Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Rozległo się pukanie do drzwi. Szevek, nagi i ogarnięty zachwytem, odwrócił się od okna i zawołał:
— Proszę!
Wszedł jakiś człowiek z paczkami. Zatrzymał się przy drzwiach. Szevek podszedł do niego i — zwyczajem Urrasyjczyków — wyciągnął rękę, wypowiadając przy tym — zwyczajem Anarresyjczyków — swe imię.
Przybysz, mężczyzna lat około pięćdziesięciu, o pobrużdżonej, zniszczonej twarzy, powiedział coś — z czego Szevek nie zrozumiał ani słowa — i nie podał mu ręki. Może przeszkadzały mu w tym paczki, nie zadał sobie jednak trudu, by je przełożyć do lewej ręki i uwolnić prawą. Na jego twarzy malowała się surowa powaga. Był chyba zakłopotany.
Szevek, który sądził, że opanował — w najgorszym razie — urrasyjski ceremoniał powitalny, zmieszał się.
— Proszę wejść — powtórzył, po czym, ponieważ Urrasyjczycy na każdym kroku używali tytułów i zwrotów grzecznościowych, dodał: — Sir!
Mężczyzna zaczął kolejną niezrozumiałą przemowę, przemykając jednocześnie bokiem w stronę sypialni. Tym razem udało się Szevekowi wyłowić kilka ajońskich słów, sensu całej wypowiedzi nie zdołał jednak uchwycić. Nie zatrzymywał tamtego, wyglądało bowiem na to, że pilno mu było do sypialni. Może to współlokator? Ale przecież stało tam tylko jedno łóżko. Szevek odstąpił od nowo przybyłego i wrócił pod okno, mężczyzna zaś wbiegł do sypialni i buszował w niej przez kilka minut. Właśnie gdy Szevek doszedł do wniosku, że to pewnie pracownik na nocną zmianę, który z sypialni korzysta za dnia — rozwiązanie stosowane niekiedy w przepełnionych chwilowo domicylach — tamten pojawił się znowu. Coś powiedział — jakby: „Gotowe, sir” — i w jakiś dziwny sposób skulił głowę, jak gdyby się obawiał, że Szevek, stojący w odległości pięciu metrów od niego, spróbuje uderzyć go w twarz. Potem wyszedł. Szevek tkwił przy oknie; z wolna docierało doń, że oto po raz pierwszy w życiu złożono mu ukłon.
Wszedł do sypialni i odkrył, że łóżko zostało posłane.
Ubierał się powoli, w zamyśleniu. Właśnie wkładał buty, gdy rozległo się kolejne pukanie do drzwi.
Wkroczyła grupa ludzi; ci weszli w odmienny sposób — normalny, wedle jego oceny — jakby mieli prawo przebywać w tym miejscu oraz w każdym, w którym tylko zechcą. Człowiek z paczkami był niezdecydowany, omalże się wślizgnął. A jednak jego twarz, ręce i ubiór bliższe były wyobrażeniu Szeveka o normalnym ludzkim wyglądzie niż powierzchowność tych nowych gości. Przemykający się pierwszy przybysz zachowywał się dziwnie, ale wyglądał jak Anarresyjczyk. Czterej pozostali zachowywali się jak Anarresyjczycy, lecz wyglądali — z ogolonymi twarzami i w pysznych szatach — jak stworzenia jakiegoś obcego gatunku.
W jednym z nowo przybyłych Szevek rozpoznał Pae, w pozostałych zaś mężczyzn, którzy dotrzymywali mu towarzystwa poprzedniego wieczora. Przyznał, że nie dosłyszał ich imion, uśmiechając się przedstawili mu się więc ponownie: dr Chifoilisk, dr Oiie i dr Atro.
— Ach jej! Atro! — wykrzyknął Szevek. — Jakże się cieszę, że cię spotykam!
Położył ręce na ramionach starca i pocałował go w policzek, nim miał czas pomyśleć, czy to braterskie powitanie, przyjęte na Anarres, nie zostanie tu uznane za niestosowne.
Atro oddał mu jednak serdeczny uścisk i zmętniałymi, szarymi oczami zajrzał mu w twarz. Szevek uświadomił sobie, że tamten jest prawie ślepy.
— Mój drogi Szevek — witaj w A-Io — witaj na Urras — witaj w domu!
— Tyle lat pisywaliśmy do siebie, tyleśmy sobie nawzajem naobalali teorii!
