Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pieprzony Los Kataryniarza
Pieprzony Los Kataryniarza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pieprzony Los Kataryniarza

Электронная книга - «Pieprzony Los Kataryniarza». Краткое содержание книги:

Po tamtej stronie komputera trwa wirualny świat.
Dla wielu jest miejscem codziennej pracy i skarbnicą rozrywek.
Dla wtajemniczonych to arena bezwzględnej walki o życie.
Powieść zawiera uderzającą wizję Polski XXI wieku wnoszącą w erę wszechpotężnej informatyki bagaż swych narodowych i historycznych nieszczęść. Czerpiąc z tradycji Małej apokalipsy i amerykańskiego cyberpunku, stanowi na polskim rynku dokonanie nowatorskie.
Te teksty wyrażają nowe bądź na nowo uaktywnione religijne i polityczne konflikty Polski i świata już bez czerwonego knebla, ale z pozostałościami silnej czerwonki. Może to jest dopiero fantastyka stricte polityczna, a nie jedynie antytotalitarna.
Maciej Parowski
Najmniej jest tu fikcji. Owszem, pozostaje sztafaż science fiction, lecz w gruncie rzeczy jest to opowieść o Polsce dnia dzisiejszego.
Marek Arpad Kowalski
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 64
Перейти на страницу:

Wierzył rozpaczliwie, że to nieprawda. Cokolwiek by w dzień po dniu wbijano do zamulonych głów Przeżuwaczy, Robert pamiętał książki, wciskane mu przez Ojca i jego słowa, że w starych dziejach więcej jest powodów do chwały niż do wstydu. Wierzył, że ludzie nie są tu inni niż w całej Europie i nie zachowują się, z grubsza biorąc, inaczej niż Francuzi, Belgowie czy Hiszpanie. Musiało się wśród nich uchować jeszcze choć trochę uczciwych i mądrych. Więc dlaczego? Co się działo, na litość boską, co to za fatum wisiało nad tą nieszczęsną krainą, co to za upiór wpił się w jej szyję, że z każdej rzeczy, od najdrobniejszej począwszy, robił się absurd, że nonsens narastał na nonsensie, a wszystko wciąż i nieodmiennie trafiało w ręce jeśli nie złodziei i łajdaków, to zaślepionych swoimi malutkimi gierkami gnojków albo ostatnich wołowych dup?! Jak, dlaczego, przez co, Chryste Panie, co się z nami dzieje, powtarzał, tknięty jakimś atakiem szaleństwa, łapał się za głowę i miał ochotę krzyczeć – ale nawet by nie mógł, porażony jakimś straszliwym bezwładem i tą przygnębiającą świadomością, że choć inni jeszcze o tym nie wiedzą, już jest po wszystkim, już się skończyło i wała, Polaczki, już po was, było się orientować, póki był na to czas, a teraz jazda.

I tak go wtedy znalazła Wiktoria, chyba w pierwszej chwili myślała, że jest pijany – ale on ocknął się pod jej dotykiem, już pogodzony z losem i zrezygnowany powlókł jak automat do łazienki.

Potem rozmawiali do późnej nocy i wtedy właśnie Wiktoria zadała mu sennym głosem to pytanie, które sprawiło, że zgasło w nim wszystko i pozostał tylko tępy, bolesny żal.

*

– Nie chciałabym przeszkadzać, panie dyrektorze, ale…

– Ależ co też pani, pani Aniu! Ja zawsze jestem do pani dyspozycji! Co się stało, słyszę, pani jest zaniepokojona?

W ustach dyrektora brzmiało to mniej więcej: “Alesz zo bani, jasafsze…”, ale – jak większość ludzi w wydawnictwie – zdążyła się przyzwyczaić do jego wymowy i rozumiała ją dość dobrze.

– Nie niepokoiłabym pana, gdyby ktoś inny mógł mi wyjaśnić sprawę, ale w konserwacji powiedzieli, że nie mają wpływu…

– Tak, pani mówi, co jest problem?

– Hm, proszono mnie dzisiaj, żebym, z uwagi na to spiętrzenie spraw, pomogła dziewczynom z naprzeciwka… To znaczy, z działu ogólnego. Mówiły, że pan to zaakceptował…

– Tak, pani Aniu. Prosiłbym panią o tę drobną przysługę ja sam, ale tyle zajęć…

– Tak, tak. Chodzi mi o to, że ten tekst, który od nich dostałam, zniknął.

Chwila ciszy.

– On zniknął? Ja dobrze zrozumiałem?

– Tak. Kończyłam go opracowywać, kiedy po prostu zniknął z ekranu i pojawił się taki komunikat, po niemiecku, że plik został wycofany przez administratora sieci. Najpierw myślałam, że to jakaś awaria komputera, ale w serwisie powiedzieli…

– Rozumiem – oznajmił dyrektor niepewnie. – No cóż, ja chyba nigdy o podobnym przypadku nie słyszałem…

– No właśnie, panie dyrektorze. Nie wiem, co teraz…

– Czy pani pamięta jego kod? Ja zaraz każę mojej sekretarce to sprawdzić. Niech pani trochę czeka.

