Pieprzony Los Kataryniarza
- Автор: Ziemkiewicz Rafał A.
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
Nie było wcale łatwo zdobyć sobie taką opinię. Obrońców ludzi pracy przybywało bowiem wprost proporcjonalnie, w miarę jak samym ludziom pracy wiodło się coraz marniej. Albo też może: ludziom pracy wiodło się coraz marniej, wprost proporcjonalnie do tego, ilu mieli obrońców. W każdym razie mieli ich już prawdziwe mrowie, wszyscy oni byli zdecydowani i nieprzejednani, i każdy chętny dowieść, że on najbardziej. W takiej sytuacji nawet poparcie generała-gubernatora i Dumorieza mogło nie wystarczyć, toteż Siciński, nawet gdyby chciał, nie mógł sobie pozwolić, by osiąść na laurach. Postawił rządowi twarde warunki i uparł się przy nich, nieczuły na perswazje, błagania ani próby przekupstwa, doprowadzając do stopniowego eliminowania z władz wrogów ludzi pracy, a ostatecznie do wielkiej, ogólnopolskiej akcji protestacyjnej. Ale zapewne i ona nie przyniosłaby sukcesu, gdyby w głośnym posłaniu nie odwołał się do prezydenta-imperatora Michaiła i Wspólnot Europejskich o wywarcie nacisku na rodzimych wrogów ludzi pracy oraz zmuszenie ich do poszanowania w Polsce ich praw.
Ten jego krok doprowadził ostatecznie do wiekopomnego wydarzenia, jakim było zapowiedziane na dzisiejszy dzień podpisanie przez pełnomocnika prezydenta-imperatora Wszechrosji i przewodniczącego Komisji Wspólnot Europejskich aktu Gwarancji Społecznych. Akt ten potwierdzał nienaruszalność i niezbywalność praw socjalnych dla obywateli Polski. Mniejsza już nawet, że Wspólnoty za podpisanie owej gwarancji nagrodziły rząd przyznaniem dodatkowych kredytów na zabezpieczenie socjalne dla najbardziej potrzebujących – choć było to oczywiście dodatkowym powodem do radości. Najważniejsza była pewność, że potężni sąsiedzi nie dopuszczą, by jakikolwiek rząd pokusił się kiedykolwiek o odebranie ludziom pracy i ich obrońcom tego, co im się należało.
Z punktu widzenia przewodniczącego Sicińskiego oznaczało to także, że żaden z siedmiu stojących obecnie za jego plecami i robiących dobre miny (choć w środku, nie wątpił, musiało ich skręcać) rywali nie miał już teraz co marzyć o zajęciu jego miejsca. I to także było przyczyną, dla którego jego pierś rozsadzało uczucie triumfu.
Stanął na mównicy, uniósł ręce i w tym momencie przestało już istnieć cokolwiek poza entuzjazmem rozfalowanego tłumu, który od rana zwoziły na plac zakładowe autokary. To jemu bili brawo; i ci, którzy właśnie wyszli z nabożeństwa w katedrze wraz z przywódcami Zjednoczonego Obozu Katolicko-Patriotycznego, i ci powiewający czerwonymi flagami, pośród których pozowali kamerom przywódcy partii socjaldemokratycznej i liberalnej, i delegacje związków rolników, i budżetówka, wszyscy razem krzyczący na jego cześć – to była wielka chwila, historyczne wydarzenie, chyba to właśnie krzyknął do mikrofonu, że to jest historyczna chwila, zresztą co w danej chwili mówił, nie miało większego znaczenia, ważne było, że powiedział coś, a tłum falował entuzjazmem i bił mu brawo, kamery kręciły, ludzie wrzeszczeli zachęcani z dala przez kamiennego szewca, pokrzykującego i wywijającego nad głową obnażoną szablą, krzyczeli i bili brawo tak, że w całym mieście wyrwani z zamyślenia skamieniali bohaterowie obracali w zdumieniu głowy i dopytywali się nawzajem, cóż to za wielkie wydarzenie.
Tylko spiżowy pół-Szwed, pół-Litwin, spoglądający wyniośle ze swego pokutnego słupa, u stóp którego przemawiał prezes, nie interesował się ani jego słowami, ani treścią okrzyków wznoszonych na jego cześć. Wystarczał mu sam widok tłumu, a musiał przyznać przed samym sobą, że dawno już nie widział takiego tłumu, i jeszcze tak przepełnionego entuzjazmem. Ale widok ten nie budził w nim wiele więcej niż tylko dziwną, masochistyczną przyjemność. Lata pokuty wyostrzyły w nim niechęć, którą jeszcze za życia czuł do tego kraju i jego rozwarcholonych mieszkańców, toteż gdy patrzył teraz na ich radość, ze skamieniałych warg nie schodził mu uśmieszek złośliwej satysfakcji.
