Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
A Południe stało się dla mnie skończonym obrazem tego świata, który chciałbym budować i w którym chciałbym żyć. Ja, podobnie jak wielu w tamtych czasach, wierzyłem w komunizm (było to w 1976 roku), i wspaniałe jest to, że mogłem wierzyć w komunizm według Strugackich. Szczerze mówiąc, wierzę w tamten komunizm do dziś, mimo pierestrojek i puczów, i — zdradzę wam w sekrecie — nie widzę żadnej różnicy między komunizmem Strugackich a „komunizmami” Asimova, Clarke’a czy Simaka. Po prostu oni nie używali tego fatalnego słowa — oto cała różnica.
Potem był siódmy tom „Biblioteki radzieckiej fantastyki” — Trudno być bogiem — oszałamiający przykład fantastyki heroicznej i satyry, filozofii i subtelnej liryki; oraz Poniedziałek — absolutnie nowy dla mnie gatunek, otwieraj ący zarówno okienko do przeszłości — do nostalgicznie idealizowanych przeze mnie lat sześćdziesiątych — jak i okienko w przyszłość — moj ą osobistą przyszłość, bardzo szczęśliwy okres pracy w dwóch radzieckich Instytutach Naukowo-Badawczych, a na dodatek abstrakcyjną przyszłość abstrakcyjnego człowieka, dla którego poniedziałek zaczyna się w sobotę.
A potem zaczęło się. Zaczęło się polowanie na wszystkie książki Strugackich, i żarłoczne czytanie ich wciąż na nowo, i przepisywanie na maszynie, i robienie fotokopii, i kserowanie, i kupowanie książek na giełdzie na moście Kużnieckim za szalone sumy… W naszym instytucie istniał nieoficjalny klub miłośników Strugackich, zrzeszających pracowników, którzy — tak jak ja — zwariowali na ich punkcie. Owszem, byliśmy mało oryginalni, ale nic nie wiedzieliśmy o tym, że zawiązują się pierwsze fankluby i że wkrótce odbędą się pierwsze konwenty. Po prostu czytaliśmy Strugackich.
Wyróżnię jeszcze trzy powieści, które wpłynęły w moje życie: Piknik, który wywrócił do góry nogami cały mój bikiniarski, dialektycznie paradoksalny, niemal manichejski światopogląd, który spowodował, że uwierzyłem w szczęście dla wszystkich i za darmo; Miliard, wstrząsający poprzez swą literacką moc, globalizm filozoficznej idei i — wtedy jeszcze nie uświadamianą, ale podświadomie wyczuwaną — aktualność; Żuk, który naprawdę mnie przestraszył, wpędził w smutek i metafizyczny strach przed siłami zła i okrutnymi regułami prawdziwego życia.
A potem wreszcie stało się.
Powieść Brzydkie łabędzie[9] po raz pierwszy przeczytałem w 1980 roku. Wydaje mi się, że do tego czasu poznałem już wszystkie utwory Strugackich. A Łabędzie były najbardziej zakazaną najtrudniej osiągalną, najbardziej skandalizującą ich książką. Otaczała ją gęsta aura plotek i niestworzonych opowieści. Mówiło się, że opublikowano ją w „Zwiezdie Wostoka”, a honorarium przekazano na rzecz Taszkientu, który ucierpiał od trzęsienia ziemi, mówiło się, że wycofano nakład tego pisma, opowiadano o nie uzgodnionym z autorami wywiezieniu rękopisu za granicę i niezliczonych wydaniach w „Posiewach” i „Chekhov Publishers”, o tym, że Arkadija Natanowicza wezwano na Łubiankę (a może Borysa Natanowicza na Kreml) i zapytano: „No i co tam z waszymi ptaszkami?” Na czarnym rynku zagraniczne, rosyjskie wydanie Brzydkich łabędzi kosztowało 250(!) rubli[10]. Przetłumaczcie to sobie na współczesne ceny — jaka książka może kosztować dwa i pół miliona rubli?
Zatem, gdy usiadłem na skwerku na Miusskiej w przerwie między wykładami i otworzyłem w końcu zdobyte Łabędzie, oczekiwałem od nich czegoś niezwykłego. I miałem rację — książka spełniła moje oczekiwania. Do dziś uważam ją za najlepszą rzecz Strugackich. A wtedy… Rzecz jasna na żaden wykład już nie poszedłem, po prostu dlatego, że nie byłem w stanie oderwać się od książki, nie doczytawszy jej do ostatniej strony. A strony były duże. Niemal z bibułki papierosowej. Piąty egzemplarz maszynopisu, wcześniej czytany z dziesięć razy. Możecie sobie wyobrazić, ile tam było literówek, błędów i opuszczonych fragmentów.
