Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules
- Автор: Филдинг Хелен
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules». Краткое содержание книги:
– O, znowu się spotykamy – powiedziała Olivia, usiłując wczołgać się na siedzenie, ale z zachowaniem choć resztek godności osobistej.
– Cześć. Mój Boże. Co ci się stało z twarzą?
– Miałam zabieg kosmetyczny – odparła, rozglądając się nerwowo po wnętrzu limuzyny, która włączyła się do ruchu i majestatycznie ruszyła Sunset.
– O nie. – Suraya parsknęła śmiechem. – Tylko mi nie mów, że poszłaś do Michaela. To skończony kretyn. Chodź tutaj.
Otworzyła torebkę, nachyliła się i zaczęła pokrywać twarz Olivii korektorem. Było w tym coś przedziwnie intymnego, lecz tak zaskoczyło Olivię, że nie zdążyła nawet zaprotestować.
– Jak tam, ty i Pierre, co? – Głos Surayi zupełnie nie pasował do jej pełnej elegancji urody. Brzmiał wulgarnie i można było pomyśleć, że jest naćpana. – Kręcicie coś razem?
– Boże uchowaj! Umówiliśmy się tylko na kolację, nic więcej! – Było coś takiego w Surayi, co sprawiało, że Olivia czuła się jak zagorzała harcerka.
– Dajże spokój – rzekła Suraya, przeciągając głoski. Nachyliła się ku Olivii. – Uważa, że jesteś bardzo inteligentna.
– Miło z jego strony! – ucieszyła się Olivia.
– Jasne. – Suraya wyjrzała przez okno, uśmiechając się złośliwie do siebie. – A więc jesteś dziennikarką, tak? Powinnyśmy się wybrać na zakupy.
– Słusznie – odparła Olivia, gorączkowo starając się doszukać w tym jakiejś logiki.
– Pójdziemy do Melrose. Jutro?
– Muszę pracować – powiedziała, a w duchu pomyślała sobie, że przymierzanie ciuchów w towarzystwie mierzącej metr osiemdziesiąt, a ważącej czterdzieści kilo modelki mogłoby się okazać zajęciem dość przygnębiającym. – A ty? Czym się zajmujesz?
– Jestem aktorką – odpowiedziała obojętnie Suraya.
– Naprawdę? Zagrasz w filmie Pierre'a?
– Jasne. Film, jedna wielka bzdura, zresztą co tam. Naprawdę myślisz, że on jest prawdziwy? – spytała konspiracyjnie Suraya. – No wiesz, Feramo. – Otworzyła torebkę i przejrzała się w lusterku, po czym znowu nachyliła się ku Olivii. – No? – nalegała, kładąc rękę na kolanie Olivii i ściskając je lekko.
Olivia poczuła, jak ogarnia ją panika. Czyżby w charakterze zasłony dymnej planowali jakieś odrażające seksualne igraszki w stylu lat siedemdziesiątych? Mijali właśnie Beverly Hills Hotel wyglądający jak różowy pałac. Miała ochotę otworzyć okno i z całej siły wrzasnąć: „Pomocy! Pomocy! Zostałam porwana!”
– Pierre? Cóż, uważam, że jest niezwykle atrakcyjny. Idziemy do restauracji?
– A bo ja wiem. Albo do restauracji, albo zamówicie coś na wynos, nie mam pojęcia – burknęła Suraya. – Ale powiedz, według ciebie on jest naprawdę producentem filmowym?
– Oczywiście – powiedziała Olivia obojętnie. – Dlaczego? Ty tak nie uważasz?
– Nie, chyba jest. Jak długo zostajesz w LA? Podoba ci się Standard?
Jeśli starała się wyciągnąć od Olivii jakieś informacje, radziła sobie raczej kiepsko.
– Och, jest wspaniały, ale w takim miejscu człowiek nie ma specjalnej ochoty wystąpić w bikini. Czasem mam wrażenie, że jestem na planie Słonecznego patrolu. Chociaż ty pewnie nie miałabyś z tym problemu.
– Ty też nie – rzekła Suraya i wymownie spojrzała na jej piersi. – Masz wspaniałą drobną figurkę.
Olivia nerwowo poprawiła sukienkę.
– Dokąd właściwie jedziemy?
– Do mieszkania Pierre'a?
– Gdzie to jest?
– Przy Wilshire? Może zadzwonię do ciebie jutro na komórkę i umówimy się na zakupy?
– Zadzwoń lepiej do hotelu – powiedziała zdecydowanie Olivia. – Jak już mówiłam, będę pracować.
Gdy coś szło nie po myśli Surayi, wyglądała naprawdę paskudnie. Zapadła niezręczna, pełna napięcia cisza, a Olivia zastanawiała się w duchu, co teżjądzisiaj czeka. Widziała się nagą, przywiązaną plecami do Surayi; wokół nich podskakiwał radośnie Alfonso, jak małe dziecko ubrany w nieprzemakalne majtki, Feramo zaś krążył tam i z powrotem, co chwilę strzelając z bata. Boże, czemu nie została w hotelu i nie zamówiła po prostu kolacji do pokoju?