– Pierwsze pytanie jest od mojego szefa. Mnie też ciekawi. Skąd ta nazwa, kataryniarze?
Dopiero widok twarzy Andrzeja potrącił jakąś zapadkę w mózgu Roberta i skierował jego myśli do właściwej kartoteki. Tak, teraz pamiętał, rzeczywiście, robił razem z nim w radiu. Informacje, serwisy miejskie, ot, codzienna dawka paszy dla Przeżuwaczy. Równy gość, dobrze się rozumieli i właściwie sam nie wiedział, dlaczego potem jakoś nie utrzymywali ze sobą kontaktu.
Raz otwarta szuflada w pamięci nie dawała się tak od razu zamknąć i zanim Robert doszedł od drzwi kawiarni do stolika, przemknęły przez jego głowę wspomnienia z radia – tyrał wtedy jak głupi, po dwadzieścia sześć, siedem ośmiogodzinnych dyżurów miesięcznie, za marne pieniądze, bo radio budowali właściwie od zera, ale miało to wszystko posmak niedźwiedziego mięsa. Czy to był wtedy już on, czy jeszcze Tamten Robert? – zastanawiał się. Chyba jeszcze Tamten. Tak, na pewno. Cała praca w radiu zaczęła się przecież od telefonu kumpla, kumpla od Tamtych spraw. Właściwie wszystkie sprawy w jego życiu zaczynały się od czyjegoś telefonu albo od przypadku. Dawał się nieść prądowi życia to tu, to tam. Jak pakiet danych e-mailu przerzucanych od komputera do komputera z jednego końca świata na drugi. Nie wiedział, czy to dobrze, czy źle – po prostu tak było. Ale właściwie nie musiał walczyć z tym prądem, jakoś tak się złożyło, że chyba nigdy nie niósł on go gdzieś, gdzie Robert znaleźć się nie chciał.
Bo były takie miejsca – a może powiedzmy, takie towarzystwa – gdzie nie zamierzał się znaleźć nigdy. Jak dotąd mu się to udało. Ale też, przyznawał, nigdy nie był kuszony i szczerze mówiąc, nie sądził, aby mu to jeszcze groziło.
Cokolwiek powiedzieć o Andrzeju, ten także nie zrobił kariery i Robert pomyślał nagle, oczywiście pod wpływem swego porannego odkrycia, że są już blisko tej granicy, do której ludzie spotykając się opowiadają sobie, czego to dokonają, co zamierzają i jak to jeszcze będzie – a po jej przekroczeniu już w ogóle nie mówią o przyszłości, bo nie ma o czym.
– To długie gadanie – zaśmiał się. – Wiesz, jak my pracujemy? Przystawka na karku przejmuje impulsy z rdzenia kręgowego i kieruje do takiego specjalnego, zestrojonego z tobą komputera, który nazywa się driver, sterownik. Kiedy mózg wydaje jakieś polecenie do mięśni, sterownik interpretuje zakodowaną pod tym ruchem makrodefinicję. Wydajesz komendy nie poprzez naprowadzanie na panele kursora ani tym bardziej przez klawiaturę, tylko układając odpowiednio ręce, palce… Jak tak sobie wprogramujesz, możesz wydawać komendy nawet palcami u nogi.
– Musi długo trwać, nauczyć się tego wszystkiego na pamięć?
– Nie, to proste. Długo trwa zestrajanie sterownika. Parę tygodni. Właściwie stale, jak pracujesz, coś sobie poprawiasz. No, w każdym razie: kiedy myślisz o poruszeniu ręką albo czymś innym, jest taki moment, że sygnał jest już wystarczająco silny dla sterownika, ale mięśnie pozostają nieruchome. Początkującym trudno to wyczuć, z reguły rzucają rękami i nogami bez opamiętania, tak że pomimo wytłumienia impulsów rdzeniowych przez wspomaganie synapsy w czasie pracy podrygują w fotelu. A w Polsce jeszcze nie ma innych kataryniarzy niż początkujący.
Wyciągnął przed siebie rękę, z przedramieniem równolegle do klatki piersiowej, sztywnym nadgarstkiem i zwiniętą dłonią. Odczekał chwilę, aż uwaga Andrzeja skupi się na jego dłoni i poruszył nią w taki sposób, żeby kiść zakreśliła w powietrzu niewielkie kółko, podczas gdy łokieć pozostawał cały czas w tym samym punkcie.
– To jest ENTER – wyjaśnił. – Najczęściej podawana komenda. Rozumiesz? Dla kogoś z zewnątrz operator to taki facet, co siedzi z zasłoniętą twarzą, przypięty do sprzętu kupą kabli, i co chwila kręci prawą ręką. Stąd i kataryniarze.