Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules
- Автор: Филдинг Хелен
- Язык: польский
- Жанр: Современные любовные романы
Электронная книга - «Rozbuchana Wyobraźnia Olivii Joules». Краткое содержание книги:
Feramo nachylił się do przodu i wydał jakieś polecenie pilotowi. Helikopter skręcił ku otwartemu morzu. Olivii przypomniała się matka, strofująca ją jako czternastolatkę za nieodparty pociąg do przygód, niebezpiecznych chłopców i życia na krawędzi: „Wpakujesz się w końcu w kłopoty; nie masz pojęcia o świecie; wydaje ci się, że życie to tylko świetna zabawa. Niebezpieczeństwo dostrzeżesz, kiedy będzie już za późno”. Niestety, ostrzeżenia te padały jedynie w kontekście katolickich chłopców lub chłopców na motorach.
Słońce opadało za horyzont, dzieląc się na dwie półkule, przez co wyglądało jak ósemka. Jeszcze kilka sekund i znikło, a niebo zapłonęło czerwonopomarańczowym ogniem. Tu i ówdzie lecące samoloty kreśliły na nim śnieżnobiałe linie.
Nic z tego, tak łatwo się nie podda. Nie da się tak po prostu zepchnąć do Pacyfiku bez choćby słowa wyjaśnienia. Dźgnęła Feramo w ramię.
– Dokąd lecimy?
– Co?
– Dokąd lecimy?
– Co?
Już rozmawiali ze sobą jak para stetryczałych staruchów. Przysunęła się bliżej i wrzasnęła mu prosto do ucha:
– DOKĄD LECIMY?!
Uśmiechnął się lekko.
– Zobaczysz.
– CHCĘ WIEDZIEĆ, DOKĄD MNIE ZABIERASZ.
Nachylił się i powiedział coś.
– Co?
– NA KATALINĘ! – wrzasnął.
Wyspa Katalina – oddalona o trzydzieści kilometrów od brzegu, ulubiony cel jednodniowych wycieczek. Znajdowało się na niej tylko jedno radosne nadmorskie miasteczko – Avalon; poza tym sama dzicz.
Noc zapadła szybko. Wkrótce z mroku wyłonił się ciemny zarys lądu. W dali po lewej błyszczały światła Avalonu – przytulne i gościnne, schodzące aż do krętej linii wybrzeża. Natomiast przed sobą Olivia widziała jedynie ciemność.
20
Helikopter zaczął opadać w stronę głębokiej, wąskiej zatoki, wrzynającej się w wyspę od strony oceanu, całkowicie niewidocznej z brzegu Kalifornii, do której nie docierały także światła Avalonu. Olivia ujrzała roślinność, uchylające się przed nadlatującym helikopterem palmy. Kiedy wylądowali, Feramo otworzył drzwi i wyskoczył, pociągając ją za sobą i gestem nakazując, by schyliła głowę. Śmigło helikoptera nie przestało się obracać. Usłyszała narastający gwizd silników i gdy się obróciła, ujrzała, jak maszyna ponownie wznosi się nad ziemię.
Pierre poprowadził ją w kierunku mola. Powietrze było nieruchome, bez najlżejszego choćby powiewu wiatru. Z obu stron gładkiej jak lustro powierzchni wody wznosiły się strome wzgórza, na tle których odcinał się ciemny zarys mola. Silniki helikoptera znikły w oddali i zapanowała cisza, zakłócana jedynie odgłosami tropikalnej nocy: grały cykady, kumkały żaby, zgrzytały metalowe części mola. Oddech Olivii stał się krótki i przerywany. Czy byli tu zupełnie sami?
Dotarli do mola. Dostrzegła deski surfingowe oparte o ścianę drewnianej chaty. Po co mu one? Katalina nie zaliczała się raczej do ulubionych zakątków surfingowców. Gdy podeszli nieco bliżej, zorientowała się, że chata służyła do przechowywania sprzętu do nurkowania.
– Zaczekaj tutaj. Muszę coś przynieść.
Słysząc oddalające się kroki Feramo, Olivia musiała przytrzymać się balustrady. Może powinna chwycić osprzęt nurka i uciekać? Gdyby jednak, wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, cała ta tajemnicza eskapada miała się okazać jedynie niezwykle romantyczną randką, takie zachowanie należałoby uznać za co najmniej dziwaczne.
Na palcach zbliżyła się do szopy. Panował w niej idealny porządek: równiutko ustawione w stojakach dwudziestolitrowe butle z tlenem, zawieszone na ścianie kamizelki i automaty oddechowe, poukładane w stosy maski i płetwy. Na stole z surowego drewna dostrzegła nóż. Nie namyślając się długo, chwyciła go i schowała do torebki. Na dźwięk zbliżających się kroków aż podskoczyła. Dobrze wiedziała, że ulegając strachowi, naraża się na tym większe niebezpieczeństwo. Musi się opanować, i to zaraz.
