Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Carabella, która tymczasem wyszła z wozu, obserwowała go z niepokojem.
— Pozwól, że ci pomogę — powiedziała, kucając obok niego. Rozciągnęła go płasko na ziemi i rozmasowała mięśnie jego szyi i karku. Ulga w fizycznym cierpieniu była widoczna, ale ponury nastrój nie ustąpił.
— Nie pomogła ci wieszczka? — Nie.
— Nie chcesz o tym mówić?
— Raczej nie.
— Jak wolisz — zgodziła się Carabella bez sprzeciwu, jej oczy błyszczały jednak zaciekawieniem i współczuciem. Musiał coś powiedzieć.
— Niewiele zrozumiałem z tego, co ta kobieta mówiła. A z tym, co zrozumiałem, trudno mi się zgodzić. Wolałbym jednak nie rozmawiać o tym.
— Jeśli kiedyś poczujesz potrzebę…
— Nie teraz. Zresztą może nigdy. — Czuł, że Carabella usiłuje dotrzeć do niego na wszelkie sposoby i że pragnie uśmierzyć ból jego duszy, tak jak uśmierzyła ból ciała. Czuł, jak promieniuje miłością. Zawahał się. Chwilę walczył ze sobą. W końcu zaczął, choć niepewny jeszcze, co powie.
— To, co mówiła wróżka…
— Tak?
Nie. Mówienie o tych rzeczach oznaczałoby nadawanie im realnego kształtu, a przecież to, co się z nim dzieje, nie może być realne. To tylko absurd, fantazje, chimery.
— …nie miało żadnego sensu — dokończył ostrym tonem. Carabella spojrzała na niego z wyrzutem. Odwrócił wzrok.
— Czy nie możesz tego zrozumieć? — spytał w końcu. — To była stara, szalona kobieta. Plotła trzy po trzy. Wierz mi, nie ma co powtarzać. A poza tym chodziło o mój sen. Nie chcę więcej nikomu opowiadać swoich snów. Ja… — Zobaczył, że Carabella jest wstrząśnięta. Zmienił ton głosu. — No, wystarczy. Dawaj piłki, pożonglujemy.
— Teraz? — Właśnie teraz. — Ale…
— Chcę, żebyś nauczyła mnie wymiany piłek między żonglerami. Proszę.
— Za pół godziny wyjeżdżamy!
— Proszę cię — powiedział ponaglająco.
Skinęła głową i wbiegła po schodach do domu, by już po chwili wrócić z piłkami. Odeszli nieco dalej, tam gdzie było więcej miejsca, i Carabella rzuciła Valentine'owi trzy piłki. Nie wyglądała jednak na zadowoloną.
— O co chodzi? — spytał.
— Chcesz się uczyć nowej techniki mając umysł zaprzątnięty zmartwieniem. Nie radziłabym.
— Może to mnie uspokoi — rzekł. — Spróbujmy.
— Jak chcesz. — Carabella zaczęła żonglować, stopniowo zwiększając tempo. Valentine usiłował naśladować ją, ale trudności sprawiało mu przebrnięcie przez najłatwiejsze ćwiczenia. Miał zimne ręce i sztywne palce. Gubił piłki. Carabella nie odzywała się. Żonglowała dalej, a on wykonywał kolejne nieudane serie rzutów i denerwował się coraz bardziej. Nie chciała mu powtarzać, że wybrał zły moment na naukę, ale jej milczenie, jej twarz, nawet jej postawa, wszystko razem przemawiało silniej niż słowa. Valentine rozpaczliwie usiłował uchwycić rytm. SPADŁEŚ Z WYSOKIEGO MIEJSCA, brzmiały mu w uszach słowa wieszczki, A TERAZ MUSISZ SIĘ TAM WSPIĄĆ NA POWRÓT. Zagryzł wargi. Jak można skoncentrować się na grze mając głowę zaprzątniętą takimi sprawami? Ręka i oko, ręka i oko, zapomnij o wszystkim innym. Ręka i oko. A JEDNAK, LORDZIE VALENTINE, WSPINACZKA CIĘ NIE OMINIE I TO WCALE NIE JA KAŻĘ CI TAM WCHODZIĆ. Nie, nie, nie. Trzęsły mu się ręce. Palce były soplami lodu. Zrobił jeden niezręczny ruch i piłki rozsypały się.
— Proszę cię, Valentine — powiedziała łagodnie Carabella.
— Przynieś maczugi.
— Będzie ci szło jeszcze gorzej. Chcesz połamać palce?
— Maczugi — powtórzył.