Potem, już w 1982 roku, pożyczono mi na tydzień jakieś czwarte ksero z paryskiego — jak mnie zapewniono — wydania. Wiele miejsc było niemal nieczytelnych, ale było to wydanie, które przeszło przez ręce profesjonalnego redaktora i korektora. Zacząłem więc na jego wzór poprawiać swój stary egzemplarz. Była to trudna, długotrwała i przyjemna praca. Odtwarzałem ulubioną książkę jak konserwator zabytków. Odkrywałem dla siebie nowe, wcześniej nie przeczytane słowa, zwroty, a czasem całe nowe akapity i nawet stronice. W kilku miejscach nieczytelne fragmenty ksera pokrywały się tragicznie z lukami w maszynopisie i wtedy sam coś wymyślałem, dobudowywałem, dopisywałem. Pod koniec tej pracy zaczęło mi się wydawać, że sam napisałem tę książkę — taka mnie ogarnęła mania wielkości.
Oczywiście ilekroć czytałem tę książkę, zawsze wydawała mi się za krótka: chciałem wiedzieć, co będzie dalej, dalej, dalej… Kto mógłby to napisać? Ja sam, czy jak? Śmieszne…
Czy mogłem wtedy pomyśleć, że trzynaście lat później naprawdę będę pisał ciąg dalszy Brzydkich łabędzi — nie będę konfabulować dla siebie, a pracować poważnie, w celu książkowego wydania, w tym kraju i do tego na zamówienie? Dom wariatów!
I wiecie co, łatwo mi się nad tym pracowało. Przecież cała moja (nie tylko moja — całego pokolenia!) twórczość wyrosła na książkach Strugackich, i od pierwszych kroków na niwie literackiej usilnie, konsekwentnie i z dużym trudem (och, z dużym!) musiałem dławić w sobie naturalną chęć naśladowania Strugackich. Boże! Jakże przyjemnie było tym razem popuścić sobie cugli!
Oto dlaczego nie mogłem nie napisać tej noweli. Oto dlaczego ją napisałem.
I jaka szkoda, że nie ma już Arkadija Natanowicza. I jak dobrze, że wciąż jest z nami Borys Natanowicz.
Anton Mołczanow (Ant Skałandis)
1
Wzdłuż popękanego, zaprószonego kamiennym pyłem krawężnika wyraźnie widać było łańcuszek małych śladów na rozmiękłym asfalcie — okrągłe dziurki po obcasach szpilek dokładnie co pół metra i praktycznie w jednej linii. Dziurki nie były głębokie.
Zadziwiająco ładny chód — pomyślał Wiktor. Tak chodzą linoskoczkowie i modelki. Ślady jak podpis. I nagle zupełnie niechcący przypomniał sobie zupełnie niechcący cytat z klasyki humoru: „Pisze jak Lowa. A podpis Łowy jest…”
Wiktor odpędził to skojarzenie i wyobraził sobie, jak po ulicy idzie ta lekka, wytworna, nieziemsko piękna dziewczyna. Biała, tak, obowiązkowo biała, bardzo krótka i lekka sukienka, mocne nogi, ręce szczupłe, nieważkie, jak skrzydła, wysoka dziewicza pierś, czarne loki poniżej ramion, ulatujące brwi i ogromne niebieskie oczy. Idzie z uśmiechem, zwycięsko patrząc przed siebie i ponad tą ulicą, ponad uschłymi drzewami i przekrzywionymi, wyblakłymi straganami, ponad głowami wszystkich mężczyzn, jak na komendę oglądających się za nią, i ich żon, brutalnie odwracających twarze swoich ślubnych ze słowami: „I ty też, stary capie, na dziewczyny będziesz się gapił!”
Automatycznie, nie zdając sobie z tego sprawy, pomaszerował wzdłuż łańcuszka czarujących śladów i skręcił z Bulwaru Wolności w zaułek, gdzie już nie było ani na wpół uschłych lip, ani zakurzonych kiosków, a przez asfalt chodnika bezczelnie przebijał prawdziwy wielbłądzi oset. Panowała tu absolutna cisza. Milczące piętrowe domki i pusta, wypalona przez słońce droga, jak daleko sięgał wzrok. Dopiero na samym końcu, gdzie zaułek o szyderczej nazwie „ulica Chłodna” opadał ku nie istniejącemu już wybrzeżu, coś się poruszało, ale nie dało się stwierdzić: czy to ludzie, samochód czy koń, czy może po prostu kołysze się rozpalony miraż.
9
Powieść Brzydkie łabędzie (Gadkije liebiedi) znana jest w Polsce pod kiepskim tytułem Pora deszczów.
10
Około dwóch ówczesnych pensji inżyniera.