Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 141
Перейти на страницу:

Tisana była kobietą w podeszłym wieku, silną, tęgą i nieprzeciętnie wysoką, o szerokiej masywnej twarzy i chłodnym badawczym spojrzeniu. Miała rozpuszczone czarne włosy, poznaczone już pasmami siwizny, i mocne, choć pulchne dłonie. Sprawiała wrażenie osoby mądrej i pewnej siebie.

Przywitała Valentine'a jego imieniem i kazała mu się rozgościć.

— Przynoszę ci, jak się zapewnię domyślasz, pozdrowienia i uściski od Autifona Deliambera — rzekł Valentine.

Wieszczka pokiwała głową z powagą.

— Tak, przesłał mi już parę słów, ten szubrawiec! Ale cenię sobie jego pozdrowienia mimo wszystkich tych sztuczek, do których jest zdolny. Uściśnij go również ode mnie. — Zakręciła się po małym ciemnym pokoju, zaciągnęła zasłony, zapaliła trzy grube czerwone świece i jakieś kadzidła. Mebli było tu niewiele, tylko wysoki stos wełnianych dywaników w szarej i czarnej tonacji, wiekowy drewniany stół i wysoka stara szafa. Wciąż się krzątając, powiedziała:

— Czy uwierzysz, że znam Deliambera prawie od czterdziestu lat? Spotkaliśmy się po raz pierwszy na początku panowania Tyeverasa, na festynie w Piliploku, kiedy to do miasta przybył nowy Koronal, Lord Malibor, który utonął podczas polowania na smoka morskiego. Mały Vroon już wtedy był mądry. Staliśmy na ulicy, witając przejeżdżającego Lorda, a Deliamber powiedział: “Wiesz, on umrze przed Pontifexem". Zabrzmiało to tak, jakby ktoś przepowiadał deszcz, kiedy wieją suche południowe wiatry. Żachnęłam się, uważając, że mówi okropne rzeczy, ale on wiedział swoje. To straszne, kiedy Koronal umiera, podczas gdy Pontifex żyje i żyje. Jak ci się zdaje, ile on teraz ma lat? Sto? Sto dwadzieścia?

— Nie mam pojęcia — odrzekł Valentine.

— Jest stary, bardzo stary. Był Koronatem na długo przedtem, nim zamknął się w Labiryncie. A tam przeżył już rządy trzech innych Koronali. Zastanawiam się, czy przeżyje Lorda Valentine'a. — Jej oczy spoczęły na przybyszu. — Myślę, że Deliamber wie również to. Napijesz się ze mną wina?

— Tak — odpowiedział. Niezbyt podobała mu się jej bezpośredniość.

Tisana wyciągnęła rzeźbioną karafkę i nalała dwie pełne miarki wina, nie tamtego palmowego z Pidruid, lecz starego, słodko pachnącego miętą, imbirem i czymś jeszcze, bardziej tajemniczym. Odczekała, aż przełknie łyk i drugi, i dopiero wtedy rzuciła od niechcenia:

— Domyślasz się chyba, że to wino zawiera pewien medykament?

— Medykament? Jaki?

— Rozjaśniający umysł.

— Och! No tak, oczywiście. — Czuł się zakłopotany swoją niewiedzą. Zmarszczył brwi i zapatrzył się w kielich. Wino miało barwę ciemnoczerwoną, niemal purpurową i odbijało na swojej powierzchni zniekształcone migotliwym blaskiem świec oblicze Valentine'a. Zastanawiał się, co teraz nastąpi. Czy powinien opowiedzieć jej swoje ostatnie sny? Spokojnie, spokojnie. Dopił wino szybkimi łykami, ale stara kobieta znów napełniła jego kielich, dolewając również do swojego, ledwo napoczętego.

— Dużo czasu minęło, od kiedy ostatni raz byłeś u wieszczki, prawda?

— Chyba bardzo dużo.

— To widać. Teraz powinnam dostać od ciebie zapłatę. Taki jest zwyczaj. Cena jest wyższa niż ta, którą pamiętasz. Valentine sięgnął po sakiewkę. — To było tak dawno…

— …że niczego nie pamiętasz, rozumiem. Teraz biorę dziesięć koron. Doszły nowe podatki i mam różne inne potrzeby. Za czasów Lorda Voriaxa brałam pięć, a kiedy pierwszy raz podjęłam się tego zadania za rządów Lorda Malibora, dostawałam dwie, może dwie i pół. Czy to nie za dużo dla ciebie, dziesięć koron?

