Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
Teraz zatem ludzie ci, których pomijały pieśni, zajęli miejsca na wyściełanych ławach przed twardym tronem. Gdy zjawił się król, znów powstali. Wraz z nim przybyła Kobieta z Gontu — większość z nich widziała ją już, toteż jej wygląd nie wywołał poruszenia — oraz niewysoki mężczyzna w brązie i czerniach.
— Wygląda jak wioskowy czarownik — zauważył kupiec z Kamery, zwracając się do szkutnika z Way.
— Bez wątpienia — odparł tamten z czułością i rezygnacją. Wielu członków rady kochało, a przynajmniej lubiło króla. Ostatecznie to on dał im władzę i nawet jeśli nie czuli się zobowiązani okazywać mu wdzięczności, szanowali jego osąd.
Do sali wbiegła spóźniona starsza władczyni z Ebea i książę Sege kierujący obradami polecił doradcom zająć miejsca. Wszyscy usiedli.
— Wysłuchajcie króla — zaczął Sege. I wysłuchali. Opowiedział im — dla wielu były to pierwsze wieści w tej materii — o ataku smoków na zachodni Havnor i o tym, jak wyruszył w drogę z Kobietą z Gontu, Tehanu, by z nimi pertraktować.
Utrzymywał doradców w napięciu, opowiadając o wcześniejszych atakach smoków na wyspy Zachodu. Powtórzył też krótko historię Onyksa o dziewczynie, która na pagórku Roke zamieniła się w smoka. Przypomniał, iż Tehanu uznawana jest za córkę przez Tenar od Pierścienia, niegdysiejszego Arcymaga z Roke i smoka Kalessina, który przyniósł króla na grzbiecie z Selidoru.
W końcu powtórzył, co się zdarzyło na przełęczy w górach Faliern trzy dni temu o świcie. Zakończył, mówiąc:
— Smok ów zaniósł wiadomość od Tehanu do Orm Irian na Palnie. Czeka ją daleki lot, ponad trzysta mil. Lecz smoki szybsze są niźli statek, nawet ten niesiony magicznym wiatrem. W każdej chwili możemy spodziewać się przybycia Orm Irian.
Książę Sege odezwał się pierwszy. Zadał pytanie, wiedząc, że król będzie mu rad.
— Co chcesz zyskać, panie, pertraktując ze smokiem? Odpowiedź padła natychmiast.
— Więcej, niż moglibyśmy zyskać, próbując z nim walczyć. Trudno mi to przyznać, taka jednak jest prawda. Gdyby te potężne stworzenia zechciały nas zaatakować, nie dysponujemy żadną obroną przed ich gniewem. Mędrcy powiadają, że być może, jedna wyspa zdołałaby się im oprzeć. Roke. A na Roke, być może, pozostał jeden człowiek, który potrafiłby stawić czoło gniewowi smoka i nie zginąć. Musimy zatem odkryć przyczynę tego gniewu i usunąć ją, aby zawrzeć z nimi pokój.
— To przecież zwierzęta — zauważył stary władca Felkway. — Ludzie nie mogą rozmawiać ze zwierzętami, zawierać z nimi pokoju.
— Czyż nie mamy miecza Erreth-Akbego, który zabił wielkiego smoka?! — wykrzyknął młody członek rady.
Natychmiast odpowiedział mu ktoś inny.
— A kto zabił Erreth-Akbego?
Debaty rady bywały zwykle hałaśliwe, choć książę Sege utrzymywał ścisły porządek, nie pozwalając, by doradcy przerywali sobie nawzajem lub przemawiali dłużej niż dwie minuty odmierzane przez klepsydrę. Gadułów uciszał uderzeniem okutej srebrem laski, po czym wzywał do głosu następnego mówcę. Rozmawiali i krzyczeli zatem, wymieniając szybkie uwagi. Mówili wszystko, co trzeba i czego nie trzeba, powtarzali kolejno argumenty, zbijali je i wzmacniali. Większość upierała się, iż należy ogłosić wojnę, podjąć walkę ze smokami i pokonać je.
— Oddział łuczników na jednym z okrętów wojennych wystrzelałby je jak kaczki! — wykrzyknął gorącokrwisty kupiec z Wathortu.
— Czyż mamy poniżać się przed bezrozumnymi zwierzętami? Czyż nie ma już wśród nas bohaterów? — spytała z pogardą wyniosła pani z O-Tokne.
