Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Ten oto dziewiczy obszar jest rezerwatem klasy pierwszej dulorneńskich drzew pęcherzowych. Drzewa te wytwarzają gazy lżejsze odpowietrza, które pozwalają im istnieć niezależnie od podłoża. Po osiągnięciu przez drzewo wieku dojrzałego następuje atrofia jego korzeni i pnia, wobec czego staje się ono naturalnym epifitem, zdanym na odżywianie wyłącznie za pośrednictwem atmosfery. Zdarza się, że w późnej starości drzewo zupełnie traci więź z podłożem i w poszukiwaniu nowego siedliska dryfuje w powietrzu nawet bardzo daleko. Drzewa pęcherzowe poza Zimroelem mają stanowiska na Alhanroelu, ale w ostatnich czasach pojawiają się tam dość rzadko. Ta uprawa została założona przez obywateli Majipooru na mocy urzędowego dekretu wydanego przez XII Pont. Confalume'a Kor. Lorda Prestimiona.
Żonglerzy, którzy postanowili zwiedzić rezerwat, szli leśną ścieżką przez kilka minut, nie dostrzegając po drodze niczego szczególnego. Wtem idąca przodem Carabella, przedarłszy się przez gąszcz niebiesko-czarnych zarośli, wydała głośny okrzyk podziwu i stanęła zachwycona cudownym zjawiskiem. Reszta grupy dołączyła do niej.
Drzewa pęcherzowe rosły wszędzie, znajdując się we wszystkich fazach rozwoju. Młode, nie wyższe niż Deliamber czy Carabella, były dziwacznymi, niezgrabnymi krzakami o grubych, napęczniałych srebrzystych gałęziach wyrastających z przysadzistych pni pod najróżniejszymi kątami. Drzewa sięgające piętnastu, dwudziestu stóp wysokości miały już cieńsze pnie, ich konary natomiast stawały się coraz bardziej rozdęte, a całe korony wyglądały na niebezpiecznie przeciążone. Jeszcze wyższe pnie były już tylko pomarszczonymi, chropowatymi, łuszczącymi się więzadłami, wciąż jednak trzymały się ziemi. Ich nabrzmiała do granic możliwości konary jak wypełnione powietrzem pęcherze unosiły się wysoko nad głowami zwiedzających. Intensywny srebrny kolor, właściwy młodym gałęziom, zamieniał się w przezroczyste, połyskliwe migotanie, i tańczące na wietrze drzewa, to splatając się ze sobą, to rozplatając, lśniły w promieniach słonecznych przenikliwym blaskiem. Nawet Zalzan Karol wydawał się poruszony ich pięknem. Zbliżył się do jednego z najwyższych i ostrożnie objął palcami pień. Valentine pomyślał, że chce go przerwać i uwolnić drzewo, aby odpłynęło z wiatrem jak latawiec, ale Skandar sprawdził tylko jego grubość i cofnął się, mamrocząc coś pod nosem.
Przez dłuższy czas błądzili wśród niezwykłych drzew, porównując kolejne fazy ich rozwoju, stopniowe zwężanie się pni i powiększanie konarów. Wręcz trudno było uwierzyć, że te bezlistne, nie upiększone żadnymi kwiatami drzewa to rośliny. Było to niezwykłe, wprost bajkowe miejsce, do którego nie pasował zły humor i ponure myśli. Czyż można było zamartwiać się czymkolwiek na planecie obfitującej w tak piękne zjawiska?
Carabella zauważyła zmianę nastroju Valentine'a, przyniosła z wozu piłki i trzy rzuciła do niego. Rozpoczęli grę na polanie pod unoszącymi się w górze wielkimi srebrnymi bąblami.
Stali naprzeciw siebie i żonglowali, każde oddzielnie, aż do chwili, kiedy ich ruchy zgrały się i nabrały jednakowego rytmu. Valentine czuł, że wraca mu spokój, koncentracja i pogoda ducha.
— Teraz rzuć piłkę z prawej ręki do mojej lewej, a zrób to tak, jakbyś podawał ją do siebie, nie do mnie — powiedziała Carabella przechodząc do następnego etapu nauczania. Raz… dwa… trzy… cztery… pięć i przerzut! Na hasło “przerzut" Valentine rzucił do niej piłkę, ona odrzuciła mu inną, schwycił tę inną, wprowadził w orbitę własnych i znów odliczał. Do tyłu… do przodu… do tyłu… do przodu i przerzut…
Na początku szło mu dość trudno, chyba najtrudniej w całej dotychczasowej praktyce, lecz nie przestawał rzucać, nie przestawał łapać, udawało mu się unikać błędów i po kilku kolejkach zachowywał się tak, jakby ćwiczył z Carabellą od miesięcy. Zdawał sobie sprawę, że dokonał rzeczy nadzwyczajnej, opanowując taki jak ten układ już przy pierwszej próbie, ale wynikało to z jego umiejętności skupiania się na istocie rzeczy; potrafił wprawić się w stan, w którym nie istniało nic poza ręką, okiem i poruszającą się piłką, stan, w którym popełnienie błędu było niemożliwe.