Tyle dostawał tygodniowo od Zalzana Kavola poza spaniem i jedzeniem, ale gdy przybył do Pidruid, miał sakiewkę ciężką od monet, choć nie wiedział, skąd ani dlaczego tam się znalazły; prawie sześćdziesiąt rojali, i jeszcze zachował ich sporo. Dał wieszczce rojala, ona zaś niedbałym gestem wrzuciła monetę do stojącej na stole zielonej porcelanowej miseczki. Valentine ziewnął. Przyglądała mu się. Jeszcze raz się napił, ona też. Znów napełniła kielichy. Valentine tracił powoli jasność myśli i chociaż nie było późno, stawał się coraz bardziej senny.

— Przejdziesz teraz na dywan snów — powiedziała zdmuchując dwie spośród trzech palących się świec.

Ściągnęła z siebie długi szary kaftan i stanęła przed nim naga.

Tego się nie spodziewał. Ma pozwolić wciągnąć się w miłosną grę? Z tą starą kobietą? Chociaż teraz nie wyglądała już na starą. Ciało o ciężkich piersiach i silnych gładkich udach, o dwadzieścia lat młodsze od twarzy, mimo że nie zachowało świeżości ciała młodej dziewczyny, nadal było jędrne, pulchne i nie pomarszczone. Może wieszczki to jakieś kapłanki miłości, pomyślał Valentine. On też się rozebrał. Cisnął ubranie w kąt. W pokoju panował półmrok. Położyli się razem na grubym wełnianym dywanie. Przyciągnęła go do siebie i objęła ramionami, ale w tym uścisku nie było nic lubieżnego — jedynie matczyne, dogłębne zawładnięcie ciałem dziecka. Valentine odetchnął z ulgą. Jego głowa znalazła się przy miękkich, ciepłych piersiach, ale od zaśnięcia powstrzymywał go ostry, przyjemny zapach jej ciała. Pachniała tak, jak pachnie sękata, powykręcana przez wiatr kosodrzewina w wysokich górach dalekiej północy, na granicy wiecznych śniegów. Tisana przemówiła łagodnie.

— Językiem, jakiego się używa w królestwie snów, jest tylko język prawdy. Nie bój się, wyruszam razem z tobą w tę daleką podróż.

Valentine zamknął oczy.

Wysokie szczyty, tak, tuż na granicy wiecznych śniegów. Wiejący między turniami rześki wiatr. Nie czuł zimna, chociaż stąpał boso po jałowej, kamienistej ziemi. Szlak, który przed nim leżał, był drogą, a raczej schodami ułożonymi z szarych kamiennych bloków, ostro opadającymi w dół ku spowitej mgłą dolinie. Valentine zaczął nimi schodzić bez chwili wahania. Pomyślał, że te obrazy są zapewne wstępem do prawdziwego snu, że staje na progu, że dopiero zaczyna podróż przez noc. Ale schodząc mijał innych, wchodzących, i ci inni byli mu już znani z poprzednich nocy: Pontifex Tyeveras z pergaminową skórą i zasuszoną twarzą, który pokonywał stopnie dygocąc, z wyraźnym wysiłkiem, i Lord Valentine, Koronal, wspinający się śmiało, pewnym krokiem, i zmarły Lord Voriax, unoszący się łagodnie tuż nad stopniami, i Koronal Lord Stiamot, wielki wojownik sprzed ośmiu tysięcy lat, potrząsający potężnym berłem w szalejącej burzy. A znów ten, czy to nie Pontifex Arioc, który opuścił Labirynt sześć tysięcy lat temu, by ogłosić się kobietą i zostać Panią Wyspy Snu? A ten wielki władca to zapewne Lord Confalume, a tuż za nim dorównujący mu potęgą jego następca Lord Prestimion — to przecież za ich długich rządów Majipoor doszedł do szczytu bogactwa i siły. No i Zalzan Karol niosący na plecach czarodzieja Deliambera, i Carabella, naga, oliwkowa, biegnąca z nieposkromioną energią, i Vinorkis o wciąż wytrzeszczonych oczach, i Sleet żonglujący podczas wspinaczki ognistymi kulami, i Shanamir, i sprzedający skwierczące kiełbaski Liimen, i dobrotliwa, łagodnooka Pani Wyspy, i znów Pontifex, i Koronal, i zastęp muzykantów, i dwudziestu Hjortów niosących w złotej lektyce Króla Snów, starego strasznego Simonana Barjazida. Na dole mgła była gęstsza, niż to wyglądało z góry, powietrze ociekało wilgocią, oddech Valentine'a stawał się coraz krótszy i boleśnie rozdzierał mu płuca, bo oto już nie schodził, lecz pokonywał stok pod górę, w pełnej wysiłku walce, i doszedł za linię karłowatych drzew, do obnażonych granitowych bloków, wciąż po płatach śniegu, depcząc je bosymi rozpalonymi gorączką stopami, wciąż spowity w szarą zasłonę chmur zakrywających przed nim cały Majipoor.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)