Wzruszyła ramionami, zebrała piłki i weszła do wozu. W drzwiach stanął Sleet, przeciągnął się, ziewnął, rzucił Valentine'owi zdawkowe powitanie. Wyszedł Shanamir, też mruknął jakieś pozdrowienie i poszedł nakarmić wierzchowce. Jeden ze Skandarów zajrzał pod wóz, żeby coś poprawić przed drogą. Zaczynał się ranek. Carabella wróciła
I podała Valentine'owi maczugi. Czując na sobie chłodne spojrzenie Sleeta, Valentine stanął w odpowiedniej pozycji, rzucił maczugę za wysoko i zepsuł chwyt. Nikt się nie odezwał. Valentine spróbował jeszcze raz. Wyrzucił kolejno trzy. Krążyły nie dłużej niż pół minuty i rozsypały się. Jedna uderzyła go boleśnie w palce u nogi. Valentine zauważył spojrzenie Autifona Deliambera, obserwującego całą scenę z pewnej odległości. Pozbierał maczugi, podczas gdy Carabella, stojąc tuż przed nim, nie przerywała żonglerki. Ignorowała go. Valentine jeszcze raz wyrzucił trzy maczugi. Upuścił jedną, zaczął znów. Upuścił drugą, zaczął znów, źle chwycił i wybił sobie lewy kciuk.
Jeszcze udawał, że nic się nie stało. Jeszcze pozbierał maczugi. Ale tym razem do akcji wkroczył Sleet. Podszedł i chwycił go za oba nadgarstki.
— Nie teraz — powiedział. — Oddaj mi je.
— Chcę ćwiczyć.
— Żonglowanie nie jest odtrutką na zmartwienia. Jesteś z czegoś niezadowolony i to psuje twoją grę. Jeśli nadal będziesz tak robił, na długo wypadniesz z rytmu i żeby odzyskać formę, będziesz potrzebował tygodni.
Valentine usiłował się wyrwać z rąk Sleeta, ale mały człowieczek nie ustępował. Carabella odeszła parę kroków dalej i żonglowała nie zwracając na nich uwagi. Valentine nieoczekiwanie przestał się szarpać. Ziewnął. Spokojnie oddał Sleetowi maczugi. Sleet podszedł z nimi do wozu. Chwilę później na schodach stanął Zalzan Kavol, podrapał się wszystkimi czterema rękami dokładnie, z przodu i z tyłu, jakby szukał pcheł, a gdy miał już dość drapania, huknął:
— Wszyscy do środka! Ruszamy w drogę!
Rozdział 14
Droga do Dulornu, miasta Ghayrogów, wiodła przez kipiące zielenią, urodzajne okolice rolnicze, po gospodarsku doglądane troskliwym okiem letniego słońca. Tak jak większość połaci Majipooru, tak i ten kraj był gęsto zaludniony, ale dzięki mądremu zagospodarowaniu przestrzeni szerokie strefy uprawne były poprzedzielane pasami ruchliwych miast, toteż podróżując tędy jechało się, jak dzień długi, godzinę wśród farm, godzinę przez miasto i znów godzinę wśród farm, i znów godzinę przez miasto. W tej rozległej, opadającej na wschód od Falkynkip dolinie zwanej Rozpadliną Dulorn klimat znakomicie sprzyjał rolnictwu, ponieważ tutejsze podzwrotnikowe upały były łagodzone deszczami powstającymi w wyniku przenikania arktycznych mas powietrza do jej północnych krańców. Sezon uprawny trwał przez cały rok, a teraz przyszła pora na zbiory słodkich żółtych bulw stadżdża, z których pieczono chleb, oraz na zbiory owoców niyk i glein.
Oczarowany pięknem krajobrazu Valentine radośniej spojrzał na świat i przestał rozmyślać o sprawach, które kładły się cieniem na jego duszę. Należało cieszyć oczy cudami, w jakie obfitowała planeta. Oto na horyzoncie tańczyły drzewa niyk o czarnych wysmukłych pniach, rosnące w grupach o wymyślnych geometrycznych kształtach; oto zastępy Hjortów i ludzi w wiejskich ubraniach mocując się z ciężkimi bulwami uwijały się na polach stadżdża niczym armia najeźdźców; oto przed chwilą wóz sunął cicho przez okolice pełne jezior i strumieni, a teraz przez zieloną równinę, pośród której sterczały podobne do olbrzymich zębów bloki białego granitu.
W samo południe wóz dojechał do szczególnie pięknego miejsca, a mianowicie do jednego z rezerwatów przyrody. Przy wejściu zielono podświetlona tabliczka głosiła: