Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ruchome obrazki [Moving Pictures - pl]
Ruchome obrazki [Moving Pictures - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ruchome obrazki [Moving Pictures - pl]

Электронная книга - «Ruchome obrazki [Moving Pictures - pl]». Краткое содержание книги:

Ukryte we wnętrzu kamer chochliki błyskawicznie malują kolejne klatki na celuloidowej taśmie. Świat Dysku odkrywa magię Srebrnego Ekranu! Nie wystarczy jednak usiąść w kinowym fotelu i z przejęciem śledzić losy bohaterów Porwanego wiatrem, najdziwniejszego filmu o Wojnie Domowej, jaki kiedykolwiek powstał. Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, jaką tajemnicę skrywa wzgórze Świętego Gaju (czyli Holy Woodu), nie przejmując się tym, że Gaspode, Cudowny Pies, ma wielką ochotę na to, by uratować świat…
1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 79
Перейти на страницу:

— Proszę wymienić choć dwoje.

Dibbler zerknął na Detrytusa, pogrążonego w marzeniach o Ruby. Potem spojrzał na Ginger.

— Zgoda — rzekł. — Dziesięć. Tylko dlatego że was lubię. Ale naprawdę gardło sobie podrzynam.

— Zgoda.

Gardło wyciągnął rękę. Victor przyjrzał się własnej, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Potem uścisnął prawicę Dibblera.

— A teraz wracajmy — zaproponował tamten. — Trzeba jeszcze dużo zorganizować.

Ruszył między karłowate drzewka. Victor i Ginger szli za nim pokornie, oboje w stanie szoku.

— Zwariowałeś? — syknęła Ginger. — Tak się upierać? Mogliśmy stracić szansę.

— Nic nie mówiłem — bronił się Victor. — Myślałem, że to ty. Spojrzeli sobie w oczy. Oboje spuścili wzrok.

— Szczek-szczek — powiedział Gaspode, Cudowny Pies. Dibbler obejrzał się.

— Co to za hałas? — zapytał.

— To tylko… to tylko pies. Znaleźliśmy go tutaj — wyjaśnił pospiesznie Victor. — Nazywa się Gaspode. Na pamiątkę słynnego Gaspode, wie pan.

— Umie robić sztuczki — dodała złośliwie Ginger.

— Piec cyrkowy? — Dibbler schylił się i poklepał Gaspode po głowie.

— Wark-wark.

— Zdziwiłby się pan, widząc, co potrafi — zapewnił Victor.

— Bardzo by się pan zdziwił — przyznała Ginger.

— Co prawda brzydki jest, jak nie wiem co… — Dibbler przyjrzał się Gaspode uważnie. Równie dobrze mógłby wyzywać stonogę na turniej kopania w tyłek. W pojedynku spojrzeń Gaspode potrafił zwyciężyć lustro.

Dibbler wyraźnie wpadł na jakiś pomysł.

— A wiecie… Przyprowadźcie go rano. Ludzie lubią się pośmiać — rzekł.

— On jest bardzo śmieszny — zapewnił Victor. — Popłakać się można.

Ruszyli dalej. Po chwili Victor usłyszał za sobą cichy glos:

— Dorwę cię za to. A poza tym jesteś mi winien dolara.

— Za co?

— Honorarium agenta — wyjaśnił Gaspode, Cudowny Pies.

* * *

Nad Świętym Gajem świeciły gwiazdy. Były to ogromne kule wodoru, rozgrzane do milionów stopni, tak gorące, że nie mogły się nawet palić. Wiele z nich miało powiększyć się wielokrotnie przed śmiercią, a potem skurczyć do maleńkich, urażonych karłów, pamiętanych jedynie przez sentymentalnych astronomów. Tymczasem jednak błyszczały dzięki metamorfozom będącym poza zasięgiem alchemików i zmieniały zwykłe, nieciekawe pierwiastki w światło.

W Ankh-Morpork jak zwykle padał deszcz. Najstarsi magowie zebrali się wokół dzbana ze słoniami. Na rozkaz Ridcully’ego przeniesiono go z powrotem na korytarz.

— Pamiętam Riktora — oświadczył dziekan. — Chudy taki. Trochę jednotorowy umysł. Ale sprytny.

— Hę, hę. Pamiętam jego mysi licznik — odezwał się Windle Poons ze swego starożytnego wózka inwalidzkiego. — Liczył myszy.

— Sam dzban to… — zaczął kwestor i urwał. — Co to znaczy: liczył myszy? Wsuwało się je do środka na małym taśmociągu czy jak?

— Nie. Trzeba było go nakręcić, rozumiesz, a potem warczał cicho i liczył wszystkie myszy w budynku, mm… i wysuwały się małe kółka z cyferkami.

— Po co?

— Myślę, że po prostu chciał policzyć wszystkie myszy. Kwestor wzruszył ramionami.

— Ten dzban — stwierdził — to dość stara waza Ming. Czekał z napięciem.

— Dlaczego się nazywa Ming? — zapytał nadrektor, jakby na dany znak.

Kwestor stuknął w dzban, który zadźwięczał: ming!

— I te wazy plują na ludzi ołowianymi kulkami, tak? — upewnił się Ridcully.

— Nie, mistrzu. Riktor wykorzystał ją tylko, żeby włożyć do środka, włożyć… mechanizm. Jakiś mechanizm. Który coś robi.

…whumm…

— Chwileczkę… Zakołysał się… — powiedział dziekan.

…whumm… whumm…

Magowie spojrzeli po sobie, nagle zdjęci paniką.

— Co się dzieje? Co się dzieje? — pytał nerwowo Windle Poons. — Dlaczego nikt, mm… nie chce mi powiedzieć, co się dzieje?

…whumm… whumm…

— Uciekajmy! — zaproponował dziekan.

— Którędy? — chciał wiedzieć kwestor.

…whummWHUMM…

— Jestem starym człowiekiem i żądam, żeby mi wytłumaczyć… Cisza.

— Kryć się! — krzyknął nadrektor.

Plib!

Coś odłupało okruch kamienia z kolumny za jego plecami.

Podniósł głowę.

— Na bogów, mieliśmy szczęście, że…

Plib!

Druga kulka ścięła mu czubek kapelusza.

Przez kilka minut drżący magowie leżeli na posadzce.

— Myślicie, że to już wszystko? — zapytał w końcu dziekan. Nadrektor podniósł głowę. Twarz, zawsze czerwona, teraz wręcz mu błyszczała.

— Kwestooor!

— Tak, mistrzu?

— To właśnie nazywam strzelaniem!

* * *

Victor odwrócił się na drugi bok.

— Wzstf — powiedział.

— Już szósta rano, trzeba wstać i cieszyć się dniem! Tak mówi pan Dibbler — oznajmił Detrytus. Chwycił pościel i ściągnął ją na podłogę.

— Szósta rano? To jeszcze noc! — jęknął Victor.

— Pan Dibbler mówi, że czeka nas długi dzień — wyjaśnił troll.

— Pan Dibbler mówi, że masz być na planie o wpoi do siódmej. Tak będzie.

Victor wciągnął spodnie.

— Mam prawo do śniadania? — spytał z sarkazmem.

— Pan Dibbler mówi, że pan Dibbler kazał przygotować jedzenie — odparł Detrytus.

Pod łóżkiem coś cicho zarzęziło. Gaspode wynurzył się w obłoku zapachów starego dywanu i zabrał się do porannego drapania.

— Co… — zaczął i zobaczył trolla. — Szczek-szczek — poprawił się zaraz.

— O, mały piesek! — ucieszył się Detrytus. — Lubię małe pieski.

— Hau.

— Na surowo — dodał troll.

Nie zdołał jednak wyrazić głosem należnej złośliwości. Wizja Ruby w boa z piór i paru akrach czerwonego aksamitu falowała mu w myślach.

Gaspode energicznie drapał się w ucho.

— Hau — powiedział cicho. — Tonem dyskretnej groźfy — dorzucił jeszcze, kiedy Detrytus wyszedł.

* * *

Kiedy zjawił się Victor, zbocze wzgórza roiło się od ludzi. Wzniesiono parę namiotów. Ktoś trzymał wielbłąda. Kilka demonów w klatce mamrotało w cieniu drzewa.

Pośrodku tego chaosu stali Dibbler i Silverfish. Kłócili się. Dibbler obejmował Silverfisha za ramiona.

— To go zdradza. Ten gest — oświadczył głos z poziomu kolan Victora. — A przez te lepkie łapy fiedak fędzie musiał oddać rzeczy do pralni.

— Dla ciebie to awans, Tom — mówił Dibbler. — Pomyśl, jak wielu ludzi w Świętym Gaju może nazywać się wiceprezesami do spraw kierowniczych?

— Tak, ale to jest moja firma! — krzyczał Silverfish.

— Oczywiście. Oczywiście. To właśnie oznacza tytuł wiceprezesa do spraw kierowniczych.

— Naprawdę?

— Czy kiedykolwiek cię okłamałem? Silverfish zmarszczył brwi.

— No… Wczoraj na przykład mówił pan…

— Ale metaforycznie — uzupełnił Dibbler szybko.

— Aha. No tak. Metaforycznie? Chyba nie…

— Sam widzisz. A teraz… Gdzie ten malarz? Dibbler odwrócił się, wywołując wrażenie, że Silverfish został nagle wyłączony.

Podbiegł jakiś człowiek z teczką pod pachą.

1 ... 24 25 26 27 28 29 30 31 32 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)