— Tyś był zawsze lepszym obalaczem. A teraz uważaj, mam coś dla ciebie. — Staruszek zaczął grzebać po kieszeniach. Pod aksamitną uniwersytecką togą nosił marynarkę, pod nią kamizelkę, pod kamizelką koszulę, pod koszulą zaś najwidoczniej jeszcze jedną warstwę odzienia. Wszystkie sztuki tego stroju, łącznie ze spodniami, miały kieszenie. Szevek przypatrywał się zafascynowany, jak Atro przetrząsa sześć czy siedem kieszeni — z których każda coś mieściła — zanim wydobył mały sześcian z żółtego metalu, osadzony na kawałku polerowanego drewna. — Proszę — powiedział, przyglądając się owemu przedmiotowi. — Oto twa nagroda.
Nagroda Seo Oen, pojmujesz. Pieniążki czekają już na twoim koncie. Proszę. Spóźniona o dziewięć lat, lecz lepiej późno niż wcale.
Ręce mu drżały, gdy wręczał tę rzecz Szevekowi.
Była ciężka; żółty sześcian z litego złota. Szevek stał nieruchomo, trzymając nagrodę.
— Nie wiem, jak tam wy, młodzi — rzekł Atro — ale ja mam ochotę sobie spocząć.
Siedli wszyscy w głębokich, miękkich fotelach, które Szevek zdążył już wypróbować, zdumiony materiałem, którym były obite — niepodobną do tkaniny brązową substancją przypominającą w dotyku skórę.
— De ty miałeś lat przed dziewięcioma laty, Szevek? — Atro był najwybitniejszym z żyjących na Urras fizyków. Otaczała go nie tylko aura dostojnego wieku, cechowała go też bezceremonialna pewność siebie człowieka nawykłego do szacunku. Dla Szeveka nie było to nic nowego. Atro posiadał dokładnie ten rodzaj autorytetu, który Szevek uznawał. Sprawiało mu ponadto przyjemność, że ktoś wreszcie zwraca się do niego zwyczajnie, po imieniu.
— Miałem dwadzieścia dziewięć lat, kiedy skończyłem Zasady, Atro.
— Dwadzieścia dziewięć? Miły Boże! To czyni cię najmłodszym laureatem Seo Oen od mniej więcej stulecia. Ani im było w głowie uhonorować mnie nią, póki nie dobiłem sześćdziesiątki, czy coś koło tego… Więc ileś to sobie liczył, gdy po raz pierwszy do mnie napisałeś?
— Około dwudziestu lat.
Atro chrząknął.
— Oceniałem cię wtedy na czterdzieści!
— A co słychać u Sabula? — zapytał Oiie. Był jeszcze niższy niż większość Urrasyjczyków, którzy dla i Szeveka wszyscy byli niscy; miał płaską, banalną twarz i owalne, czarne jak noc oczy. — Przez sześć czy osiem lat nie napisał pan do nas ani słowa, natomiast Sabul pozostawał z nami w stałym kontakcie; za to nigdy nie rozmawiał z nami przez radio. Zastanawialiśmy się, jakie was łączą stosunki.
— Sabul jest starszym pracownikiem Instytutu Fizyki w Abbenay — odparł Szevek. — Współpracowałem z nim kiedyś.
— Starszy rywal, zazdrosny, wtykał nos do pańskich książek; to było od początku całkiem jasne. Nie potrzebowaliśmy żadnych objaśnień, Oiie — wtrącił szorstkim tonem czwarty z mężczyzn, Chifoilisk. Był w średnim wieku, śniady, krępy, o wypieszczonych dłoniach inteligenta. Jedyny z całej czwórki nie miał całkowicie wygolonej twarzy: pozostawił sobie kępkę szczeciny na podbródku, żeby współgrała z krótkim, stalowoszarym owłosieniem głowy. — Nie ma potrzeby udawać, że wszystkich was, braci w Odo, przepełnia braterska miłość — dodał. — Ludzka natura pozostaje ludzką naturą.
Atak kichania, który chwycił Szeveka, sprawił, że nieudzielenie przezeń odpowiedzi nie musiało się wydać znaczące.
— Nie mam chusteczki — usprawiedliwił się Szevek, ocierając oczy.
— Weź moją — zaproponował Atro, wyciągając z jednej z licznych kieszeni śnieżnobiałą chusteczkę.
Szevek wziął ją — i w tym momencie ścisnęło mu się serce; odżyło niezatarte wspomnienie jego córki, Sadik, małej, ciemnookiej dziewczynki, mówiącej: „Możesz dzielić ze mną chusteczkę, której ja używam”. Wspomnienie to, tak dla niego drogie, było mu teraz nieznośnie bolesne. Próbując się od niego uwolnić, uśmiechnął się nieśmiało i rzekł: