Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 141
Перейти на страницу:

Vroon wyciągnął jedną ze swych delikatnych macek i sięgnął po rękę Valentine'a.

— Zaufaj mi. Być może twój umysł jest zaćmiony, ale mój nie. Widzę ciebie wyraźnie, mam na imię Deliamber, a ty — Valentine, dzisiaj jest Dzień Piąty i dziewiąty tydzień lata, a w Falkynkip mieszka wieszczka Tisana, która jest moją przyjaciółką i sojuszniczką i która ci pomoże odnaleźć siebie. Idź do niej i przekaż ode mnie pozdrowienia i uściski. Pora odkryć źródło twoich krzywd, Valentine!

— Krzywd? Jakich krzywd?

— Idź do Tisany — uciął rozmowę Deliamber.

Valentine zastał Zalzana Kavola zajętego rozmową z kimś miejscowym. Kiedy rozmówca odszedł, Skandar spojrzał na Valentine'a złym okiem, jak zwykle.

— Chciałbym, żebyś mi pozwolił spędzić noc po Dniu Gwiazdy osobno, w Falkynkip.

— Znów chodzi o honor rodziny? — spytał Skandar ironicznie.

— Nie, tym razem to moja osobista sprawa. A więc?

Zalzan Kavol wzruszył czterema ramionami w typowy dla siebie sposób.

— W tobie jednak musi siedzieć coś dziwnego, coś, co mnie niepokoi. Ale rób, co chcesz. Jutro występujemy w Falkynkip na jarmarku, więc śpij, gdzie masz ochotę, tylko masz stawić się z powrotem w Dniu Słońca wcześnie rano, bo odjedziemy, słyszysz?

Rozdział 12

W porównaniu z rozległym Pidruid Falkynkip było małe, niemniej jednak znaczyło wiele, gdyż znajdowała się tu stolica rolniczego okręgu. W mieście i na jego obrzeżach żyło zapewne trzy czwarte miliona ludzi, a pięć razy tyle na dalszych połaciach prowincji. Rytm życia tego miasta też był inny niż tamtego, portowego, co Valentine zdążył szybko zauważyć. Być może sprawiała to sucha, gorąca wyżynna aura, tak bardzo różna od łagodnego, pełnego wilgoci klimatu wybrzeża; w każdym razie ludzie poruszali się tutaj dostojnie, flegmatycznie, niespiesznie.

Shanamir wymknął się po cichu wieczorem przed Dniem Gwiazdy i udał się w kilkugodzinną podróż na północ od miasta, do gospodarstwa ojca, gdzie, jak opowiadał Valentine'owi następnego ranka, zostawił zarobione w Pidruid pieniądze i mruknąwszy parę słów o tym, że zamierza wyruszyć na poszukiwanie przygód i wiedzy, opuścił dom nie zauważony przez nikogo. Nie spodziewał się jednak, że ojciec lekko potraktuje stratę tak zdolnego i użytecznego pomocnika i bojąc się, że powiadomiona o ucieczce straż miejska będzie go szukała, wymyślił, że do końca pobytu w Falkynkip będzie się ukrywał w wozie. Valentine wtajemniczył w to Zalzana Kavola, który przystał na taki plan, choć i tym razem nie darował sobie zwykłych uszczypliwości.

Tego popołudnia wszyscy żonglerzy dumnie wkroczyli na jarmark, prowadzeni przez Carabellę i Sleeta. On uderzał w bęben, ona zaś wystukiwała na tamburynie rytm do śpiewanej przez siebie piosenki:

Nie szczędź grosza ni korony

O, szlachetnie urodzony!

Siła, zręczność, rozum, serce -

Znajdziesz wszystko to w żonglerce.

Nie szczędź cala, nie szczędź mili,

Setnie będziem was bawili.

Kula, stołek, talerz, dzwonek

Wzlecą w niebo jak skowronek.

Nie szczędź chwili, nie szczędź dnia,

Smutki pierzchną precz raz-dwa.

Czasu stracisz małowiele,

Zyskasz radość i wesele.

Ale i beztroska, i zachwyt obce były Valentine'owi tego dnia. Nieustannie spięty i zaniepokojony pełnymi snów nocami, pożerany ambicją, która przewyższała jego możliwości, przeliczył się z siłami. Dwa razy upuścił maczugi i chociaż Sleet nauczył go, co robić, by upuszczenie wyglądało na celowe, a widzowie okazali się pobłażliwi, trudno mu było wybaczyć samemu sobie. Więc kiedy tylko środek sceny zajęli Skandarzy, Valentine powlókł się w ponurym nastroju do straganu z winem.

Obserwował teraz ich wyczyny z pewnej odległości. Sześć ogromnych kudłatych postaci, wymachujących dwoma tuzinami ramion, precyzyjnie, bez jednego zbędnego ruchu i bez jednego błędu. Każdy z nich żonglował siedmioma nożami, chwytając przy tym i odrzucając inne, co dawało niezwykle widowiskowy efekt. Flegmatyczni obywatele Falkynkip jak zahipnotyzowani wsłuchiwali się w świst przeszywającej powietrze stali.

