Tajemnica Pana Pottera
- Автор: Хичкок Альфред
- Язык: польский
- Жанр: Детское действие
Электронная книга - «Tajemnica Pana Pottera». Краткое содержание книги:
Alfred Hitchcock, znany w literaturze i kinematografii raczej z zamiłowania do dreszczowców, mrocznych kryminałów i gatunków raczej horroro-podobnych, stworzył również całą serię książek przeznaczonych dla młodego czytelnika, a pozbawionych atmosfery grozy i lęku. No bynajmniej pozbawionej grozy już po rozwiązaniu zagadki. Wcześniej nie ma tak dobrze!!!! Drużynę tworzą, jak w tytule trzej młodzi detektywi- Jupiter Jones, Bob Andrews i Pete Crenshaw. Jupiter Mieszka wraz z ciotką i wujkiem na składzie złomu Jonesów. Jupiter jest przywódcą tej organizacji i jej mózgiem. Potrafi rozwiązywać naprawdę zawikłane zagadki, jest oczytany i wie wiele więcej od innych, przez co czasami się wymądrza. Ma nadwagę, co jest jego zmorą na każdym kroku. Potrafi świetnie poprowadzić swych przyjaciół do rozwiązania zagadki. Pete Crenshaw jest drugim detektywem. Jest bardzo wysportowany, przez co zazwyczaj na niego spadają najcięższe zadania, wymagające dobrej kondycji. Pomimo, że najmniej chętnie pakuje się w kłopoty, jak przychodzi co do czego, ratuje sytuację. Ostatni detektyw, Bob Andrews, prowadzi dokumentację Trzech Detektywów, i często wyszukuje potrzebnych informacji. Ma to trochę ułatwione, gdyż pracuje w Bibliotece w Rocky Beach.
– Twoja mama. Tom – mówił – wróci lada chwila i przypuszczalnie przyjedzie z nią komendant Reynolds. Czuję, że oddanie mu tego dokumentu byłoby niedźwiedzią przysługą dla pana Pottera. Trzej Detektywi objęli obecnie pewną linię dochodzenia związaną z Lapatią i królewską rodziną Azimowów. Czy zgodzisz się. Tom, żebyśmy kontynuowali nasze dochodzenie, dopóki nie znajdziemy niezbitych dowodów dla policji.
Tom z zakłopotaniem podrapał się w głowę.
– Jestem w tym wszystkim zupełnie zgubiony. Zgoda. Zatrzymajcie dokument… na razie. A co z tymi gazetami za płytą?
– Możliwe, że policja odkryje schowek- powiedział Jupiter. – To nikomu nie wyrządzi żadnej szkody. Myślę, że po to schowek został zbudowany: dla odwrócenia uwagi od prawdziwej tajemnicy.
– Mam naprawdę nadzieję, że poznam w końcu mego dziadka – westchnął Tom. – Musi być całkiem niezwykły.
– To będzie dla ciebie duże przeżycie – zapewnił go Jupe.
Bob spojrzał przez okno.
– Jedzie pani Dobson – powiedział.
– Czy jest z nią komendant Reynolds? – zapytał Jupiter.
– Jedzie za nią samochód policyjny.
– Rany! Talerze! – wykrzyknął Pete.
– Faktycznie – Jupiter i cała reszta pomknęli na dół. Nim pani Dobson zdążyła zaparkować samochód i wejść do domu, Jupe napuścił wodę do zlewu, Tom zgarnął błyskawicznie resztki z talerzy, a Bob stał w pogotowiu ze ścierką.
– Och, jak ładnie! – ucieszyła się pani Dobson.
– Świetne śniadanie, proszę pani – powiedział Pete.
Za nią wszedł do kuchni komendant Reynolds z sierżantem Hainesem. Komendant nie spojrzał nawet na pozostałych chłopców i cały swój gniew wyładował na Jupiterze.
– Dlaczego nie zatelefonowałeś do mnie wczoraj wieczorem?
– Pani Dobson była taka przygnębiona.
– Od kiedy to należysz do ligi pomocy kobietom? Któregoś dnia, Jupiterze Jones, doczekasz się, że ci ktoś dobrze natrze uszu.
– Tak, proszę pana – zgodził się Jupiter.
– Płonące ślady! – wysyczał komendant i rzucił rozkaz Hainesowi: – Przeszukać dom!
– Przeszukaliśmy już, komendancie – powiedział Jupiter. – Nikogo nie było.
– Pozwolisz, że zrobimy to naszym sposobem?
– Tak, proszę pana.
– I zabierajcie mi się stąd! Idźcie grać w piłkę, czy co tam robią normalne dzieci.
Chłopcy wyszli przed dom.
– Czy on jest zawsze takim zrzędą? – zapytał Tom.
– Tylko wtedy, kiedy Jupe coś przed nim ukrywa – odpowiedział Bob.
– To się rozumie. – Tom usiadł na schodach między dwiema wielkimi urnami. Jupiter ze zmarszczonym czołem patrzył na ozdobny szlak dwugłowych orłów na jednej z nich.
– Coś ci się nie podoba? – zapytał Bob.
– Spójrz, ten orzeł ma tylko jedną głowę.
Chłopcy stłoczyli się przy urnie. Rzeczywiście jeden z orłów na kolorowej obwódce wyglądał jak normalny ptak z głową zwróconą w lewo.
– Interesujące – powiedział Jupiter.
Bob obszedł wazę dookoła, oglądając uważnie wzór.
– Wszystkie pozostałe mają dwie głowy.
– Może to tylko błąd dziadka – podsunął Tom.
– Pan Potter nie popełniał takich błędów – powiedział Jupiter. – Jego wzory były zawsze wykonane perfekcyjnie. Gdyby zamierzał ozdobić tę urnę szlakiem dwugłowych orłów, wszystkie byłyby takie same.
– To może być następna próba zmylenia przeciwnika – rozważał Bob. – Podobnie jak skrytka w sypialni. Czy jest coś w tej urnie?
Jupiter usiłował podnieść pokrywę, ale ani drgnęła. Starał się ją odkręcić, też bez skutku. Zbadał boki urny i wmurowaną w schody podstawę. Nacisnął oko jednogłowego orła, tak jak to zrobił z nałożonym okiem na płycie w sypialni. Nic się jednak nie otworzyło.
– Prawdziwa pułapka – mruczał. – To się po prostu nie powinno otwierać.
Komendant Reynolds wyszedł na ganek.
– Gdybym wierzył w duchy, powiedziałbym, że w tym domu są duchy – oświadczył.
– Tak, to tajemnicza sprawa – przyznał Jupiter. I powiedział komendantowi o dziwnym zapachu, jaki wydzielały świeżo wypalone ślady.
– Rozpoznałeś ten zapach? – zapytał komendant. – Myślisz, że to mogła być nafta albo coś w tym rodzaju?
– Nie. To był zupełnie nie znany mi ostry, kwaśny odór.
– Hm… Próbki zwęglonego linoleum posłano do laboratorium. Może zorientują się, co to jest. Czy jest coś jeszcze, o czym moglibyście mi powiedzieć, chłopcy?
Trzej Detektywi rzucili sobie nawzajem spojrzenie i wszyscy zwrócili wzrok na Toma.
– Nie, proszę pana – powiedział Tom.
– Więc możecie odejść – zakomenderował Reynolds dość sucho.
– Słusznie – zgodził się Bob. – Muszę jeszcze wrócić do domu i przebrać się przed pójściem do biblioteki.
Jupiter skierował się w stronę swego roweru.
– Ciocia Matylda będzie się już niepokoić.
Wszyscy trzej wsiedli na rowery, pomachali Tomowi na pożegnanie i odjechali.
Przed zakrętem na swoją ulicę Jupe zjechał na pobocze szosy i zatrzymał się. Bob i Pete przyłączyli się do niego.
– Zastanawiam się, czy w tę sprawę jest wmieszany ten dziarski rybak – powiedział.
– To tylko głupi nudziarz – wyraził swoją opinię Pete.
– Możliwe – przytaknął Jupiter. – Tak się jednak składa, że zawsze jest w pobliżu, kiedy coś się zdarza. Zaraz przedtem albo zaraz potem. Kiedy przeszukiwano biuro garncarza i ktoś na mnie napadł, jego samochód stał przy szosie. Zeszłego wieczoru usiłował odwiedzić panią Dobson krótko przed pojawieniem się nowych płonących śladów. On mógł też strzelać do nas na wzgórzu. Z pewnością nie byli to dwaj mężczyźni z Domu na Wzgórzu.
– Ale dlaczego miałby do nas strzelać? – zapytał Bob.
– Kto wie? Może jest wspólnikiem tamtych dwóch. Wiele byśmy wiedzieli, gdyby udało się odkryć tajemnicę garncarza. – Jupe sięgnął do kieszeni i wyjął dokument znaleziony w fałszywym kominku. Podał go Bobowi. – Weź to. Czy sądzisz, że uda ci się sprawdzić, co to za język, i ewentualnie przetłumaczyć dokument?
– Mogę się założyć, że jest napisany po lapatyjsku. Zrobię, co będę mógł.
– Dobrze. I jeszcze byłoby dobrze dowiedzieć się czegoś więcej o Azimowach. Nazwisko Kerenow na tym dokumencie daje dużo do myślenia.
– Tak, to twórca korony. Dobra, będę się starał – Bob schował kopertę do kieszeni i pojechał do domu.
– Która godzina? – zapytał Pete nerwowo. – Mama będzie wściekła.
– Jest dopiero dziewiąta. Myślałem, że pojedziesz jeszcze ze mną odwiedzić pannę Hopper.
– Właścicielkę gospody “Morska Bryza”? Co ona ma z tym wszystkim wspólnego?
– Absolutnie nic. Tyle że mieszka u niej dziarski rybak, a ona bardzo lubi wiedzieć wszystko o swych gościach.
– Okay. Jedźmy się z nią zobaczyć. Tylko niech to nie zajmie całego dnia. Chcę dotrzeć do domu, nim mama zacznie wydzwaniać do twojej cioci.
– I bardzo słusznie – przytaknął Jupiter.
Pani Hopper rozmawiała właśnie z pokojówką Marie w holu gospody.
– Nic na to nie poradzę – powiedziała w końcu. – Musisz ominąć teraz sto trzynaście i posprzątać następny pokój.
– Najbardziej by mu odpowiadało, gdybym pominęła sto trzynaście w ogóle – gderała Marie i popychając przed sobą wózek z przyborami do sprzątania, opuściła hol.
– Ma pani jakieś kłopoty? – zapytał Jupiter.
– Och, Jupiter. I Pete. Dzień dobry. Nic ważnego, doprawdy. Tyle tylko, że pan Farrier umieścił na swoich drzwiach wywieszkę “nie przeszkadzać” i Marie nie może posprzątać jego pokoju. Zawsze ją złości, kiedy nie może się trzymać swego rutynowego rozkładu zajęć.