Kroki były coraz bliższe.
– Pierre?! – krzyknęła przerażona Olivia.
Żadnej odpowiedzi, tylko kroki, ciężkie i nierówne. Jakiś bandzior czy może raczej wynajęty zabójca?
– Pierre? To ty?
Wyciągnęła z torebki nóż, schowała go za plecami i czekała w pełnym gotowości napięciu.
– Tak – rozległ się przeciągły, naznaczony akcentem głos Pierre'a. – Oczywiście, że ja.
Odetchnęła, rozluźniając całe ciało. Z mroku wyłonił się Feramo, taszcząc tobół owinięty w ciemny materiał.
– Co my tu robimy?! – wybuchła. – Czemu przywozisz mnie w to odludne miejsce, zostawiasz samą i nie odpowiadasz, kiedy pytam, czy to ty, tylko skradasz się jakimś dziwacznym krokiem? Co to za miejsce? Co ty wyprawiasz?!
– Dziwacznym krokiem? – powtórzył Feramo z błyskiem w oczach, po czym jednym ruchem ściągnął z toboła okrycie.
Pod Olivia ugięły się nogi. Jej oczom ukazał się kubełek na lód z butelką szampana i dwa kieliszki.
– Posłuchaj – westchnęła, przykładając dłoń do czoła. – Bardzo to wszystko miłe, ale czy musisz być tak cholernie melodramatyczny?
– Nie wyglądasz mi na kobietę, która lubi tylko to, co przewidywalne.
– To prawda, ale też niekoniecznie muszę umierać ze strachu, żeby się dobrze bawić. Co to za miejsce?
– Przystań. Proszę – rzekł, podając jej ciemny materiał. – Na wypadek, gdybyś zmarzła. Może powinienem był cię ostrzec, że wybieramy się na morze.
– Na morze? – spytała, starając się wziąć od niego okrycie, które okazało się nadzwyczaj miękkie i lekkie, jakby zrobiono je z ptasich piór, i jednocześnie ukryć pod nim nóż.
Skinął głową w kierunku zatoki, gdzie zza cypla bezgłośnie wyłoniła się właśnie ciemna sylwetka jachtu.
Z ulgą pomyślała, że na pokładzie musi być załoga. Jeśli Feramo zamierzał ją zabić, według wszelkiego prawdopodobieństwa starałby się to zrobić bez świadków. A szampan z całą pewnością byłby wstępem dość cudacznym.
Rozluźniła się nieco bardziej, gdy wreszcie pod osłoną czarnego, delikatnego kaszmiru udało jej się schować nóż do torebki. Feramo stał obok niej przy burcie, zasłuchany w miarowe pyrkanie motoru, gdy łódź łagodnie skierowała się w rozciągającą się przed nimi ciemność oceanu.
– Olivio – powiedział, podając jej kieliszek. – Wznieśmy toast za ten wieczór. Za początek. – Spojrzał na nią znacząco i stuknął się z nią kieliszkiem.
– Czego?
– Zapomniałaś już, o czym rozmawialiśmy w Miami? Na dachu? Za początek naszego wzajemnego poznawania się. – Uniósł kieliszek i wypił wszystko do dna. – No dobrze, powiedz mi teraz. Jesteś dziennikarką. Dlaczego?
Pomyślała przez moment.
– Lubię pisać. Lubię podróżować. I lubię odkrywać, co się naprawdę dzieje.
Zastanawiała się, czy w całym tym przedstawieniu chodziło o to, by w jednej chwili się bała i czuła zagrożona, a już w następnej czuła się bezpieczna i rozpieszczana, jak podczas woskowania nóg w wykonaniu niekompetentnej, lecz przemawiającej czule i łagodnie kosmetyczki?
– Dokąd cię twoje podróże zaprowadziły?
– Cóż, w znacznie mniej miejsc, niżbym sobie życzyła: do Ameryki Południowej, Indii, Afryki.
– Gdzie byłaś w Afryce?
– W Sudanie i Kenii.
– Naprawdę? Byłaś w Sudanie? I jak ci się tam podobało?
– Było cudownie. W życiu nie widziałam równie egzotycznego miejsca. Czułam się jak w Lawrensie z Arabii.
– A ludzie?
– Mili.
Niesamowite, jak ich rozmowa co chwilę zbaczała na niebezpieczne tory.
– Co myślisz o Los Angeles?