Patrząc na te wyczyny Valentine coraz bardziej zapamiętywał się w żalu po nieudanym występie. Od opuszczenia Pidruid tęsknił za publicznością, ręce wyrywały mu się do piłek i maczug, a kiedy wreszcie nadszedł ten moment, on, Valentine, okazał się po prostu niezdarą. Nieważne. Przecież będą jeszcze inne place targowe, inne jarmarki. Trupa będzie wędrowała przez cały Zimroel, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, on zaś jeszcze będzie błyszczał, będzie lśnił, będzie porażał oczy widzów, a widzowie będą wołać imię żonglera Valentine'a, będą domagać się więcej i więcej, aż Zalzan Karol zzielenieje z zazdrości. Król żonglerów, owszem, monarcha, Koronal sceny! No właśnie! Przecież ma talent. Valentine uśmiechnął się. Zły nastrój zaczynał mijać. Czy sprawiło to wino, czy też odzyskiwał swój zwykły spokój ducha? Cokolwiek by zresztą powiedzieć, zajmował się sztuką żonglerki zaledwie od tygodnia, i popatrzcie tylko, ile już osiągnął! Któż może przewidzieć, do jakiej perfekcji dojdzie jego ręka i oko, jeśli będzie ćwiczył przez rok czy dwa. Ma przecież dużo czasu.

Jak spod ziemi wyrósł obok niego Autifon Deliamber.

— Tisanę można znaleźć na ulicy Kupców Wodnych — rzekł mały czarodziej. — Spodziewa się ciebie niebawem.

— Czyżbyś już z nią rozmawiał?

— Nie — odparł Deliamber.

— To skąd może wiedzieć, że przyjdę, co? Za pośrednictwem czarów?

— Coś w tym rodzaju — powiedział Vroon wyginając kończyny, co zapewne miało oznaczać wzruszenie ramion.

Valentine pokiwał głową. Spojrzał na drugą stronę ulicy. Skandarzy skończyli popisy i teraz Carabella i Sleet demonstrowali żonglerkę złączeni ramionami. Z jaką gracją poruszają się razem, pomyślał. Jacy spokojni, jacy pewni siebie, jacy oszczędni w ruchach. A ona, jaka piękna. Valentine i Carabella nie byli kochankami od pamiętnej nocy po wielkiej paradzie, mimo że czasami spali obok siebie. Już tydzień minął od tego czasu, a on oddalał się od niej, zamiast zbliżyć.

Teraz pójdzie do Tisany na rozmowę o snach, a potem, być może już jutro, znów obejmie Carabellę…

— Tak, ulica Kupców Wodnych — powtórzył Valentine, wracając do rzeczywistości. — W porządku. Czy na drzwiach jej mieszkania jest jakiś znak?

— Na pewno trafisz — uspokoił go Deliamber.

Kiedy Valentine zbierał się do drogi, zza wozu wysunął się Hjort Vinorkis i powiedział: — Ruszasz w miasto?

— Mam pewną sprawę do załatwienia — odparł Valentine.

— Nie potrzebujesz towarzystwa? — Hjort zaśmiał się hałaśliwie. -Odwiedzilibyśmy po drodze parę karczem, co? Z chęcią uciekłbym stąd od tego kuglarstwa, choć na parę godzin.

Valentine nie wiedział, co odpowiedzieć.

— To jest coś takiego, co można zrobić tylko samemu.

Vinorkis przyglądał mu się przez chwilę.

— Wykręcasz się!

— Proszę cię, Vinorkisie! Jest dokładnie tak, jak powiedziałem: muszę to zrobić sam. Nie zamierzam włóczyć się tej nocy po karczmach, wierz mi.

Hjort wzruszył ramionami.

— Nie to nie, niech ci będzie. Mało mnie to obchodzi. Chciałem ci tylko pomóc się zabawić, pokazać miasto, zaprowadzić w kilka niezłych miejsc…

— Innym razem — uciął Valentine i nie czekając na dalszą dyskusję ruszył szybko w drogę.

Ulicę Kupców Wodnych znalazł bez trudu, jako że Falkynkip nie było średniowiecznym labiryntem uliczek, tak jak Pidruid. Na każdym większym skrzyżowaniu umieszczono dokładne i zrozumiałe plany dzielnic, ale poszukiwanie domu wieszczki przeciągało się, gdyż ulica była długa i pytani przechodnie niedbałym ruchem głowy niezmiennie wskazywali na północ. Szedł więc dalej równym krokiem, aż o wczesnym zmierzchu, kiedy był już bardzo daleko od placu targowego, zauważył niewielki drewniany domek. Na podniszczonych ze starości frontowych drzwiach były przybite dwa symbole potęg: skrzyżowane pioruny — godło Króla Snów i trójkąt w trójkącie — godło Pani Wyspy.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)