— Hej! — krzyknął Sleet. — A teraz do mnie!
Kiedy białowłosy żongler dołączył do nich, Valentine zagubił się na chwilę, ale szybko potrafił wrócić do narzuconej sobie roli automatu i rzucać wtedy, kiedy powinno się rzucać, i łapać to, co wpadało do ręki, a pozostałe piłki utrzymywać w ciągłym ruchu. W ten sposób, kiedy Sleet i Carabellą zaczęli wymieniać rzuty między sobą, dzielnie dotrzymał im kroku i przechwytywał piłki Sleeta jak gdyby nigdy nic. — Jeden… dwa… trzy… — wołał stojący pośrodku Sleet i wypuszczał piłki to w jedną, to w drugą stronę. Długo utrzymywał jednostajny rytm, ale w pewnym momencie ostro przyśpieszył, Valentine nie nadążył, w powietrzu pojawiło się kilkanaście piłek, Valentine zgarnął je szerokim gestem dłoni, upuścił i opadł na miękką, rozgrzaną słońcem darń.
— A więc jeszcze nie wszystko potrafisz — roześmiał się Sleet. — To dobrze, bo już zaczynałem się zastanawiać, czy aby podlegasz ludzkim ograniczeniom!
Valentine zachichotał.
— Obawiam się, że aż nadto.
— Drugie śniadanie! — przerwał im zabawę Deliamber.
Czarodziej urzędował nad garnkiem gotującego się mięsa, zawieszonym na trójnogu nad żarokulami. Skandarzy, ćwiczący w innej części lasku, wyrośli jak spod ziemi i zajęli się jedzeniem nader skwapliwie, nie oglądając się na resztę towarzystwa. Również Vinorkis był szybki w napełnianiu swego talerza. Valentine i Carabella zostali obsłużeni ostatni, ale niewiele się tym przejęli. Valentine ociekał potem, pulsowały mu skronie, lecz wysiłek nie był daremny i długa noc niespokojnych snów została daleko za nim, w Falkynkip.
Całe popołudnie wóz pędził na wschód. Był to już niewątpliwie kraj Ghayrogów, istot gładkością skóry przypominających węże. Kiedy zapadła noc, podróżni byli jeszcze o pół dnia drogi od stolicy prowincji, Dulornu, gdzie Zalzan Kavol załatwił występy, a wtedy Deliamber obwieścił, że niedaleko przed nimi znajduje się wiejska gospoda. I rzeczywiście, już wkrótce zajęci byli przygotowaniami do snu.
— Dziel ze mną łoże — powiedziała Carabella do Valentine'a.
W korytarzu prowadzącym do ich komnaty minęli Deliambera, który przystanął na chwilę, dotykając ich dłoni czubkami macek.
— Dobrych snów — mruknął.
— Dobrych snów — powtórzyła Carabella.
Valentine nic nie powiedział, gdyż dotyk czarodzieja na nowo zbudził drzemiącego w jego duszy smoka i na powrót wprowadził go w stan, w jakim się znajdował przed zwiedzaniem rezerwatu drzew pęcherzowych. Odniósł wrażenie, że czarodziej celowo burzy jego spokój i wywołuje w nim lęki i obawy, przeciw którym nie potrafi się bronić.
— Chodź — ponaglił szorstko Carabellę.
— Tak się śpieszysz? — Roześmiała się dźwięcznie, lecz zamilkła, kiedy spostrzegła wyraz twarzy Valentine'a. — Co ci jest?
— Nic. — Nic?
— Czy czasami nie mogę pozwolić sobie na humory, tak jak inni ludzie?
— Twoja twarz wygląda jak zachmurzone słońce. I to tak nieoczekiwanie…
— To przez Deliambera — odrzekł Valentine. — Zakłóca mi spokój, zatrważa. Kiedy poczułem dotyk jego macek…
— Deliamber jest złośliwy, to prawda, tak jak wszyscy czarodzieje, a zwłaszcza Vroonowie, a zwłaszcza mali. W małych istotach zwykle siedzi jakaś nie uzasadniona niczym złośliwość. Ale ze strony Deliambera nie musisz niczego się obawiać.