Mieszkanie Pierre'a w Wilshire Regency Towers było szczytem luksusu. Na dziewiętnastym piętrze drzwi windy otworzyły się i ich oczom ukazała się złoto-beżowa świątynia dyskretnie złego smaku. Nie brakowało niczego – były lustra, złote stoliki, jaguar z czarnego onyksu. Na piętro wjeżdżała tylko jedna winda. Olivia dyskretnie wyjęła z torebki szpilkę do kapelusza i ukryła ją w dłoni, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu ewentualnych dróg ucieczki.
– Chcesz martini? – spytała Suraya i swobodnie rzuciła torebkę na kwadratową beżowo-złotą sofę, zupełnie jak gdyby była u siebie.
– Ooch, nie. Poproszę tylko o dietetyczną colę – zaćwierkała harcerka Olivia.
„Czemu tak się zachowuję?”, pomyślała, podchodząc do okna. Nad wzgórzami Santa Monica i oceanem słońce zaczynało się czerwienić.
Suraya podała jej drinka i stanęła tak blisko, że Olivii wydało się to wręcz idiotyczne.
– Piękne, prawda? – zamruczała Suraya romantycznie. – Nie chciałabyś tak mieszkać?
– Matko! Chyba bez przerwy kręciłoby mi się w głowie – zażartowała Olivia, odsuwając się nieco. – Tobie się podoba?
– Można się przyzwyczaić. To znaczy… w zasadzie tu nie mieszkam, ale…
Ha! W pięknych ciemnych oczach Surayi pojawił się błysk zdenerwowania. A więc mieszkała tutaj. Wygadała się.
– Skąd jesteś? – spytała Olivia.
– Los Angeles. Czemu pytasz? – padło ostrożne pytanie.
– Zdawało mi się, że masz angielski akcent.
– Chyba raczej środkowoatlantycki.
– Długo znacie się z Pierre’em?
– Wystarczająco długo. – Suraya jednym haustem wypiła swojego drinka i poszła po torebkę. – No, muszę spadać.
– Dokąd idziesz?
– Wychodzę. Pierre niedługo przyjdzie. Czuj się jak u siebie.
– Jasne – powiedziała Olivia. – Kapitalnie! Baw się dobrze.
Olivia zaczekała, aż drzwi windy zamknąsię za Suraya, a jęki i piski, które wydawał dźwig, jadąc w dół, umilkną. Suraya odeszła. Nastała cisza, zakłócana jedynie szumem klimatyzacji. Mieszkanie albo zostało wynajęte z pełnym umeblowaniem, albo architekt, który je projektował, nie był przy zdrowych zmysłach. Nigdzie ani śladu osobistych rzeczy – książek, naczyń pełnych zużytych długopisów – tylko pozłacane lustra, ornamenty, przeróżne onyksowe stwory rodem z dżungli i dziwaczne malowidła kobiet atakowanych przez węże lub długie, cienkie smoki. Wsłuchiwała się w ciszę, w jednej ręce ściskając szpilkę do kapelusza, w drugiej torebeczkę od Louisa Vuittona. Naprzeciwko windy był przedpokój. Starając się stąpać możliwie bezgłośnie, ruszyła w jego stronę. Dostrzegła szereg pozamykanych drzwi. Z walącym sercem, tłumacząc sobie, że zaskoczona przez kogoś zawsze może powiedzieć, iż po prostu szuka toalety, sięgnęła do pierwszej pozłacanej klamki i nacisnęła ją.
Znalazła się w dużej sypialni, w której całą jedną ścianę zajmowało okno. Na środku stało ogromne łoże z kolumienkami w kształcie grubych poskręcanych lin, z kulistymi lampami po obu stronach. Znowu ani śladu osobistych rzeczy. Szarpnęła szufladę, krzywiąc się na skrzypiący dźwięk, jaki wydała – była pusta. Nie potrafiła zamknąć jej z powrotem; szuflada się zacięła. Przeklinając się w duchu, zostawiła ją niedomkniętą i na palcach ruszyła na dalsze poszukiwania. Łazienka była ogromna, pełna luster, wyłożona koszmarnym różowym marmurem. Wchodziło się z niej do głównej garderoby z cedrowymi półkami, gdzie zwykle trzyma się wszystkie ubrania. Lecz tutaj ich nie było. Olivia oparła się o ścianę, która pod jej ciężarem się poruszyła. Stalowa, gruba na pięć centymetrów płyta uchyliła się bezszelestnie i ukazał się kolejny pokój. Sejf? Pokój-schron? Zapaliły się światła. Pomieszczenie było większe od sypialni i pomalowane na biało; bez okien i kompletnie puste, z wyjątkiem kilku niewielkich orientalnych mat ułożonych wzdłuż ściany. Płyta zaczęła się samoczynnie zasuwać, co widząc Olivia, kierowana impulsem, wyskoczyła na zewnątrz, zanim przejście zamknęło się na dobre.