i bardziej, aż w końcu zadrżał i... pękł.
Severus poruszył różdżką i ogień pod kociołkiem zgasł. Mikstura zastygła,
przybierając jeszcze ciemniejszą barwę, chociaż gdzieś pod jej powierzchnią wciąż
wirowały fluorescencyjne wstęgi.
Powróciła cisza. Cisza, której nie zakłócał nawet oddech wpatrującego się w ścianę
mężczyzny. Jego brwi były ściągnięte, a usta zaciśnięte. Wyglądał, jakby pogrążył się
w rozmyślaniach. W bardzo głębokich i sięgających niezwykle daleko rozmyślaniach,
ponieważ stał tak, zupełnie bez ruchu, przez czterdzieści minut. Na jego twarzy nie
drżał żaden mięsień. Czarne tęczówki wpatrywały się w coś, czego nie było, oglądały
coś, co istniało jedynie w umyśle.
W końcu poruszył się, jakby wyrwany z głębokiego snu i ponownie spojrzał na eliksir.
Jego oczy były zmrużone, wydawać by się mogło, że wpatruje się w miksturę z
pewną dozą zawziętości. Powoli sięgnął do swych szat i wydobył z nich czarną,
lakierowaną buteleczkę. Podniósł z blatu niewielką chochlę i zanurzył ją w cieczy,
którą następnie przelał do butelki i dokładnie zakorkował. Przez jakiś czas trzymał
eliksir w dłoni, przyglądając mu się z nieczytelnym wyrazem twarzy. Po chwili jednak
mocniej zacisnął palce wokół gładkiego szkła i błyskawicznym ruchem ukrył butelkę
w fałdach swej szaty, a następnie odwrócił się, podszedł do jednej ze ścian, która
odsunęła się na bok pod wpływem jego dotknięcia, i wyszedł. Ściana powoli
zasunęła się za nim i w niewielkim pomieszczeniu ponownie zapadła cisza.
Tym razem była to jednak cisza z rodzaju tych, które następują po wielkich
wydarzeniach. Taka, która brzęczała w uszach. Taka, po której nie ma już nic.
***
Był wieczór. Severus Snape bezszelestnie przemierzał szeroki, pusty korytarz.
Znajdował się na siódmym piętrze. Szedł tutaj aż od biblioteki. Najpierw jednak
spędził przed jej drzwiami całe pół godziny, ukrywając się w cieniu za rogiem. I
czekając.
Jego ciemne oczy wpatrywały się w przybliżający się coraz bardziej zakręt. Gdzieś
przed nim rozbrzmiewały kroki. Szedł za nimi. A teraz usłyszał, że się zatrzymały.
Dotarł do zakrętu, przywarł do ściany i ostrożnie wyjrzał zza rogu.
Stał tam. W tych samych co zawsze, podartych dżinsach, błękitnej koszulce i
rozpiętej, granatowej bluzie. Z okularami na nosie i roztrzepaną strzechą
kruczoczarnych włosów na głowie. Pod pachą ściskał kilka książek. Przeszedł trzy
razy w tę i z powrotem wzdłuż ściany. Miał zaciśnięte powieki i spuszczoną głowę i
Severus bardzo dokładnie widział jego twarz. Była skupiona. Zawsze, kiedy próbował
się skupić, robiły mu się zmarszczki w kącikach oczu i zaciskał zęby tak mocno, że
widać było drganie szczęki. I oblizywał wargi.
Severus zmarszczył brwi. Sięgnął do ukrytej w szatach fiolki i owinął wokół niej dłoń.
Przymknął powieki i odetchnął. Kiedy otworzył oczy, nie było w nich już śladu po
wcześniejszym, stłamszonym blasku.
Chłopak zatrzymał się i przed nim w ścianie pojawiły się drzwi.
Severus spiął się, jakby szykował się do biegu albo przynajmniej do szybkiego
ruszenia z miejsca.
Drzwi otworzyły się. Chłopak zrobił krok w stronę wejścia, ale nagle zatrzymał się. I
odwrócił głowę.
Severus błyskawicznie cofnął się i przywarł do ściany. Stał tak przez jakiś czas, w
napięciu wpatrując się w róg korytarza, ale nikt się zza niego nie wyłonił. Ostrożnie
wysunął głowę i zerknął. Akurat na czas, aby zobaczyć, jak chłopak znika w
drzwiach. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszył. Pokonał dzielącą go od
pomieszczenia przestrzeń w zaledwie kilku długich, bezszelestnych krokach i dotarł
do nich akurat w chwili, kiedy ciężkie, drewniane drzwi właśnie się zamykały.
Wyciągnął rękę, aby je powstrzymać, ale wtedy jego wzrok powędrował w głąb
pokoju i zobaczył... kominek, znajome półki, zielony fotel.
Zatrzymał się tak gwałtownie, jakby wpadł na jakąś niewidzialną barierę. Zachwiał się
i cofnął o krok, opuszczając rękę. Wpatrywał się w pomieszczenie, dopóki drzwi nie
zatrzasnęły się z cichym kliknięciem. Na ściągniętej twarzy widniało dziwne
poruszenie, w rozszerzonych oczach tliło się coś nieokreślonego. Wyglądał, jakby nie
był w stanie wykonać żadnego gestu. Jakby to, co ujrzał, całkowicie wytrąciło go z
równowagi.
Po chwili wyraz jego twarzy zmienił się. Oczy zmrużyły się, a brwi ściągnęły w
zamyśleniu. Rozejrzał się. Korytarz był opustoszały. Drzwi zniknęły. Został sam.
Odwrócił się i ruszył w drogę powrotną.
***
- Cześć, Harry!
Harry poderwał głowę znad wyjątkowo ciekawego rozdziału dotyczącego
rozbudowanych zaklęć tarczy. Przed nim stała Luna. Trzymała w rękach kilka
książek i uśmiechała się.
- Cześć - odparł, przyglądając się okładkom. Wszystkie dotyczyły obrony magicznej.
- Co słychać? - zapytała dziewczyna, kładąc książki na blacie i przysiadając się. -
Nimfadora poprosiła mnie o wypożyczenie kilku pozycji - powiedziała cicho,
pochylając się do Harry'ego. Chłopak nadal wpatrywał się w książki. W jego umyśle
zaczął się formować pewien pomysł.
Od kilku dni zastanawiał się, w jaki sposób mógłby przejść od teorii do praktycznej
nauki zaklęć. A w szczególności nurtowała go sprawa z Legilimens Evocis. Jak, do
diabła, miałby się go sam nauczyć?
I teraz rozwiązanie siedziało przed nim. Luna.
Podejrzewał, że była jedyną osoba w całej szkole, która nie próbowałaby go odwieść
od pomysłu nauki tego zaklęcia, a także nie wygłosiłaby mu żadnego kazania, gdyby
zwierzył jej się ze swoich planów dotyczących Czarnej Magii.
Zawsze warto spróbować. To była chyba jego jedyna deska ratunku.
- W porządku - odparł po pewnym czasie, oblizując wargi i pochylając się do niej. -