Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 64
Перейти на страницу:

Nie znajdował jednego, krótkiego słowa na nazwanie przyczyny swego rozgoryczenia. Akustycy ustawiający koncerty rockowe powiedzieliby na to: brak odsłuchu, ale ksiądz Skarżyński nie znał takiego pojęcia. Przemawiając do rybich ślepi kamer nie umiał opędzić się od podsuwanej przez wyobraźnię wizji swych słuchaczy – napchanych niedzielnym obiadem, z poluzowanymi paskami, papierosami w dłoniach, wymieniających uwagi o polityce, sporcie i woreczkach żółciowych, zagłuszających jego okresy retoryczne drobnymi, codziennymi sprzeczkami o dziurę w obrusie lub niepotrzebny zdaniem pana domu wydatek. Przemawiając do posłów i intelektualistów łapał się na upartym świdrowaniu wzrokiem ich twarzy. Nieruchome, z przyklejonym wyrazem znudzonej pobożności, przypominały mu maski. Próbował chwytać ich spojrzenia, ale nie udawało mu się to. Nie było czego chwytać. Oczy słuchaczy pozostawały puste, szkliste, jakby czasowo wygaszone. Nie potrafił ich rozpalić, choć używał do tego całego kunsztu, całego daru, który tak wysoko oceniali jego przełożeni.

Obwiniał o to siebie. Starał się zmienić styl, mówić bardziej przystępnie, prościej, ale nie dało to skutku. Starał się poruszyć słuchaczy, przekazać im swoje uniesienie, swą tęsknotę za Panem – i wtedy stwierdził, że jemu samemu od pewnego czasu trudno już jest to uniesienie w sobie skrzesać, przytłumiło je znużenie, rutyna. Właśnie dlatego potrzebował kontaktu z prostymi ludźmi, którzy mogliby go zarazić entuzjazmem. Właśnie dlatego tak uporczywie starał się o konferencje w którymś z ośrodków dla repatriantów.

Mylił się całkowicie. Już choćby samo tempo, w jakim repatrianci przepływali przez ośrodki, popędzani nie wygasającą paniką, że kto się teraz nie zdąży załapać, pozostanie tam już na zawsze – już choćby samo to musiało jego konferencje zamienić w rutynę. Ledwie ksiądz Skarżyński zdążył powitać przybyszów w kraju przodków i przypomnieć im podstawowe prawdy wiary, już musiał zaczynać od początku, bo tym, do których zwracał się przed tygodniem, obsługa zdążyła wydać w przyspieszonym tempie papiery i wypchnąć ich, zwalniając miejsce dla następnych. Na jego pytania, jak w tych warunkach ośrodki mają spełniać swe zadanie, którym było łagodne wprowadzenie repatriantów w obcy im świat, ludzie z obsługi odpowiadali pełnym irytacji posapywaniem, pokazując mu fury napływających każdego dnia zgłoszeń i powtarzając przywiezioną gdzieś z Kazachstanu pogłoskę, że kto się i tym razem nie załapie, pozostanie tam już na zawsze.

Nie mógł odmówić im racji. Program repatriacji przypominał cud, doszedł do skutku nagle, dzięki nieoczekiwanemu poparciu politycznemu i finansowemu Unii Europejskiej i jeszcze bardziej nieoczekiwanej ustępliwości Wszechrosji. A poparcie Unii, wiadomo – dziś płacą, a jutro zamkną kasę równie nagle, jak ją otworzyli, o rosyjskiej zgodzie nie mówiąc. Nie można się było dziwić ludzkiej nerwowości.

Więc zaczynał, chcąc nie chcąc, od początku, a gdy wracał za tydzień, okazywało się, że i ci dostali już papiery, repatrianckie kredyty na dzierżawy ziemi, zebrali tobołki ze swym dotychczasowym życiem i pojechali gdzieś na opustoszałe ziemie ściany wschodniej lub do zbankrutowanych PGR-ów na zachodzie. Musieli jechać, obsługa wręcz wypychała ich z ośrodka, bo konsulaty polskie w całym Imperium Wszechrosji dławiły się lawiną wciąż nowych podań, a w kraju ziemi do osadzania było dość, leżała odłogiem. Starzy umierali, a młodych nie było, młodzi uciekali do miast, a z miast, kto żyw i kto miał możliwość jakkolwiek się tam zahaczyć, uciekał do pustoszejących wschodnich landów niemieckich, a stamtąd, jeżeli mu się powiodło, na Zachód, do prawdziwego życia i luksusu.

