Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
zamiar przejść przez solidne, drewniane drzwi, które zmaterializowały się przed nim,
kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił głowę w lewo, spoglądając na pogrążony w
półmroku zakręt korytarza. Zmrużył oczy.
Niczego tam nie było. Pewnie któryś z portretów się poruszył albo jakiś duch
przeniknął przez ścianę.
Wzruszył ramionami i wszedł do komnaty. Drzwi zaczęły powoli się za nim zamykać,
skrzypiąc cicho. Nawet się nie rozglądał. Komnata nie robiła już na nim takiego
wrażenia, jak na początku. Przyzwyczaił się do niej. Była po prostu... miejscem.
Miejscem, w którym mógł być zupełnie sam. Miejscem, w którym czuł się
bezpiecznie.
Ruszył w stronę zielonego fotela, pochylił się i położył książki na stoliku. Za sobą
usłyszał ciche kliknięcie zamka.
W zasadzie to wziął te książki na wszelki wypadek. Najpierw chciał czegoś
spróbować. Wyciągnął z kieszeni maleńki kawałeczek pergaminu i rozwinął go. Na
kartce widniało jedno słowo: "Aduro".
Prawdziwe czarnomagiczne zaklęcie. Zapisał je podczas ostatniej wędrówki do
Działu Ksiąg Zakazanych. Chciał spróbować. Chciał sprawdzić, czy uda mu się je
rzucić. Czy w ogóle jest w stanie rzucić jakiekolwiek czarnomagiczne zaklęcie. To,
które miał w rękach, powodowało przypalenie i roztopienie się skóry. A i tak było
jednym z najłagodniejszych.
Miał za to ogromny problem z wybraniem celu. Wiedział, że Nott uczył się tych zaklęć
na ptakach i zwierzętach. Ale on... on nie zamierzał. Potrzebował czegoś
mniejszego. Czegoś znacznie mniejszego. Czegoś, co nie posiada twarzy, dzioba,
pyska, czy czego tam jeszcze. Czegoś, co z pewnością nie potrafi patrzeć. Może
mysz? Nie, nie, nie. Coś jeszcze mniejszego. Motyl? Nie, mogą mu nieprzyjemnie
drżeć skrzydła. Coś jeszcze mniejszego. Pierwotniak! Ale czy pierwotniaka w ogóle
da się zobaczyć gołym okiem? A zresztą skąd miałby go wziąć? W końcu, po długim
namyśle zdecydował się na zemszczenie się w imieniu Rona na wszystkich pająkach
świata i złapał sobie małego pajączka, który właśnie spoczywał spetryfikowany w
jego kieszeni. Wyłowił fiolkę, wytrząsnął pająka na stolik i wyciągnął różdżkę.
Skierował ją na pająka, kilka razy przeczytał w myślach zaklęcie (przy okazji uderzyło
go to, że większość czarnomagicznych zaklęć była bardzo krótka i łatwa do
wymówienia, np. Crucio, Imperio, Aduro... Pewnie po to, by jak najszybciej zadać
ofierze ból.)
Odetchnął głęboko i skoncentrował się. Czytał, że musi wydobyć z siebie gniew,
nienawiść, chęć mordu, chęć skrzywdzenia tego, na kogo pragnie rzucić zaklęcie.
Ale przecież ten biedny pająk nic mu nie zrobił. Stwierdził więc, że musi podejść do
tego nieco inaczej.
"To wszystko przez ciebie" - pomyślał, wpatrując się w pająka. - "Przez ciebie. Cała ta wojna, to wszystko twoja wina! Muszę cię zniszczyć! Nienawidzę cię, słyszysz?
Nienawidzę! To ty do tego doprowadziłeś! To ty zabiłeś moich rodziców! Wiem!
Jesteś... to ty jesteś Voldemortem! Tak! Jesteś Voldemortem i nienawidzę cię tak
bardzo, że aż... aż..."
- Aduro!
Z końca różdżki wyleciała maleńka smużka czerwonego dymu, która pyknęła cicho i
rozwiała się.
Harry westchnął i opuścił dłoń.
Jak miał to zrobić? Przecież to było kompletnie bez sensu. Nawet jeżeli próbował
sobie wyobrazić, że na końcu odwłoka znajduje się maleńka twarz Voldemorta. Nie,
nigdy nie uda mu się rzucić tego zaklęcia. Nie w takich warunkach. Po prostu, kiedy
nadejdzie pora konfrontacji z Voldemortem... będzie musiał improwizować.
A teraz lepiej chyba będzie, jeżeli skupi się na przeciwzaklęciach i Legilimens Evocis.