Słysząc to, Onyks odparł ostro:
— Bezrozumne? Władają przecież Mową Tworzenia, na znajomości której opiera się nasza sztuka i moc. Są zwierzętami, tak jak my nimi jesteśmy. Ludzie to zwierzęta, które mówią.
Na to odezwał się kapitan statku, stary doświadczony mężczyzna.
— Czy zatem to nie wy, magowie, powinniście z nimi rozmawiać? Znacie przecież ich mowę i może dysponujecie podobną mocą. Król opowiadał o młodej nieuczonej dziewczynie, która zamieniła się w smoka. Magowie jednak potrafią to zrobić w każdej chwili. Czyż zatem Mistrzowie z Roke nie mogliby pomówić ze smokami i w razie potrzeby podjąć z nimi walki jak równy z równym?
Czarnoksiężnik z Palnu podniósł się z miejsca. Był niskim mężczyzną o cichym głosie.
— Przybrać czyjąś postać, kapitanie, oznacza stać się tą istotą — rzekł uprzejmie. — Mag może upodobnić się do smoka, lecz prawdziwa przemiana to ryzykowna sztuka, zwłaszcza teraz. Mała zmiana pośród wielkich to tchnienie wobec huraganu. Jest jednak wśród nas ktoś, kto nie potrzebuje korzystać z naszych sztuk, a jednak potrafi lepiej przemówić w naszym imieniu do smoków niż ktokolwiek inny. Jeśli zechce to uczynić.
Tehanu wstała ze swej ławki u stóp tronu.
— Zechcę — oznajmiła i usiadła.
To sprawiło, że dyskusja na moment zamarła. Wkrótce jednak wybuchła ze zdwojoną siłą.
Król słuchał, nie odzywając się ani słowem. Chciał poznać zdanie swych poddanych.
Na Wieży Miecza srebrne trąby czterokrotnie odegrały fanfarę, zwiastując nadejście godziny szóstej, południa. Król wstał i książę Sege ogłosił przerwę do pierwszej godziny popołudniowej.
W komnacie w Wieży Królowej Heru przygotowano lekki posiłek złożony z sera, warzyw i letnich owoców. Lebannen zaprosił tam Tehanu i Tenar, Olchę, Sege’a i Onyksa, który, za pozwoleniem króla, przyprowadził ze sobą pelnijskiego czarnoksiężnika Seppela. Razem zasiedli do posiłku, rozmawiając lekko, swobodnie. Okna komnaty wyglądały na port i północny brzeg zatoki niknący w błękitnej mgiełce — pozostałości porannej mgły, a może dymu z pożarów lasów na zachodzie wyspy.
Olcha wciąż czuł oszołomienie. Czemu znalazł się wśród najbliższych króla i trafił do sali rady? Co on ma wspólnego ze smokami? Nie potrafił z nimi walczyć ani rozmawiać. Nawet sobie ich nie wyobrażał. Chwilami przechwałki i wyzwania rzucane przez członków rady przypominały mu ujadanie psów. Widział kiedyś na plaży szczeniaka oszczekującego ocean, atakującego fale rozbijające się na piasku, a potem uciekającego przed nimi z mokrym ogonem między nogami.
Cieszył się jednak, że może być z Tenar. Przy niej był spokojny. Lubił ją za uprzejmość i odwagę. Odkrył także, iż dobrze się czuje w obecności Tehanu.
Okaleczenie sprawiało, iż wydawała się mieć dwie twarze. Nie widział ich obu jednocześnie, zawsze jedną albo drugą. Przywykł jednak do tego i przyjmował spokojnie. Twarz jego matki w połowie przesłaniało ciemnoczerwone znamię. Tehanu mu ją przypominała.
Wydawała się dziś mniej niespokojna niż przedtem. Siedziała cicho. Kilka razy odezwała się do siedzącego obok Olchy nieśmiało, przyjaźnie. Miał wrażenie, że podobnie jak on nie znalazła się tu z własnego wyboru. Musiała podążać drogą, której nie pojmuje. Może ich drogi się zbiegały, przynajmniej na jakiś czas. Pomysł ten dodał mu odwagi. Wiedział, że coś musi zrobić, że już to zaczął i musi skończyć, i uznał, iż cokolwiek to jest, lepiej załatwić to z nią niż bez niej. Może ją także pchnęła ku niemu ta sama samotność. Lecz w rozmowie nie poruszali równie poważnych tematów.
— Mój ojciec dał ci kociaka — rzekła, gdy wstali od stołu. — To jedno z kociąt cioteczki Mech?
Przytaknął.
— Szare?
— Tak.
— Najlepsze z całego miotu.