Ci nowi, których ksiądz Skarżyński witał co tydzień w ośrodku, na pozór niczym się nie różnili od poprzedników. Mieli tak samo poszarzałe twarze, takie same oczy ludzi, którzy wyrwali się z piekła i boją się zanadto uwierzyć we własne szczęście, mówili tą samą mieszaniną archaicznej, dawno już w kraju zapomnianej polszczyzny, rosyjskich przekleństw, kresowych zaśpiewów i komunistycznej nowomowy. Tak samo pokornie chylili głowy przed krzyżem na księżowskiej piersi, choć nie bardzo wiedzieli, jaka to moc zawarła się w jego rozpostartych ramionach, i tak samo gorliwie chcieli czcić polskiego Boga, jakikolwiek by on był. Słuchali księdza jak kolejnego agitatora, jakby zaliczali kolejny wiec, starając się nie rzucać mu w oczy, nie otwierać ust i nie dać po sobie niczego poznać.

Ksiądz Skarżyński mówił im o Bogu i jego miłości, a oni trwożliwe uciekali przed jego spojrzeniem, czując, jak usilnie stara im się zajrzeć w oczy, przewiercić każdego wzrokiem do głębi, jakby jeszcze tu potrafił wypatrzyć kogoś, kto wcale nie był żadnym Polakiem, kto nie miał papierów w porządku, i odesłać go z powrotem. Nie, zupełnie nie byli takimi słuchaczami, jakich sobie wyobrażał -całującymi ziemię przodków, ufnymi, czekającymi na przyjęcie słów, których im dotąd słuchać zabraniano. Słuchali go tylko w milczeniu aż oślizłym od chęci zamanifestowania zgody i poddania, a potem ruszali na swoje wieczyste dzierżawy. Zagnieżdżali się w rozszabrowanych ruinach po poprzednich gospodarzach, wystarczająco dobrych jak na ich wymagania, zasłaniali okna dyktą, chodzili gorliwie na niedzielne msze i gnoili w szopach otrzymane na zasiew zboże, nie zdążając obdarować nim ziemi podczas ośmiu godzin pracy, zwłaszcza że żaden brygadzista nie siedział na karku. Tylko młodzi urządzali sobie jako tako życie, idąc do miasta na zbirów do ściągania rekietu. I – nie tylko ksiądz Skarżyński się przeliczył – nie tworzyli żadnego ożywienia, bo nie potrzebowali wcale niczego ponad rzeczy najniezbędniejsze, wiedząc wpajanym od dziesięcioleci instynktem, że i tak prędzej czy później zostałoby im to zabrane.

Ale mimo to trzeba było przyjmować do ośrodków przejściowych coraz to nowych, bo raz, że jakkolwiek lewe bywały czasem ich papiery, wracali do Ojczyzny, a dwa, że nawet mimo tych zastrzyków krwi ze Wschodu przyrost naturalny był od dawna ujemny. Potrzeba było nie jednej czy dziesięciu konferencji, nawet nie stu, myślał ksiądz Skarżyński, potrzeba było lat, pokoleń wręcz, by w tych ludziach zapłonął płomień, by przestali być dla sąsiadów haziajami, by zaczęli budować przestronne, czyste domy. Na wszystko trzeba lat, ksiądz Skarżyński nie dziwił się temu i nie miał do świata pretensji, że tak jest. Myślał tylko ponuro, że jego krajowi nigdy ten czas nie był dany, że nigdy nie zdołał on odchować do normalnego życia przynajmniej kilku pokoleń.

Nieszczęsny kraj, dumał ksiądz Skarżyński, który wszystkie armie świata upodobały sobie do przełażenia jak przez rozgrodzone pastwisko, kraj, którym upodobali sobie handlować wszyscy politycy świata, teraz znów po raz nie wiedzieć który próbował mozolnie wydobyć gdzieś ze wsi i z małych miasteczek nową, prawdziwą elitę, godną tego miana, nie stłamszoną przez komunizm, nie przyuczoną do kradzieży, służalczości i posłusznego potakiwania, nie złajdaczoną i nie zdeprawowaną – stworzyć ją od zera, z niczego, po to, żeby i ona została mu w ten czy inny sposób odebrana. A może w tyle razy przycinanym drzewie w końcu wyczerpią się życiowe siły? A może już nie wytrzyma tego wiru, w środku którego się znalazło, tego nie notowanego od wieków ludzkiego ruchu? W tej chwili niemal widział, jak rozkładają się demograficzne napięcia na mapach, jak rosną z każdym rokiem i po raz nie wiedzieć który ksiądz Skarżyński pomyślał o Polsce jak o wielkim, zmęczonym sercu, pompującym coraz bardziej zatrutą krew ze Wschodu do wsi, ze wsi do miast, a z miast na Zachód, coraz mniej rytmicznie, coraz bardziej rozpaczliwymi rzutami – myślał o Polsce jak o sercu coraz bardziej skołatanym, z coraz większym trudem zdobywającym się na każdy następny, bolesny skurcz, wyczerpanym już do szczętu, porażonym chronicznym stanem przedzawałowym, który może mógł trwać jeszcze lata, a może jeszcze dziesiątki lat, ale skończyć się mógł tylko w jeden sposób.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)