Tak, tak będzie lepiej.
***
Resztę tygodnia spędził na lekcjach (z których niewiele pamiętał, ponieważ wciąż
myślał o tym, jak rzucić Legilimens Evocis), czytaniu w bibliotece (okazjonalnym,
ostatnio nie miał już tak dużo czasu), zajęciach z Tonks (która na razie uczyła go
jedynie różnych rodzajów zaklęć-tarcz i nie miał jeszcze okazji zapytać ją o
legilimencję) oraz spotkaniach z Luną i kolejnych próbach rzucenia Legilimens
Evocis (nie udało mu się ani razu). Hermiona nie komentowała tego, że Harry ciągle
gdzieś znika, za to Ron zdawał się być coraz bardziej zirytowany tym, że jego
najlepszy przyjaciel nie ma dla niego nawet chwili czasu. Na szczęście Hermiona
próbowała go czymś zająć. Na przykład całowaniem.
Jakby jeszcze tego było mało, czuł w sobie coraz większe napięcie i kilka razy łapał
się na tym, że samo pocieranie penisem o spodnie sprawiało, że robił się twardy.
Dwa dni pod rząd miał mokre sny i budził się z erekcją. Obciągał sobie szybko, aby
pozbyć się nagromadzonej spermy i poczuć ulgę. Starał się wtedy o niczym nie
myśleć, a już w szczególności wyrzucić z pamięci obrazy ze snu. Obrazy, w których
leżał na zielonym fotelu, z głową wciśniętą w siedzisko i czuł ostre pchnięcia. Na
szczęście skutecznie udawało mu się blokować myśli o tym, kim była osoba, której
pchnięcia czuł.
W zasadzie to Harry był tak zajęty, że nie miał nawet czasu na to, aby... nienawidzić
Snape'a. Po prostu o nim nie myślał. I nawet nie spotykał go już tak często, jak
wcześniej. Czasami tylko widział go na posiłkach albo na korytarzach. Nie wiedział,
czy to z powodu tego, że nie chodził już tak często do biblioteki, a nawet jeżeli już, to o bardzo nieregularnych porach, czy też Snape w końcu postanowił dać mu spokój.
Nie, wolał się nad tym nie zastanawiać.
Niezależnie od tego, co było powodem, to podczas piątkowej lekcji Eliksirów Snape
zachowywał się tak samo, jak przez ostatnie dni. To znaczy, że próbował udawać
zwykłego nauczyciela. Wciąż wyglądał na trochę zamyślonego i nie powiedział
Neville'owi nic na temat braku nowego kociołka, który jeszcze nie dotarł z domu, i po
prostu kazał mu się przysiąść do Hermiony, stwierdzając że "może jakimś cudem
spłynie na niego trochę tego, co Granger ma w głowie", co było "zawelonowaną
pochwałą" jak stwierdził później Ron.
- Chyba zawoalowaną.
- No przecież mówię. Zawelonowaną.
- Nie. Tu chodzi o woal, a nie o welon.
- A co za różnica, Hermiono? Przynajmniej da się to wymówić.
- Różnica polega na tym, że takie słowo nie istnieje, Ronaldzie.
- E tam. W takim razie właśnie je stworzyłem. A poza tym odkryłem już, co się stało
ze Snape'em.
Hermiona rzuciła Harry'emu szybkie spojrzenie. Harry nie odwzajemnił go.
Wpatrywał się w płomienie z ręką zawieszoną nad pergaminem. Pisali właśnie esej
na Historię Magii, siedząc na kanapie w Pokoju Wspólnym.
- Tak? - zapytała uprzejmie, ponownie spoglądając na rozpromienionego Rona.
- To wszystko przez Dumbledore'a! Założę się o sto galeonów, że nieźle nagadał
Snape'owi po tym, jak dowiedział się o jego zachowaniu na lekcji i zagroził mu, że
jeżeli się nie zmieni, to wywali go ze szkoły! Ha! I co wy na to?
Oboje milczeli. Harry nadal nie odrywał spojrzenia od płomieni. W końcu odezwała
się Hermiona.
- Tak, pewnie tak było - powiedziała cicho, pochylając się nad swoimi notatkami.
- Serio? Wow. Nie wierzę, że się ze mną zgodziłaś. To pewnie przez to, że niedługo
Walentynki, co? - Rudzielec wyszczerzył się. Hermiona rzuciła mu ostre spojrzenie i
Ron szybko spuścił wzrok i wbił go w leżący przed sobą pergamin. Przez chwilę