Podała kod pliku. W telefonie rozległa się natrętna, irytująca swą jednostajnością pozytywka. Przerzuciła ją na zewnętrzny głośnik i czekała.

Głupia melodyjka musiała być przygotowana przez najtęższych specjalistów od wpływu dźwięków na ludzkie samopoczucie. Wystawiony na jej działanie człowiek po paru minutach stwierdzał nagle, że ma ochotę chwycić kogoś za gardło i udusić.

Wyciągnęła się na fotelu, machinalnie poprawiając spódnicę, wciąż sama w gabinecie grupy. Pozytywka umilkła.

– Pani Anno? Nachyliła się do komputera.

– Tak, jestem.

– Rzeczywiście, mi bardzo jest przykro. Ten artykuł został dzisiaj wycofany przez Frankfurt, po prostu było jakieś niedopatrzenie, on nie powinien pójść.

– Tak?

– Nie nadawał się. Jakieś wyssane z palca plotki, nie potwierdzone, szanująca firma nie może takich publikować. Rozumie pani, pani Aniu…

– Tak, rozumiem – powiedziała niepewnie. Teraz dopiero nic nie rozumiała. Brzmiało to tak, jakby właściciel sex-shopu oznajmił dumnie, że nie będzie handlował sprośnymi obrazkami.

– No, bardzo mi przykro, pani Aniu, ale tak bywa. Czasem się zrobi coś na darmo, niestety, nie sposób tego ustrzec.

– Tak, oczywiście, po prostu byłam ciekawa.

– Gdyby jeszcze kiedyś pani była czegoś ciekawa, proszę się nie krępować – wyczuła w głosie Wolfganga przekąs. – Ale teraz ja przepraszam bardzo, obowiązki, miłego dnia, pani Aniu…

– Tak, dziękuję… Do widzenia.

Wcisnęła na klawiaturze przycisk rozłączenia.

Powinna zabrać się do następnych tekstów, ale jakoś nie mogła pogodzić się z nieporządkiem, jaki ta głupia sprawa wprowadziła do jej dnia.

Pogrążony w myślach Robert nie zwrócił nawet uwagi na wielką, czarną limuzynę, która minęła go z przeciwnej strony, kiedy skręcał z Dolinki Służewieckiej w Puławską, w kierunku miasta. Na jej tylnym siedzeniu ksiądz Skarżyński czytał w gazecie wywiad ze Szczepanem Mirkiem, Literatem, zatytułowany: “Wreszcie pochować narodowe upiory”. Prawdę mówiąc, nie tyle czytał, co przemykał wzrokiem po początkach zdań. Każdy, kto zamulał sobie głowę w miarę regularną lekturą gazet, doskonale wiedział, co Szczepan Mirek, Literat, może mieć do powiedzenia.

Ksiądz zaciął w końcu z niechęcią usta, zwinął gazetę w rulon i zatknął ją w kieszeni drzwiczek wozu. Jechał na swą cotygodniową konferencję w ośrodku dla repatriantów na Kabatach, jednym z kilku rozsianych po przedmieściach Warszawy. Ksiądz Skarżyński nie musiał wygłaszać tam kazań ani wysłuchiwać repatrianckich spowiedzi, w zupełności wystarczyłby do tego pierwszy lepszy diakon, a nie kapłan cieszący się reputacją jednego z najlepszych kaznodziejów, wygłaszający homilie do posłów i dostojników państwowych, którego wystąpienia w katolickich okienkach w telewizji podnosiły ich oglądalność o połowę, a kazania wygłaszane podczas patriotyczno-związkowych ceremonii potrafiły podgrzać nastroje do tego stopnia, że sam prymas osobiście zmuszony był wyrazić swoje niezadowolenie z łączenia jego osoby z ulicznymi ekscesami i poprosić zdolnego kaznodzieję o powstrzymanie się od udziału we wszelkich uroczystościach mających jednoznaczny kontekst polityczny.

Ale ksiądz Skarżyński sam chciał tych spotkań z repatriantami, prosił o nie dość natarczywie. Teraz, w kilka miesięcy po otrzymaniu zgody musiał przed samym sobą przyznać się do zawodu.

Istniało zasadnicze podobieństwo pomiędzy stanem ducha księdza Skarżyńskiego a stanem ducha Roberta, z którym nie wiedząc o sobie minęli się przed chwilą na Puławskiej przy zjeździe na Ursynów. Kaznodzieja, tak samo jak on, myślał o Polsce. I tak samo jak Roberta gnębiło go uczucie jakiegoś trudnego do sprecyzowania niespełnienia, rozejścia się tego, w co kiedyś głęboko wierzył, że będzie, z tym, co było w istocie. Tyle tylko, że w jego wypadku nie kryło się to pod tęsknotą za z każdym rokiem coraz bardziej nieodżałowaną młodością. Za młodością, spędzoną w dyscyplinie seminarium i bibliotecznym kurzu, nie miał powodu tęsknić bardziej niż za jakąkolwiek inną częścią swojego życiorysu.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 64
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)